walking dead w akcji

Wróciliśmy tuż przed rozpoczęciem roku. Małoletni nieprzytomni od jetlagu poczłapali rozpoczynać nieuniknione. Mąż następnego dnia wyjechał w delegację, zostawiając mnie wśród stosów prania i spraw do pilnego załatwienia. Przez ostatnie dwa dni, rozpaczliwie usiłując przestawić się na polski rytm dobowy, miotałam się między górami brudów, złaknionymi towarzystwa kotami i koszmarną świadomością, że znienacka wakacje się skończyły. A małoletni w trybie poniekąd pilnym potrzebują plecaków, kapci, strojów na wf i innych przedziwnych elementów, o których jakoś nie pomyślałam wcześniej. Farba zlazła mi z włosów, lakier z paznokci, skóra z pleców, a opalenizna z twarzy. Wyglądam jak statysta z Walking Dead.

Muszę zapłacić szkolne ubezpieczenie, wypełnić górkę oświadczeń (tak, może wychodzić sama ze szkoły, nie, nie będzie chodzić na religię, tak, zapłacę za komitet do czerwca przyszłego roku,  nie, Misiek na religię też nie, ale na etykę owszem), muszę wreszcie się oprać do końca, posprzątać z grubsza, doprowadzić się do ładu, żeby ludzie się nie wzdrygali na mój widok, zameldować w pracy, że już jestem (cholera, a może nie?), oddać do biblioteki zaległe książki i popłacić zaległe rachunki.

Jeszcze moment, no, dwa dni – i napiszę, i wrzucę zdjęcia całkiem dzikiego aligatora, którego karmiłam paluszkami (nie swoimi i nie małoletnich, dla ścisłości), słowo skauta!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s