pomiędzy listami a stresem

Jestem efektywna jak peerelowski murarz. Sto trzydzieści procent normy. Długie listy, poniewierające się przy moim stanowisku pracy, czyli laptopie, powolutku zostają przepisane na krótsze listy. A te, może, w niedalekiej przyszłości, zamienią się w jedną, normalną listę?

Po raz fafnasty wywalił mi się telefon. Jeszcze raz usłyszę, że Nokia E52 to absolutnie niezawodny model, pirzgnę o ścianę, nie wiem tylko, że czy sprzętem, czy panią z tmobile.

Odebrałam dzisiaj, naprawiony, i, a jakże, z nowym oprogramowaniem. WSZYSTKIE  moje bezcenne wpisy w kalendarzu, określające chronologię codziennego życia, poszły się gonić. Połowa kontaktów także. Wracałam do domu, waląc pięścią w kierownicę i klnąc w bezsilnej wściekłości.

Idiotyczne, że człowiek tak jest uwiązany do kawałka plastiku.

Porządki na strychu zaowocowały wrzuceniem na Tablicę.pl ogłoszeń i powoli pozbywam się gratów. Cholernie pracochłonne skądinąd zajęcie.

Wożę Lolę na półkolonie, organizowane przez koleżankę i w ramach wspomagania półkolonijnego zabieram jutro stadko rozkosznych dziesięciolatek do kina (hmm, nie zastanowiłam się nad tym wcześniej, ale to może być mój ostatni wpis).

Usiłuję też załatwić małoletnim wizy amerykańskie. TO dopiero jest wyzwanie. Samo ułożenie szczegółowego planu, co po kolei powinnam zrobić w tym celu, i jakie dokumenty mieć w ręku przy kolejnych punktach tegoż planu, zajęło mi najmarniej trzy godziny. Co za absurd!

Bo być może, bardzo być może, hipotetycznie wręcz, uda nam się polecieć na dwa tygodnie do tej ziemi obiecanej, więc wizy stają się pilnie poszukiwanym dobrem.

Rzecz jasna, polecimy, jeśli nie wymienimy pieca. Na nasz piec łypię podejrzliwie już od zeszłego roku, kiedy zdechł kilka razy w środku mroźnej zimy, a serwisant coraz niechętniej reanimował denata.

Ściągnęłam więc (punt szósty na liście nr trzy) hydraulika, który piec obejrzał, obwąchał go bez mała jak owczarek bagaże na lotnisku i orzekł…No i jak orzekł, ile będzie nas kosztował nowy piec, trochę rurek i komin, miałam taki malutki stan przedzawałowy. Powlokłam się do lodówki, łyknęłam z gwinta zimnego mleka, bo mi się z Colą pomyliło, i słabo wymamrotałam, że „ja się jeszcze zastanowię”. Ale nie wiem, nad czym tu się zastanawiać.

Jasne, że wolę oglądać z małoletnimi szopy pracze na Florydzie, niż mieć nowy piec. Phi, po co komu w ogóle taki piec? Można się dogrzewać kominkiem, a mycie w zimnej wodzie hartuje, prawda? Jak zrecenzuję jeszcze parę scenariuszy i sprzedam kilka gratów, to może nawet na autostradę do Key West wystarczy?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s