relacji część druga

Podróżowanie po Stanach to jedna z tych przyjemności, które nie wiem, czy nie przewyższają samego zwiedzania. Świetnie oznakowane, szerokie autostrady przewiozą cię, gdzie tylko chcesz. A jeśli masz taki kaprys, możesz jechać bocznymi drogami, napawając się urodą krajobrazu i sennych małych miasteczek, które z sentymentem wspominam sprzed lat. miasteczko

 Na wjeździe do każdego stanu czeka na ciebie Welcome Center, z niezwykle uczynnymi pracownikami, którzy przekażą ci mnóstwo ciekawych informacji i zasypią darmowymi mapkami stanu, ulotkami na temat lokalnych imprez i atrakcji, a czasem częstują też darmową kawą czy soczkiem. Znajdziesz tam też kupony na noclegi, które po pierwsze znacząco mogą obniżyć koszt nocowania w wybranej przez ciebie sieciówce, a po drugie pozwalają zaplanować, dokąd dzisiaj dojedziesz i gdzie złożysz głowę na noc.

Wszystkie amerykańskie motele są do siebie podobne. Ogromne, wygodne łóżka, telewizor, lodówka, klimatyzator, ekspres do kawy, zazwyczaj mikrofalówka. Różnią się stopniem czystości i dodanych gadżetów oraz jakością darmowego śniadania. Małoletni pokochali bajgle z serkiem i wafle, a ja po dwóch tygodniach przyzwyczaiłam się nawet do przeohydnej amerykańskiej kawy, która niezależnie od miejsca serwowania smakuje tak, jakby ktoś wyżął do niej ścierkę od podłogi. Mąż, wychowany we włoskiej kulturze picia kawy, nawet nie próbował się przyzwyczajać, tylko coraz bardziej zdesperowany pytał w kolejnych knajpach o  espresso. Udało mu się je wypić raz!

Ale – wracając do Florydy. Żeby się zrelaksować, zostaliśmy na dwa dni w motelu przy plaży od strony Zatoki Meksykańskiej. Morze ciepłe, piasek biały, pełno muszli, a razem z nami kąpało się stado pelikanów, pikujących co chwila nad naszymi głowami, żeby złapać rybę.

plaża

Plaże na wysepkach z tej strony Florydy, Sanibel i Captivie, uważane są ponoć za jedne z najpiękniejszych w Stanach. Z całym szacunkiem, ale mam wrażenie, że nad Bałtykiem widziałam ładniejsze, chociaż bez palm. Kiedy zebraliśmy siły i przeliczyliśmy kasę, wybraliśmy się w końcu do Seaworld.

delfiny

Cóż mogę napisać…Efektowne, świetnie zorganizowane, ogromne, nieco męczące z uwagi na tłumy. Cieszę się, że tam pojechaliśmy, choćby ze względu na delfiny, ale nie jest to rozrywka, którą bym powtórzyła, nie tylko ze względu na przeraźliwy koszt biletów. Chociaż karmienie delfinów z ręki to było coś!

A później został nam flegmatyczny powrót do Nowego Jorku. Taki z mnóstwem zakrętasów po drodze, żeby jeszcze trochę łyknąć klimatów i fajnych obrazków. Smoky Mountains faktycznie tonęły we mgle. A hrabstwo Lancaster w Pensylwanii, zamieszkałe przez Amiszów i Mennonitów,  przeniosło nas wprost do „Ani z Zielonego wzgórza”. Te bryczki, kobiety w czepeczkach, brodaci faceci w kapeluszach, gromadki bosonogich dzieci na podwórkach – uwielbiam takie klimaty!

Niestety, wracaliśmy za szybko i został nam jeden dzień na Nowy Jork. A już myślałam, ze mi się upiecze i nie będę musiała już biegać po tym zakazanym mieście.

Nowy Jork dla przeciętnego turysty składa się ze Statui Wolności

statua

(Podpłynęliśmy promem, żeby obejrzeć laskę z bliska. Miałam nadzieję, że zyskuje przy bliższym poznaniu. Niestety, nadal brzydka, tylko bardziej widać te otłuszczone ramiona..),

oraz Manhattanu,  Brodwayu, Chinatown i Central Parku.

Chinatown jest spoko, chociaż ludzi tyle samo, a nawet więcej. Małoletni uznali, że Chińczycy mniejsi i może dlatego łatwiej znieść ten tłum.

chińczyk

Ale i tak miałam dosyć. W Central Parku widzieliśmy mnóstwo psów (Lola w euforii), żółwie i szczura  (Misiek w euforii) oraz zupełnie oswojoną wiewiórkę, która z godnością zjadała nam z ręki ciasto orzechowe.

central park 

A później musieliśmy się już pakować. Z pewną ulgą, bo jednak najbardziej lubimy wracać do domu.

Podsumowując:

Małoletni sprawdzili się doskonale w długich trasach. Bardzo wytrzymałe i miłe z nich stworzenia.

Tylko raz pokłóciłam się z mężem, co oznacza, że się starzejemy, albo, że nie było o co.

Przywieźliśmy nowe bluzy i dżinsy, jak znalazł na jesień, ogromne pudło muszelek i tajemnicze ściereczki kuchenne (co to za ściereczki?? jak to, myślałem, że to ty je kupiłaś? po cholerę mi ściereczki, to nie ty kupiłeś?? no to skąd się wzięły te ściereczki?!).

Finansowo daliśmy radę, także dlatego, że za bilety lotnicze zapłaciliśmy grosze dzięki wylatanym przez męża milom, a kilka nocy spędziliśmy w domu przyjaciół. Benzyna jest dwa razy tańsza niż w Polsce. Noclegi i jedzenie kosztują podobnie jak u nas, więc też dramatu nie było. W sumie, pomijając surrealistyczne wręcz ceny za Seaworld, wydaliśmy mniej niż się spodziewałam.

Złamaliśmy jedną parę okularów, Misiek spalił sobie skórę na ramionach, mnie pogryzły jadowite meszki, po których wyskoczyły mi ropne bąble na rękach i nogach i przez tydzień musiałam chodzić w długich spodniach i koszulach, mąż kupił sobie kij do golfa, który nie zmieścił mu się w walizce, a Lola wymyśliła Lorilota, o którym z pewnością jeszcze napiszę.

Wyjazd był nadzwyczaj udany. Teraz robimy plany na następny. Czy wiecie, że w 2017 roku w Stanach będzie całkowite zaćmienie słońca? Bo my już szykujemy ciemne okulary:-)

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s