Święta Rita myśli o kasie

Wygląda na to, że zaczęłam robić w firmie za świętą Ritę, patronkę rzeczy niemożliwych. Recenzja kobylastego tekstu w dwa dni, recenzje z piątku na poniedziałek i tym podobne. Przedwczoraj pobiłam własny rekord. Tekst (sto kilkadziesiąt stron po angielsku) dostałam o siódmej wieczorem, a recenzję wysłałam o siódmej rano, bo takie było zapotrzebowanie…

W przeciwieństwie do świętej chciałbym jednak dostawać za to jakąś kasę extra. Chyba muszę poprosić o podwyżkę, czego nie znoszę, bo ja naprawdę nie lubię gadać o pieniądzach. Nie dlatego, żem taka arystokratyczna, ale z trudem przychodzi mi udowadnianie własnej wartości. Chyba jednak muszę zadziałać, bo właśnie dostałam wyliczenie z ZUSu mojej przyszłej emerytury. Jak myślicie, czy 323 zł wystarczy mi na godne życie po sześćdziesiątce?

Głupia jestem i tyle. Wczoraj dostałam fantastyczną propozycję pierwszego w życiu samodzielnego script doctoringu – indywidualnej pracy z autorem nad poprawieniem tekstu. I tak się podjarałam tą możliwością, że dopiero po odłożeniu słuchawki uświadomiłam sobie, że nawet nie spytałam o kasę, jaką firma byłaby mi uprzejma zapłacić. Jeszcze raz zwięźle – głupia jestem.

Enyłej, jestem notorycznie  przemęczona i niewyspana. Chodzę po domu jak zombie i z energią artretycznej osiemdziesięciolatki sączę trzecią kawę w nadziei na zebranie wystarczającej ilości energii na pobieżne ogarnięcie domu.

Jutro mąż zabiera mnie na romantyczny wypad, co samo w sobie mnie nie przeraża. Przeraża mnie pozostawienia małoletnich samych na dwa dni. Wprawdzie babcia będzie regularnie monitorować i karmić, ale dzieciątka postanowiły zostać na noc w domu same. Błagam, napiszcie, że nie muszę dzwonić co dwie godziny, że żyją i chałupy nie podpalili!

Siłą nawyku siadłam właśnie przed kompem i przejrzałam pobieżnie moje ulubione fora, żeby do końca sobie wzrok zepsuć. Okazało się, że jak zwykle nie nadążam za postępem. Nie używam soli egzorcyzmowanej do gotowania kalafiora, nigdy w życiu nawet nie miałam Ace, nie wspominając o używaniu tegoż do mycia podłóg, garów czy też włosów, nie wiem, bo się pogubiłam ze zmęczenia przy czytaniu…W oszołomieniu zaczęłam rozważać nawet kupno myjki parowej, zanim uświadomiłam sobie, że nawet posiadanie jej nie skłoni mnie do czyszczenia szafek kuchennych i wężyków od zmywarki.

No dobra, tkwię w tym stuporze, anemicznie piszę sobie do was, co mi pod mózg popadnie, a potrzebuję kopa w tyłek, żeby chociaż listę małoletnim zrobić, co mogą, a czego pod żadnym pozorem nie. Pisać o nie urządzaniu balangi, czy nie, bo ich jeszcze natchnie?

 

 

 

 

nic się nie dzieje

1.Od miesiąca jestem bombardowana emailami, które wyglądają całkiem niewinnie. Nadawca: Asia, Ania, Agnieszka, Wojtek czy inny Krzyś. Temat – spotkanie. Uwierzycie, że od tegoż miesiąca cały czas się nabieram, jak dziecko normalnie, i otwieram, żeby odkryć kolejną ofertę gorących sex randek? Ale jak się wkurzyłam i zaczęłam kasować bez czytania, natychmiast wywaliłam Bardzo Ważny Email od wychowawczyni Loli identycznie zatytułowany…Czy ja potrzebuję sex randek, do licha (nie, nie chcę tego wiedzieć, naprawdę)?

2.Zaczynam się zaoblać w okolicach pępka. Całkiem szybko mi to idzie i na wszelki wypadek przestałam się ważyć. Czy to naprawdę może mieć związek z tymi hurtowymi ilościami ciast, jakie piekę w chwilach stresu i pochłaniam? Czy ciasto tuczy? Serio? Nawet marchewkowe?

3.Małoletni mają się przebrać w czwartek do szkoły za postacie historyczne. Z kategorycznym podkreśleniem, że absolutnie nie jest związane w jakikolwiek sposób z Halloween, które jak wiadomo, jest szatańskim wymysłem. Zaproponowałam Loli, żeby przebrała się za Marię Antoninę. Chwilę po zgilotynowaniu. To chyba będzie zasadniczo zgodne z poleceniem dyrekcji?

4.Stało się. Mój wielki eksperyment dobiegł końca. Nasz czajnik elektryczny skonał. A eksperymentem jest już od paru lat, bo szalenie byłam ciekawa, jak długo może wytrzymać taki sprzęt. Więc patrzyłam z naukową ciekawością, jak prychał, huczał, czasami sam się włączał w środku nocy, ale działał. Przez prawie czternaście lat! Panie,  panowie, firma Philips jest niezawodna (gratisy od firmy chętnie przyjmę, a zwłaszcza nowy czajnik). Pochylmy się nad nim z szacunkiem, albowiem był to dobry i wierny czajnik….

5. Jak widać, nic się nie dzieje. Wiodę ostatnio pracowite, ciche i śmiertelnie nudne życie. Prawie jak te dziewice konsekrowane. Tylko w wolnych chwilach uciekam w świat marzeń. Pani w bibliotece ostatnio na mój widok wyciąga rozpromieniona kolejne tomy: Pani Asiu, specjalnie dla pani: seryjny zabójca, rzeź w małym miasteczku, zwierzenia patologa sądowego i jeszcze coś, czego nie znam, ale niech pani zobaczy okładkę – mrrroczna, no nie?

karaluchy, kostnica i znudzenie między udami

Nie w tej kolejności wprawdzie, ale jednak…

„Trujące słowa zarzutów wyleciały szybko i wściekle w jedynego mężczyznę, który kiedykolwiek sprawił, że jej pogańska krew śpiewała, a jego znudzenie pomiędzy jej udami było wyrzeźbione w granicie na jego idealnej twarzy” – no dobra, proszę o zwięzłe przetłumaczenie mi powyższego, bo się poddałam….Ja rozumiem, jest koniec października, moja zwyczajowa pora na czytanie romansów historycznych, ale ta poetyka mnie przerosła. Wracam z podkulonym ogonem do kryminałów, niech będzie i Marinina, byle nie to.

Leżałam w nocy, wsłuchując się w dzwonienie w moim prywatnym uchu i uświadomiłam sobie, czemu ciągle budzę się zmęczona. Od kilku nocy ciągle śni mi się, że sprzątam, w najbardziej zadziwiających okolicznościach przyrody. Ostatni sen mnie dobił. Przenosiłam rzeczy mojej rodziny z mieszkania do mieszkania i w tym starym było pełno karaluchów. Słuchajcie, koszmar o Freddim Krugerze to nic w porównaniu z nocą spędzoną na  składaniu stosów ciuchów i wytrzepywaniu ze wszystkiego karaluchów. Boję się zajrzeć do sennika, bo to na pewno nic dobrego.

Mąż, aby dobitniej zilustrować kryzys oddalenia w naszym związku, zniknął na cały weekend na golfa. Jedyna pociecha, że mu teraz  głupio i obiecał się nie oddalać w kolejny weekend. A ja przez cały weekend miotałam się między Dmowskim (referat Miśka), zasadami ruchu drogowego (komiks Loli) i cholerną matematyką. Gdyż albowiem chwilowe olśnienie Loli okazało się, no, chwilowe, i teraz jesteśmy w czarnej dupie wielkich liczb. Żeby nie stracić twarzy, nie przyznaję się dziecku, że i mnie operacje pamięciowe na setkach tysięcy i milionach sprawiają duży kłopot i męczymy się razem potępieńczo.

Dzisiaj na ścieżce i trawniku obok znowu leży jedna mysz, cała, jeden ptaszek, umiarkowanie cały, i dwie nornice z wystającymi flakami, w ty jedna zdekapitowana. Dzwoneczek na obróżce nie działa. Albo Lulu nauczyła się go wyciszać, jak komórkę, albo mamy inwazję głuchej zwierzyny. Mam wrażenie, że mieszkam w kostnicy. Boję się wbić łopatę w ziemię, żeby nie usłyszeć chrupania małych czaszeczek. To jak życie na indiańskim cmentarzu. W Halloween to wszystko wstanie i pomści swoją śmierć, powiadam wam. Idę wycinać dynie, ponoć odstraszają złe duchy.

PS No nie mogę się oprzeć, to jak z Pratchetta. Wyobrażacie sobie inwazję malutkich mysich zombie? Boszsz, jestem chora. To przez to dzwonienie chyba…

Dzwoni mi

Jasna cholera, znowu mi dzwoni! Przez pół roku dzwoniło mi w uchu, potwornie wkurzające doświadczenie. Zaczęłam chodzić na pilates i przestało, nie pytajcie dlaczego, bo nie wiem. Po wakacjach grupę pilates rozwiązali. I teraz znowu dzwoni. To tak irytujące, że zaczęłam słuchać przy pracy Rage against the machine, żeby zagłuszyć ten cholerny pisk. Niezbyt pomaga. Chodzę na basen, ale na dzwonienie nie pomaga, tylko mam wieczny katar i farba z włosów mi schodzi.

Lola dostała z klasówki z matematyki czwórkę z plusem i wprawiła mnie tym w radosne osłupienie. 

Misiek za to na razie ma oceny sugerujące wybór kursu na wózek widłowy zamiast edukacji w elitarnej placówce warszawskiej. Ale, całkowicie wyluzowany, obiecuje, że będzie lepiej. Oby, bo ostatecznie w każdej rodzinie przydałby się prawnik, neurolog czy choćby dentysta. A wózek widłowy mi niepotrzebny.

Mąż chyba po raz pierwszy od wiosny  spędził cały weekend w domu. Akurat kiedy ja po raz kolejny dałam się wrobić w superekspres: wysyłamy w piątek wieczorem i chcemy to mieć w poniedziałek rano. Siedziałam więc przez cały weekend i pilnie stukałam w komputer, opędzając się od rodziny, jak się dało. Mąż stwierdził ze smutkiem, że oddaliliśmy się od siebie. Dlaczego nie zauważa tego oddalenia, kiedy całą niedzielę spędza na polu golfowym,się pytam retorycznie?

Refleksja męża zaowocowała na razie planem romantycznego weekendu w listopadzie. No dobra…niech będzie, ,byle gdzieś gdzie ciepło i nie pada. Ale czy w zaistniałej sytuacji wypada powiedzieć mężowi, że chciałabym dostać Kindla na urodziny?

Małżeństwo to skomplikowana sprawa, jak chodzenie po wąskiej ławeczce. Chwila dekoncentracji i zaliczasz glebę. I tą głęboką myślą kończę, bo kolejny scenariusz czeka (a w ogóle to hurra, skończyły im się biografie).

 

Mój wierny portret

Kto chce poznać wszelkie warte poznania szczegóły mojego wyglądu i charakteru? Właśnie przeczytałam prace domową mojej córki, która miała za zadanie opisać kogoś z rodziny. I tak się rozrzewniłam, że (chlip)  muszę to przepisać (chlip, chlip), bo tak pięknie nikt mnie nie uwiecznił od dwudziestu lat, czyli od czasu, kiedy mąż wydeptał moje pięciometrowe imię na gigantycznej piaszczystej wydmie…A przepisuję słowo w słowo, bez żadnych zmian (co pokazuje przy okazji, że w przeciwieństwie do matematyki, przynajmniej z ortografią nie mamy większego kłopotu)

„Moja mama, Joanna, pracuje jako redaktor i poprawia scenariusze filmów. Lubi swoją pracę. Ile ma lat? Nie zdradzę. Kobiet się nie pyta o wiek i o wagę. Moja mama jest średniego wzrostu. Na jej ustach często widnieje uśmiech. Jej śniada twarz otaczają proste ciemne włosy, które świetnie współgrają z pięknymi, piwnymi oczami. Jeśli chodzi o fryzurę, włosy są zazwyczaj rozczochrane, bo mama lubi przegarniać je palcami. Nie ubiera się elegancko. Zazwyczaj zakłada swetry lub koszulki, dżinsy i tenisówki (chociaż tata oczywiście wolałby, gdyby nosiła spódnice i szpilki). Moja mama jest raczej spokojna. Lubi pracować w ogrodzie, czytać książki, piec ze mną ciasta i chodzić na spacery, zwłaszcza do lasu (ma dobre oko do grzybów). Często ze mną żartuje i poświęca dla mnie czas. Kocham ją taką, jaka jest i nigdy się to nie zmieni.”

Cudne, nie? Czy powinnam zachować ten zeszyt i pokazać jej za parę lat, kiedy będziemy w stanie nastolatkowo – rodzicielskiej wojny? 

PS. Dla ścisłości, moje oczy są ciemnobrązowe i  absolutnie przeciętne, a uśmiech gości na moich ustach równie często jak kapralskie warczące komendy i mamrotane cicho przekleństwa. Ale i tak się rozpłynęłam ze wzruszenia i hurtem wybaczyłam jej upiorne niemowlęctwo, okres buntu dwulatka i wczesnonastolatkowe humory…

 

„Doktor Sen” tylko zdeczka polśniewuje

GDYBYM nie przeczytała „Lśnienia”, to „Doktor Sen” spotkałby się z dużo większym entuzjazmem z mojej strony.

NO ALE przeczytałam. I trochę dupa, panie dzieju. „Lśnienie” to książka mistrza, a „Doktor Sen” dzieło wprawnego, ale  zapracowanego rzemieślnika.

UWAGA  SPOJLER z pretensją doautorską!   Bo kolega chyba znowu miał termin na karku. Dokładnie jak z „Kopułą”. Rozwija, rozwija historię jak ta lala, pracowicie i soczyście, i nagle na końcu cichy plask, jakby komara zabił. Co jest, do cholery? Nie po to nakręciłam się na Super Mega Szwarc Charakterkę, żeby ją tak od niechcenia zdmuchnąć jak kurz spod szafy!

 No i chwilami miałam wrażenie, że czytam Koontza (obraza zamierzona). Który ostatnio coraz bardziej odjeżdża w promowanie prawości ogólnoludzkiej i czystych dusz, zwłaszcza dziecięcych, w walce z zepsuciem współczesnego świata. Na szczęście Kinga ratują ostre jak cięcie noża obserwacje obyczajowe, genialny opis charakteru alkoholika i jak zwykle, amerykańskie miasteczko jako mikro wszechświat ludzkich charakterów.

Mimo wszystko jest to nadal towar z wyższej półki. Co by nie gadać, najsłabsza książka Kinga wciąż jest lepsza od „arcydzieł” paru jego kolegów po fachu, więc się nie czepiam za bardzo. Tylko…już sama nie wiem, czy komuś, kto nie czytał „Lśnienia”, polecać przeczytanie tegoż przed sięgnięciem po kontynuację.

A w ogóle mam dziś migrenę stulecia. Rzygać mi się chce i coś czerwone mi lata przed oczami. Jak ja mam pracować, do licha? Jedyna pociecha, że zamiast biografii dzisiaj mam na tapecie drugą wersję recenzowanego wcześniej scenariusza. Mogę się bawić w „znajdź siedem różnic”. I liczę na to, że do czegoś będę mogła się przypieprzyć. Bo czemu mam cierpieć w samotności? Niech komuś też będzie źle.

PS Lola wczoraj odpytała mnie na okoliczność: jak była szkoła w twoich czasach? (praca z polskiego). Misiek oczywiście mamrotał coś o glinianych tabliczkach i gęsich piórach, ale słowo daję, nie mogłam sobie przypomnieć nic poza tym, że w pierwszej klasie nosiłam nylonowy fartuszek i obuwie korekcyjne, i że chodziliśmy do szkoły także w soboty. A, i że sadziliśmy sosny w czynie społecznym, a informatyka nie istniała w planie lekcji. Chodziliście do szkoły …dzieści lat temu? Coś jeszcze było dziwnego?

dzień wolny

Przez ostatnie trzy tygodnie zajmowałam się niemal wyłącznie pracą i szkołą Loli. Odsuwałam nogą koty żywe i te z kurzu, karmiłam małoletnich pożywieniem prostym, choć niezdrowym i starałam się ignorować narastający chaos.

A co scenariusz, to biografia. Niedługo im się postacie historyczne skończą. Dla mnie to więcej roboty, bo przy okazji trzeba zrobić solidny research biograficzny, czy autor nie popłynął za bardzo w krainę fantazji. Ale przy takim tempie (tak, wiem, że robisz Picassa, ale możesz na teraz pilnie zrobić Skłodowską?) zaczęłam się motać jak gacie w kroku. Kiedy wreszcie, sprawdzając jedną z dwóch pisanych równolegle recenzji o malarzu i seryjnym mordercy odkryłam, że zarzucam autorowi niedostateczne skupienie się na analizie morderczych skłonności malarza, poddałam się. Poprosiłam o trzy dni wolnego.

Wczoraj był dzień pierwszy laby.

Skosiłam trawnik. Przy okazji najpierw przytłukłam sobie stopę zrzuconymi z półki doniczkami, a później skosiłam przypadkiem martwą mysz. Niezapomniane wrażenia wizualne wprost ze scenariusza o  mordercy.

 Zawiozłam koty do weterynarza. Lulu wrzeszczała wniebogłosy przez całą drogę,  a Inka wyładowała stres po cichu, lejąc obficie do transporterka.

Ugotowałam regularny obiad i upiekłam ciasto dyniowe. Poszła jedna pokrywka szklana, naczynie żaroodporne i plastikowy pojemnik na mąkę. Z mąką, rzecz jasna w rozrzucie dziesięciu metrów. Oparzyłam kciuka. Ciasto się nie udało.

Zrobiłam 3 prania, w jedno wsadzając, jak się okazało, niezwykle wydajną chusteczkę higieniczną. Ciekawe, czemu zawsze to ciemne pranie zawsze ma chusteczkę?

Wyszorowałam łazienkę i zasikany transporterek.

Zmieniłam pościel, czego nienawidzę robić. Lulu, polując na ściągane poszwy, przewróciła konewkę. Wytarłam niechlujnie dywan poszwami do prania.

Przy okazji rzecz jasna wożąc dzieci w te i we wte, karmiąc i pilnując odrobienia prac domowych.

Nadszedł wieczór, i niemal szlochając z ulgi, zapadłam w kanapę, tuląc do piersi nowego, jeszcze ciepłego Kinga, którego przywiózł wczoraj rano kurier. Małoletnim zapowiedziałam śmierć na torturach za próbę oderwania mnie od lektury. Omijali mnie na palcach i w milczeniu. Padłam po drugiej w nocy, kiedy w oczach zaczęły mi się rozmazywać literki.

Ciekawe, czy wytrzymam te trzy dni, czy brak pracy mnie wykończy jednak szybciej niż jej nadmiar?

Czwarta klasa – aaaaa!

Czwarta klasa to nie przelewki, ho, ho. Powiadam wam, wy matki dzieciąt z klas młodszych, doczekacie się jeszcze siwych włosów, zakwasów na mózgu i numeru psychoterapeuty wbitego na szybkie wybieranie.

Czwarta klasa oznacza, że największym waszym dylematem nie będzie już wybór śniadaniówki, kolor tornistra i fakt, ze Basia nie chce siedzieć z Marysią.

Poziom dramatyzmu wzrasta wprost proporcjonalnie do tego, czego wasze dzieci nauczyły się przez ostatnie cztery lata. Nieee, nie chodzi mi o tabliczkę mnożenia i płynne czytanie.

Zastanówcie się, co wasze dzieci myślą o uczeniu się jako takim, czy potrafią skupić się przy odrabianiu lekcji dłużej niż godzinę, a przede wszystkim, czy ktoś nie wpoił im przymusu perfekcji.

Dla mojej córki głównym przekazem przez ostatnie cztery lata był zakaz popełniania błędów, a podstawowym wymogiem była wycyzelowana dokładność. Czwarta klasa ją zabija, a niedługo zabije także mnie (dopuszczam też warianty pośrednie: ja zabiję Lolę, ona zabije mnie, albo wyjdziemy obydwie w świat z siekierkami w drżących dłoniach).

NIE DA SIĘ być tak perfekcyjnym i dokładnym w czwarte klasie. No za cholerę się nie da. Ja to wiem, ale jak to przekazać dziesięciolatce, przerażonej wizją niedoskonałości, nie wiem.

Piątek: Lola jest przeziębiona od dwóch dni. Zestresowana na maksa, obdzwania przyjaciółki, spisuje lekcje, nie rozumie materiału, ale musi go zrobić. Wybucha przy uzupełnianiu angielskiego: bo przecież MUSI wysłuchać zadania z płyty i nie interesuje jej fakt, że zadania są tylko na płycie nauczycielki, do słuchania na lekcjach. Totalna emocjonalna rozsypka.

Sobota: cały dzień spędzamy na wykonywaniu obserwacji przyrodniczych. Niech mi ktoś powie, że Lola może to robić sama, to zaraz polecę po tę siekierkę. Przy poleceniach: zerwij liść przy ruchliwej ulicy i w głębi lasu, rozpisz średnią temperatur z tygodnia, sfotografuj zachód słońca i wklej opisane zdjęcie do książki, oczywistą jest pełna współpraca rodzica. Oprócz w/wymienionych przesadzamy fasolki, nurzamy nitkę w roztworze soli, sporządzamy tabelki i opisujemy liście.

Niedziela: Lola jest całkowicie zablokowana myślą o zrobieniu rysunku na plastykę. Przełamanie jej  lęków (nie musisz być perfekcyjna, zrób to po prostu tak, jak potrafisz) zajmuje mi dwie godziny. Piszemy wiersz na polski (procedura jak wyżej). Uczymy się kolejnego wiersza na pamięć (to samo). Kończymy „Momo”, lekturę na październik- jedyna szczera radość tego dnia. Lola kocha grube książki.

Poniedziałek: Trzy godziny zajmuje nam odrobienie zadań z matematyki.

Kolejna refleksja: wszystkie pozostałe przedmioty – przyroda, polski, angielski idą swoim, spokojnym trybem, powoli rozszerzając materiał. Matematyka zabija tempem. Dzieci, które pod koniec trzeciej klasy mozolnie opanowywały tabliczkę mnożenia, kilka miesięcy później zaczynają ułamki. Jeśli macie możliwość – olejcie cała resztę. Wbijajcie dzieciom do głowy na bieżąco i do przodu matmę, bo zginą. Jak Lola, która nie rozumie NIC. I to niezrozumienie frustruje ją do granic obłędu. Przy odrabianiu matematyki fruwają długopisy i zeszyty, pudełko chusteczek jest opróżniane szybciej niż na sesji psychoterapeutycznej, a z wyrwanych z rozpaczy włosów dałoby się wydziergać sweterek.

Miałam pisać o czymś zupełnie innym, ale po wczorajszym seansie matematycznym siedzę i kiwam się na krześle pytając za klasykiem: jak żyć? Jak do cholery przeżyć tę czwartą klasę?

I jak wyprostować skrzywione edukacyjnie dziecko? Bo argument mojej mamy: dobrze, że jest ambitna – to trafienie kulą w płot. Ambicja jest napędem wewnętrznym, i chociaż jestem jej całkowicie pozbawiona, podziwiam ludzi ambitnych i zdeterminowanych. Lola ma wyłącznie zewnętrzną motywację, wynikająca z czterech lat wbijania jej do głowy, że błąd i niedokładność jest grzechem. Chyba tylko terapia nam została, albo młoda w końcu się podda…

 

Mąż gotuje, a ja zostaję siłaczką

Mąż ma świetny zamach w golfie i zna stolice wszystkich państw na świecie. Nie odróżnia jednak buraka od marchewki i rondla od patelni. Dlatego gdy oznajmił niefrasobliwie – budyń sobie kupiłem, bo mam ochotę – nieco się zdziwiłam, ale OK, każdy może rozszerzać sobie horyzonty, nie?

Z naukową ciekawością zerkałam, jak wstawia pół litra mleka do półlitrowego garnuszka. Nawet mu się zmieściło, nie powiem. Proszek wymieszał całkiem fachowo,  po czym zapodał wybełtaną mieszankę do mleka. Tu mały zonk nastąpił, bo summa summarum budyniu było więcej niż rondelka, ale sprawnie operując meniskiem wypukłym, mężowi udało się utrzymać niemal cały budyń w naczyniu. Rozlał budyń do miseczek, łypnął na mnie z dumą profesjonalisty, spróbował i się  zatchnął- ty słuchaj – spytał nieco zdziwiony – to trzeba było posłodzić??-

No dobra, zaliczam mu ten budyń jako osiągnięcie kulinarne. Następnym razem na pewno przeczyta uważnie instrukcję na opakowaniu.

A co do mnie – chyba prędzej oczekiwałabym po sobie zatrudnienia w charakterze instruktorki fitness niż jakiegokolwiek zaangażowania w szkołę małoletnich. A jednak ku własnego zaskoczeniu sama, dobrowolnie zgłosiłam się do trójki w klasie Loli. Ale ona mnie sprowokowała, ta..ta klępa parzystokopytna!

Klępa była w trójce przez ostatnie dwa lata i były to lata tak męczeńskie według niej, że spokojnie załapie się laska na rentę, pomnik i wpis w IPN. Nikt jej nie docenia, nikt nie współpracuje, i ona sama, samiutka odwalała całą robotę przy wigiliach klasowych, jarmarkach, dniach świętego Pafnucego i świętego Makaronu..no istna orka na ugorze. I w tym roku to ona już na pewno się na te tortury nie pisze.

Pytam się grzecznie, tak z ciekawości poznawczej – a jakież to są obowiązki trójki klasowej? –

– Nooo, wszystko to co trzeba zrobić – odpowiada dumnie Trójka Cierpiąca

– Ale kto decyduje, CO trzeba zrobić? –

– Noo, trójka –

– W takim razie – zirytowałam się – może trójka na ten przykład byłaby uprzejma konsultować swoją radosną twórczość z resztą rodziców, żeby tak bezproduktywnie nie cierpieć za miliony. Bo bukiet na Dzień Nauczyciela i koniec roku kupić mogę, spoko. Iść na jakieś zebranie od czasu do czasu też. Ale organizowanie dzieciątkom klasowych Wigilii z sałatkami, ciastami i składanymi w obrębek serwetkami uważam za idiotyzm, co mówię od czterech lat i ręki do tego nie zamierzam przykładać. Kupowanie im wypasionych prezentów na Mikołaja – jak wyżej. Jarmarki szkolne to jakaś pomyłka: rodzice wszystko załatwiają, sklejają wianuszki czy ścibolą francuskie hafty, żeby potem te własne rękodzieła kupować i obdarowywać zarobioną w ten sposób kasą dzieci. Może normalnie, dajmy im z kieszeni po dwie dychy i każdy będzie zadowolony? Skoro trójka decyduje, to ja się chętnie zgłoszę, przynajmniej będę miała prawo głosu. –

– Już zapisuję – oznajmiła radośnie wychowawczyni Loli, która jako osoba taktowna i kulturalna w milczeniu przeczekiwała nasza konwersację.

No. I zapisała. Nie uwierzycie, ale klępa zgłosiła się zaraz po mnie, żebym jej całkiem zabawy nie popsuła. Zapowiada się ekscytujący rok.

PS Aaaa, co ja najlepszego zrobiłam?!!

relacji część druga

Podróżowanie po Stanach to jedna z tych przyjemności, które nie wiem, czy nie przewyższają samego zwiedzania. Świetnie oznakowane, szerokie autostrady przewiozą cię, gdzie tylko chcesz. A jeśli masz taki kaprys, możesz jechać bocznymi drogami, napawając się urodą krajobrazu i sennych małych miasteczek, które z sentymentem wspominam sprzed lat. miasteczko

 Na wjeździe do każdego stanu czeka na ciebie Welcome Center, z niezwykle uczynnymi pracownikami, którzy przekażą ci mnóstwo ciekawych informacji i zasypią darmowymi mapkami stanu, ulotkami na temat lokalnych imprez i atrakcji, a czasem częstują też darmową kawą czy soczkiem. Znajdziesz tam też kupony na noclegi, które po pierwsze znacząco mogą obniżyć koszt nocowania w wybranej przez ciebie sieciówce, a po drugie pozwalają zaplanować, dokąd dzisiaj dojedziesz i gdzie złożysz głowę na noc.

Wszystkie amerykańskie motele są do siebie podobne. Ogromne, wygodne łóżka, telewizor, lodówka, klimatyzator, ekspres do kawy, zazwyczaj mikrofalówka. Różnią się stopniem czystości i dodanych gadżetów oraz jakością darmowego śniadania. Małoletni pokochali bajgle z serkiem i wafle, a ja po dwóch tygodniach przyzwyczaiłam się nawet do przeohydnej amerykańskiej kawy, która niezależnie od miejsca serwowania smakuje tak, jakby ktoś wyżął do niej ścierkę od podłogi. Mąż, wychowany we włoskiej kulturze picia kawy, nawet nie próbował się przyzwyczajać, tylko coraz bardziej zdesperowany pytał w kolejnych knajpach o  espresso. Udało mu się je wypić raz!

Ale – wracając do Florydy. Żeby się zrelaksować, zostaliśmy na dwa dni w motelu przy plaży od strony Zatoki Meksykańskiej. Morze ciepłe, piasek biały, pełno muszli, a razem z nami kąpało się stado pelikanów, pikujących co chwila nad naszymi głowami, żeby złapać rybę.

plaża

Plaże na wysepkach z tej strony Florydy, Sanibel i Captivie, uważane są ponoć za jedne z najpiękniejszych w Stanach. Z całym szacunkiem, ale mam wrażenie, że nad Bałtykiem widziałam ładniejsze, chociaż bez palm. Kiedy zebraliśmy siły i przeliczyliśmy kasę, wybraliśmy się w końcu do Seaworld.

delfiny

Cóż mogę napisać…Efektowne, świetnie zorganizowane, ogromne, nieco męczące z uwagi na tłumy. Cieszę się, że tam pojechaliśmy, choćby ze względu na delfiny, ale nie jest to rozrywka, którą bym powtórzyła, nie tylko ze względu na przeraźliwy koszt biletów. Chociaż karmienie delfinów z ręki to było coś!

A później został nam flegmatyczny powrót do Nowego Jorku. Taki z mnóstwem zakrętasów po drodze, żeby jeszcze trochę łyknąć klimatów i fajnych obrazków. Smoky Mountains faktycznie tonęły we mgle. A hrabstwo Lancaster w Pensylwanii, zamieszkałe przez Amiszów i Mennonitów,  przeniosło nas wprost do „Ani z Zielonego wzgórza”. Te bryczki, kobiety w czepeczkach, brodaci faceci w kapeluszach, gromadki bosonogich dzieci na podwórkach – uwielbiam takie klimaty!

Niestety, wracaliśmy za szybko i został nam jeden dzień na Nowy Jork. A już myślałam, ze mi się upiecze i nie będę musiała już biegać po tym zakazanym mieście.

Nowy Jork dla przeciętnego turysty składa się ze Statui Wolności

statua

(Podpłynęliśmy promem, żeby obejrzeć laskę z bliska. Miałam nadzieję, że zyskuje przy bliższym poznaniu. Niestety, nadal brzydka, tylko bardziej widać te otłuszczone ramiona..),

oraz Manhattanu,  Brodwayu, Chinatown i Central Parku.

Chinatown jest spoko, chociaż ludzi tyle samo, a nawet więcej. Małoletni uznali, że Chińczycy mniejsi i może dlatego łatwiej znieść ten tłum.

chińczyk

Ale i tak miałam dosyć. W Central Parku widzieliśmy mnóstwo psów (Lola w euforii), żółwie i szczura  (Misiek w euforii) oraz zupełnie oswojoną wiewiórkę, która z godnością zjadała nam z ręki ciasto orzechowe.

central park 

A później musieliśmy się już pakować. Z pewną ulgą, bo jednak najbardziej lubimy wracać do domu.

Podsumowując:

Małoletni sprawdzili się doskonale w długich trasach. Bardzo wytrzymałe i miłe z nich stworzenia.

Tylko raz pokłóciłam się z mężem, co oznacza, że się starzejemy, albo, że nie było o co.

Przywieźliśmy nowe bluzy i dżinsy, jak znalazł na jesień, ogromne pudło muszelek i tajemnicze ściereczki kuchenne (co to za ściereczki?? jak to, myślałem, że to ty je kupiłaś? po cholerę mi ściereczki, to nie ty kupiłeś?? no to skąd się wzięły te ściereczki?!).

Finansowo daliśmy radę, także dlatego, że za bilety lotnicze zapłaciliśmy grosze dzięki wylatanym przez męża milom, a kilka nocy spędziliśmy w domu przyjaciół. Benzyna jest dwa razy tańsza niż w Polsce. Noclegi i jedzenie kosztują podobnie jak u nas, więc też dramatu nie było. W sumie, pomijając surrealistyczne wręcz ceny za Seaworld, wydaliśmy mniej niż się spodziewałam.

Złamaliśmy jedną parę okularów, Misiek spalił sobie skórę na ramionach, mnie pogryzły jadowite meszki, po których wyskoczyły mi ropne bąble na rękach i nogach i przez tydzień musiałam chodzić w długich spodniach i koszulach, mąż kupił sobie kij do golfa, który nie zmieścił mu się w walizce, a Lola wymyśliła Lorilota, o którym z pewnością jeszcze napiszę.

Wyjazd był nadzwyczaj udany. Teraz robimy plany na następny. Czy wiecie, że w 2017 roku w Stanach będzie całkowite zaćmienie słońca? Bo my już szykujemy ciemne okulary:-)