Mąż gotuje, a ja zostaję siłaczką

Mąż ma świetny zamach w golfie i zna stolice wszystkich państw na świecie. Nie odróżnia jednak buraka od marchewki i rondla od patelni. Dlatego gdy oznajmił niefrasobliwie – budyń sobie kupiłem, bo mam ochotę – nieco się zdziwiłam, ale OK, każdy może rozszerzać sobie horyzonty, nie?

Z naukową ciekawością zerkałam, jak wstawia pół litra mleka do półlitrowego garnuszka. Nawet mu się zmieściło, nie powiem. Proszek wymieszał całkiem fachowo,  po czym zapodał wybełtaną mieszankę do mleka. Tu mały zonk nastąpił, bo summa summarum budyniu było więcej niż rondelka, ale sprawnie operując meniskiem wypukłym, mężowi udało się utrzymać niemal cały budyń w naczyniu. Rozlał budyń do miseczek, łypnął na mnie z dumą profesjonalisty, spróbował i się  zatchnął- ty słuchaj – spytał nieco zdziwiony – to trzeba było posłodzić??-

No dobra, zaliczam mu ten budyń jako osiągnięcie kulinarne. Następnym razem na pewno przeczyta uważnie instrukcję na opakowaniu.

A co do mnie – chyba prędzej oczekiwałabym po sobie zatrudnienia w charakterze instruktorki fitness niż jakiegokolwiek zaangażowania w szkołę małoletnich. A jednak ku własnego zaskoczeniu sama, dobrowolnie zgłosiłam się do trójki w klasie Loli. Ale ona mnie sprowokowała, ta..ta klępa parzystokopytna!

Klępa była w trójce przez ostatnie dwa lata i były to lata tak męczeńskie według niej, że spokojnie załapie się laska na rentę, pomnik i wpis w IPN. Nikt jej nie docenia, nikt nie współpracuje, i ona sama, samiutka odwalała całą robotę przy wigiliach klasowych, jarmarkach, dniach świętego Pafnucego i świętego Makaronu..no istna orka na ugorze. I w tym roku to ona już na pewno się na te tortury nie pisze.

Pytam się grzecznie, tak z ciekawości poznawczej – a jakież to są obowiązki trójki klasowej? –

– Nooo, wszystko to co trzeba zrobić – odpowiada dumnie Trójka Cierpiąca

– Ale kto decyduje, CO trzeba zrobić? –

– Noo, trójka –

– W takim razie – zirytowałam się – może trójka na ten przykład byłaby uprzejma konsultować swoją radosną twórczość z resztą rodziców, żeby tak bezproduktywnie nie cierpieć za miliony. Bo bukiet na Dzień Nauczyciela i koniec roku kupić mogę, spoko. Iść na jakieś zebranie od czasu do czasu też. Ale organizowanie dzieciątkom klasowych Wigilii z sałatkami, ciastami i składanymi w obrębek serwetkami uważam za idiotyzm, co mówię od czterech lat i ręki do tego nie zamierzam przykładać. Kupowanie im wypasionych prezentów na Mikołaja – jak wyżej. Jarmarki szkolne to jakaś pomyłka: rodzice wszystko załatwiają, sklejają wianuszki czy ścibolą francuskie hafty, żeby potem te własne rękodzieła kupować i obdarowywać zarobioną w ten sposób kasą dzieci. Może normalnie, dajmy im z kieszeni po dwie dychy i każdy będzie zadowolony? Skoro trójka decyduje, to ja się chętnie zgłoszę, przynajmniej będę miała prawo głosu. –

– Już zapisuję – oznajmiła radośnie wychowawczyni Loli, która jako osoba taktowna i kulturalna w milczeniu przeczekiwała nasza konwersację.

No. I zapisała. Nie uwierzycie, ale klępa zgłosiła się zaraz po mnie, żebym jej całkiem zabawy nie popsuła. Zapowiada się ekscytujący rok.

PS Aaaa, co ja najlepszego zrobiłam?!!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s