karaluchy, kostnica i znudzenie między udami

Nie w tej kolejności wprawdzie, ale jednak…

„Trujące słowa zarzutów wyleciały szybko i wściekle w jedynego mężczyznę, który kiedykolwiek sprawił, że jej pogańska krew śpiewała, a jego znudzenie pomiędzy jej udami było wyrzeźbione w granicie na jego idealnej twarzy” – no dobra, proszę o zwięzłe przetłumaczenie mi powyższego, bo się poddałam….Ja rozumiem, jest koniec października, moja zwyczajowa pora na czytanie romansów historycznych, ale ta poetyka mnie przerosła. Wracam z podkulonym ogonem do kryminałów, niech będzie i Marinina, byle nie to.

Leżałam w nocy, wsłuchując się w dzwonienie w moim prywatnym uchu i uświadomiłam sobie, czemu ciągle budzę się zmęczona. Od kilku nocy ciągle śni mi się, że sprzątam, w najbardziej zadziwiających okolicznościach przyrody. Ostatni sen mnie dobił. Przenosiłam rzeczy mojej rodziny z mieszkania do mieszkania i w tym starym było pełno karaluchów. Słuchajcie, koszmar o Freddim Krugerze to nic w porównaniu z nocą spędzoną na  składaniu stosów ciuchów i wytrzepywaniu ze wszystkiego karaluchów. Boję się zajrzeć do sennika, bo to na pewno nic dobrego.

Mąż, aby dobitniej zilustrować kryzys oddalenia w naszym związku, zniknął na cały weekend na golfa. Jedyna pociecha, że mu teraz  głupio i obiecał się nie oddalać w kolejny weekend. A ja przez cały weekend miotałam się między Dmowskim (referat Miśka), zasadami ruchu drogowego (komiks Loli) i cholerną matematyką. Gdyż albowiem chwilowe olśnienie Loli okazało się, no, chwilowe, i teraz jesteśmy w czarnej dupie wielkich liczb. Żeby nie stracić twarzy, nie przyznaję się dziecku, że i mnie operacje pamięciowe na setkach tysięcy i milionach sprawiają duży kłopot i męczymy się razem potępieńczo.

Dzisiaj na ścieżce i trawniku obok znowu leży jedna mysz, cała, jeden ptaszek, umiarkowanie cały, i dwie nornice z wystającymi flakami, w ty jedna zdekapitowana. Dzwoneczek na obróżce nie działa. Albo Lulu nauczyła się go wyciszać, jak komórkę, albo mamy inwazję głuchej zwierzyny. Mam wrażenie, że mieszkam w kostnicy. Boję się wbić łopatę w ziemię, żeby nie usłyszeć chrupania małych czaszeczek. To jak życie na indiańskim cmentarzu. W Halloween to wszystko wstanie i pomści swoją śmierć, powiadam wam. Idę wycinać dynie, ponoć odstraszają złe duchy.

PS No nie mogę się oprzeć, to jak z Pratchetta. Wyobrażacie sobie inwazję malutkich mysich zombie? Boszsz, jestem chora. To przez to dzwonienie chyba…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s