przeszkody drogowe

Próbowałyście kiedyś ominąć mysz, która wtargnęła na jezdnię? Nie polecam. Leci toto z samobójczą determinacją po asfalcie, a ty nie wiesz nawet, gdzie kołami skręcić, bo tej upośledzonej gabarytowo cholery nijak nie widać. Się spociłam ze strachu, że nie dam rady, ale jakoś dotarła na drugą stronę, uff. Jak z pekińczykami na moim osiedlu. Codziennie wyłażą na spacer takie rozlazłe trzy księżniczki, ich pan zrelaksowany idzie trzydzieści metrów dalej, a te mikro mopy latają mi pod podwoziem. Ostatnio zdesperowana krzyknęłam do pana, żeby może je odholował gdzieś na pobocze, bo nie widzę, czy już je mam rozkwaszone pod oponą, czy nie. To się obraził, że chcę mu pieski przejechać. Zasadniczo planowałam raczej ratowanie, ale skoro tak, to przestanę się przejmować. I tak nie lubię pekińczyków.

I dlaczego ja mam pekińczyki i myszy, a mój ojciec niedawno spotkał na ulicy doskonale widocznego i niezbyt ruchliwego (ergo: łatwego do ominięcia) dzika? Niektórzy mają po prostu w życiu pod górkę.

A wczoraj byliśmy na pikniku w pracy męża. Dobre żarcie, dobra kawa, no i widziałam Edytę Górniak. Ona mi strasznie przypomina takie żelkowe serduszka z Auchan – malutkie, różowe i śliczne, ale strach nawet spróbować, bo to sama chemia. Misiek wytrzymał większość coverów, jakie śpiewała artystka, ale przy Metallice kategorycznie zażądał natychmiastowego wyjścia, żeby nie mieć koszmarów w nocy. Ech, ta młodzież…

Ludzie mnie fascynują. Dałam ogłoszenie o sprzedaży starego roweru Loli. Starego tylko z nazwy, bo mała córka nagle, w ciągu sezonu zrobiła się duża i przesiadła się na mój rower, więc tamten prawie nówka nieśmigana.

Pierwsza odpowiedź – czy ja mogę ten rower wysłać na drugi koniec Polski? Ostrożnie piszę, że chyba koszt wysyłki byłby spory i czy pani jest gotowa dopłacić choćby połowę tej kwoty? Aaa, jeśli tak, to ona nie chce.

Odpowiedź druga – pan chętnie kupi, ale cena oczywiście do negocjacji. Jakiej – pytam. No, tak o połowę (rower jeżdżony przez pół roku sprzedaję za mniej niż połowę ceny sklepowej). Na subtelną sugestię, że może jednak nie, pan się obraził.

Trzeci email – pani kupi, jak jej przywiozę rower do Warszawy, na daleki Żoliborz dokładniej. Piszę, że niekoniecznie, bo to mi zajmie pół dnia, ale chętnie dowiozę na stację/przystanek/nawet stację metra, jeśli pani nie ma samochodu. A, nie, pani ma, ale nie chce jej się jechać. No cóż, patowa sytuacja.

Odpowiedź numer trzy. Pan już kupuje. Tylko gdzie i kiedy. Piszę, gdzie i kiedy, zostawiając panu duża dowolność w tym temacie. Pan do tej pory nie odezwał się ponownie….

Tkwię w zadziwieniu a rower w garażu. Chyba po prostu powieszę ogłoszenie w szkole.

chyba trochę modowo wyszło

O rany, starzeję się! Dziś rano odkryłam w mojej poczcie, zamiast zwyczajowych ofert seks randek, zachęcającą reklamę wkładek na nietrzymanie moczu. Chyba powinnam już uważniej przyjrzeć się ofercie lokalnego Klubu Seniora….

Dziś o szóstej rano (!!) dostarczyłam Lolę na miejsce zbiórki przed wyjazdem na Zieloną Szkołę. Albo ja mentalnie podnoszę wiek mojego dziecka, albo inni rodzice wręcz przeciwnie. Lola, z plecakiem na plecach, ciągnąc walizeczkę, dotuptała przed szkołę, a ja dowlokłam się zaspana chwilę za nią. Rozejrzałam się, cmoknęłam dziecinę w czółko, ziewnęłam i rzekłam – na razie, córko, pa, pa, zadzwoń czasem – i poszłam z powrotem do samochodu.

Wracając zarejestrowałam jednakowoż, że większości dzieci towarzyszą rodzice (parami, słowo), ciągnąc walizki i torby, trzymając potomstwo za rękę, i stoją tak wszyscy czekając na odjazd autokaru oraz tuląc dzieciątka do piersi. Szarpnęły mną chwilowo wyrzuty sumienia, ale na szczęście zauważyłam wtedy, że mama najlepszej przyjaciółki Loli zatrzymała się pod szkołą na sekundę, wyrzucając tylko córkę z bagażami. Wychyliła z samochodu tułów odziany w pasiastą pidżamę i pomachała dziecku na pożegnanie, ziewając potężnie.

Muszę jej powiedzieć, że wygrała ze mną w kategorii najgorszych matek w klasie. Od razu zrobiło mi się lepiej. Zwłaszcza w kategorii ubioru.

Przyznaję, życie z dorastającą córką nie jest łatwe. zwłaszcza dla matki abnegatki. Moje ostatnie letnie zakupy okazały się punktem zapalnym. Kiedy kilka dni temu musiałam odebrać Lolę  w połowie lekcji, młoda prawie spaliła się ze wstydu. Szła za mną szkolnym korytarzem mamrocząc złowieszczo – musiałaś TO założyć, rany, wszyscy myślą, że jesteś w pidżamie, nigdzie nie mogę z tobą iść, ale wstyd…- A wszystko dlatego, że miałam na sobie zachwycająco, porażająco wręcz wygodne porteczki z wyprzedaży w H&M. Niebieskie w kwiatki, cieniutkie, na gumie, z powiewnej wiskozy, jako żywo kojarzące się z pidżamą, fakt, ale ta WYGODA!

Kiedy następnego dnia odbierałam Lolę z plastyki, jako kochająca matka, dbająca o opinię dziecka,  założyłam mój drugi wyprzedażowy zakup, sukienkę. Ciemną, przewiewną, wygodną, w kwiatuszki jakieś z wzorkiem, któremu nie przyjrzałam się zbyt uważnie. Lola na mój widok zrobiła wielkie oczy i wyszeptała ze zgrozą – mamo, coś ty założyła?! –

– Ale że co, za krótka? – spytałam zdezorientowana

– Ta sukienka jest W CZASZKI! – powiedziała wstrząśnięta Lola, usiłując zasłonić mnie przed oczami przechodniów swoim plecakiem.

Faktycznie. Nikły wzorek, który brałam za łodyżki kwiatów, przedstawiał czaszki. Rany, co za różnica?

Ale zemsta jest słodka. Na dzisiejsze poranne odwiezienie przyodziałam moją najlepszą kieckę, szykowną jak do kościoła i całą pewnością tak samo nobliwą. Do tego full mejkap i kolczyki (bardzo wytworne i stosowne do mojego podeszłego wieku). Przez chwilę zastanawiałam się jeszcze nad sznurem pereł i pantoflami na obcasie, ale zlitowałam się nad Lolą.

Wierzcie mi, mina Loli, kiedy uświadomiła sobie, że zamierzam w takim stroju pokazać się bladym świtem przed rodzicami jej koleżanek, była absolutnie bezcenna!

No, i teraz już wiadomo, dlaczego dzieciątko szło przede mną i jakoś nie nalegało na to, żebym  poczekała….

A w ogóle to mam wierzące piwonie. Przy granicznej siatce sobie rosną, a za siatką mieszkają  moi bardzo pobożni sąsiedzi. No i – za cholerę nie wiem czemu, bo  słońce i wszelkie wygody mają od mojej strony, tam cień, północ i wszelka zaraza – piwonie rozpaczliwie, kurczowo wręcz przebijają się łebkami przez tę siatkę na stronę sąsiadów. To muszą być przekonania religijne, innego wytłumaczenia nie znajduję….Chyba zacznę im śpiewać Godzinki (kwiatkom, a nie sąsiadom, rzecz jasna).

O ślimakach, Mao i czemu warszawka jest chuda

 

Ślimaki są niejadalne. No, hipotetycznie może i są, ale powinny być emocjonalnym tabu, takim jak małe kocięta albo puchate szynszyle.

Kupiłam sobie takie w Lidlu,  w muszelkach, z masełkiem, pchana nieposkromioną kulinarną ciekawością. No i tak wywlekałam je widelczykiem z tych muszli, mamrocząc do siebie – tylko nie myśl o tym, co jesz – ale nie pomogło, łzy mi stawały w oczach, a mięczaki w gardle.

Chyba przez osmozę przejęłam od Loli bezwarunkowe uczucia do ślimaków. Żeby to jeszcze te bezskorupowe, oślizgłe gady były, konsumujące regularnie moje malwy… Zeżarłabym z czystej mściwości. Ale winniczki? Te niewinne, powolne istoty, mieszkające w moich funkiach?

Zostawiłam resztę dania wszystkożernemu mężowi i poleciałam do ogródka. Po czym w ramach rekompensaty moralnej przeniosłam mojego winniczka na niedawno posadzone dynie. Niech ma!

Ciekawym w obliczu tego wydaje się fakt, że Misiek spożył ślimaka bez oporu, ale odmówił choćby spróbowania przepysznych, pieczonych z oliwą szparagów. Chyba nie powinnam nalegać, w końcu nie wiadomo, czy nie czuje emocjonalnej więzi z tym warzywem…..

Mąż wyjechał w niesłychanie egzotyczne rejony świata. Szykował się w tym celu cały poranek.

– Paszport wziąłeś? – zażartowałam

– Jasne, że nie – zażartował mąż. Po czym zbladł i pognał na górę szukać paszportu.

Mam nadzieję, że w nagrodę kupi mi to, co sobie zażyczyłam.

Pamiętacie Piękną, która w przeciwieństwie do złych sióstr chciała niebieską różę?

Nigdy bym nie pomyślała, ale chyba coś nas łączy.

Mąż nieco się zdziwił, gdy poinformowałam go, że pereł ani innych tam torebek to nie chcę, ale marzę o takim zegarku, o którym przeczytałam w Internecie.

Czerwona tarcza, na tarczy Mao, a jego uniesiona w pozdrowieniu do narodu ręka robi za wskazówkę. Ale się podjarałam! Chcę to mieć!

A, w stolicy byłam. Pół dnia męki. Jedynym jasnym punktem był lunch z małżonkiem, który postanowił mi objawić rozkosze kulinarne Warszawy i zabrał mnie do wypasionej restauracji.

Niby wizualnie dawałam radę, nawet pantofle na obcasach włożyłam (chociaż jeden pęcherz i dwa obtarcia później nie wydawały mi się aż tak szykowne). Ale jednak wsi z człowieka nie wypędzisz.

Kiedy kelnerka postawiła przede mną mikro miseczkę z jakimś płynem, w którym pływały bratki, poważnie rozważałam, czy powinnam to wypić, czy ręce umyć….Dyskretnie upewniłam się co do przeznaczenia płynu, który okazał się chłodnikiem. Melonowym.

Na drugie danie, rybę hipotetycznie,  składały się zagadkowe formy prostokątne i obłe, ułożone na wściekle zielonym musie z czegoś tajemniczego, z trzema frytkami z pietruszki. Rozmiarów…powiedzmy, ze gdyby to był facet, musiałby skorzystać z pomocy chirurga celem skonsumowania, nomen, omen, związku. Smaczne były, nie powiem, tylko takie bardziej symboliczne.

I przeżyłam iluminację. Teraz już wiem, czemu te warszawskie celebrytki takie chude są. One po prostu żywią się w takich knajpach. Nie wiem, czy zazdrościć, czy współczuć…

Czekając na zegarek z przewodniczącym Mao idę opiekować się moimi ślimakami.

Jejgo i magiczny kamień

Obejrzałam finał Eurowizji i moje życie już nigdy nie będzie takie jak przedtem.

Ponieważ ostatni finał, jaki oglądałam, to był ten z Edytą Górniak, miałam, ekhm, porównanie. Chyba nie idziemy w dobrym kierunku, tak dyplomatycznie rzecz ujmując.

Nawet mój buzujący hormonalnie szesnastolatek na widok dorodnych ciał i głosów polskiej reprezentacji wyjęczał, narzucając koc na głowę – będę miał koszmary, zabierz mnie stąd -.

Miałam nieodparte wrażenie, ze oglądam reklamę oleju Kujawskiego w przerwie bawarskiego pornosa. Brr.

Fakt, że finalista/tka konkursu także budził/a we mnie skojarzenia, takie bardziej przyrodnicze. Z równą dozą zgrozy i podziwu zdarza mi się patrzeć na takie ogromne, włochate gąsienice motyli. Cudne, ale jednak włoski na rękach stają na myśl o dotknięciu.

Za to, jak przyznał nawet  mój niesłychanie konserwatywny ojciec, po zamknięciu oczu Conchita brzmiał/a dużo lepiej niż nasi, co zrobić.

Tylko z gramatyką mieliśmy straszny problem przy komentowaniu. Po kolejnej próbie – a patrz na jej/jego sukienkę – poddaliśmy się, i tak Conchita została Jejgo, co podsumowuje nasze ambiwaletne odczucia wizualne. Chociaż miałam taką refleksję, że gdybym miała takie rzęsy i taką talię, to w sumie broda specjalnie by mi chyba nie przeszkadzała….

Mąż dostał jakiegoś propelera, usiłując załatwić w ciągu jednego weekendu wszystkie zaległe domowe sprawy. Miotaliśmy się więc po sklepach, domu i ogrodzie, a mąż szalał. Głównie z portfelem. Dzięki temu staliśmy się szczęśliwymi posiadaczami nowych mebli na taras, co nie zostało odpowiednio docenione przez bardziej konserwatywne elementy rodziny.

– Czemu nowe? Nie chcę nowych, jak chcę te stare – marudził Misiek

– Inaczej byś gadał, jakby to pod tobą krzesło się złamało, tak jak pode mną w zeszłym roku. I NIE, to WCALE nie dlatego, że jestem za gruba, te meble po prostu spróchniały –

– Ale ja wolę stare rzeczy…- Misiek zobaczył nasze mordercze spojrzenia i pospiesznie zakończył – dlatego tak was lubię –

I jak tu go nie kochać?

A Lola poprawia dziś geometrię, czyli swoje rozliczne jedynki z pół prostopadłościanów i innych koszmarów.

Dopiero po kilku godzinach mozolnej weekendowej  pracy na ugorze zorientowałam się, że dziecina po prostu nie przetwarza w głowie tych kształtów na liczby. Naszym przyjacielem stało się więc pudełko po herbacie. Okazało się, że Lola mając przed sobą pudełko, umie policzyć, to co trzeba.

Dlatego, gdy dzisiaj jadąc do szkoły zorientowała się, że zostawiła w domu swoje magiczne pudełko, wpadła w totalną histerię. Bez pudełka nie da rady.  Z piskiem opon zajechałam więc pod najbliższy spożywczak i nerwowo przeszukując półki znalazłyśmy taką samą herbatę. Uff, mam nadzieję, że ten magiczny amulet pozwoli Loli na poprawienie chociaż jednej jedynki, żeby wyszła z tego z honorem.

Ja już zyskałam: nową herbatę i nowo przywróconą wiarę w magię przedmiotów.

 

 

Tak, nie mam większych problemów

1 problem numer jeden

Dobra,  flagi już zwinięte, grille wypalone, wódka wypita, mogę więc spytać z niepatriotyczną irytacją- czy w tym kraju można gdzieś kupić gumę cynamonową?

Dlaczego ja nie mam gumy cynamonowej, no? Wyżuwam resztki z zapasów przywiezionych przez męża zza oceanu, myśląc z bólem o tej zbliżającej się szybko chwili, kiedy GUMA SIĘ SKOŃCZY!

I co ja wtedy zrobię? Jak ukoję nerwy stargane nocnymi przymrozkami, jaszczurkami pod kanapą i ciągle pustoszejącą lodówką?

2. ….bo… – problem numer dwa

Te bachory to istne jamochłony. Ledwie się obrócę, a lodówka znów pusta, a po kuchni niesie się echo jęków – Cooo dziś na obiad?? –

Warczę złośliwie – zajrzyjcie pod kanapę –

Albo – idźcie coś upolować –

A potem znowu usiłuję wymyślić coś jadalnego, posiadającego witaminy i/albo sole mineralne, i co nie jest zbyt pracochłonne w wykonaniu. Mogę gotować. Mogę kupować. Ale dlaczego nikt nie chce podawać mi gotowych jadłospisów? Kiedyś próbowałam uzgadniać to raz na tydzień z małoletnimi, ale jakoś nie wypaliło. Życie jest przecież takie nieprzewidywalne i nigdy nie wiadomo, czy obdarzy nas znienacka kilogramem rabarbaru czy rozmrożoną polędwiczką do pilnego spożycia.

3. no i wstrząsający problem numer trzy

Kto mi wytłumaczy, jak to się dzieje, że laski na ulicach mają takie ładne włosy? Moje po wyschnięciu i rozczesaniu przypominają rozrzucony przez tornado stóg siana. Czy jak sobie nawinę na termoloki (tak, istnieje takie urządzenie, wiem o tym od dwóch dni), będą ładniejsze? Szczotka odpada, wymiękam po trzech minutach nawijania i suszenia. Chyba sobie kupię termoloki – choćby po to, by móc się napawać ich posiadaniem. No chyba, że mi zginą, ponieważ:

4. problem numer cztery:

Ostatnio zaginęły mi bez wieści: jedna czarna skarpetka, jeden zielony kolczyk,  pięć dych, takie jedne fajne buty akurat na wiosnę, sekator, rurka od ogrodowej huśtawki, krem do stóp i wałek do ciasta. Zaakceptowałabym inwazję Pożyczalskich, trolli domowych, albo niechby i zgromadzenia Dziwnych Fetyszystów, gdyby nie fakt, że za cholerę nie widzę związku między poszczególnymi zgubami. Tak naprawdę martwią mnie buty i sekator, bez reszty się obejdę. Ale w sumie….ten krem???

po egzaminach też jest życie

Nadepnięcie bosą stopą na żywą jaszczurkę zdecydowanie nie mieści się w czołówce moich porannych przyjemności (domyślam się, że dla jaszczurki również, ale JA ostatecznie byłam u siebie i bardziej się nie spodziewałam).

Lukrecja śrubuje rekordy. Już nie wystarcza jej upozowanie nieszczęsnego gada na środku kuchni albo pokoju. Upycha jaszczureczki za fotelem, pod dywanikiem, albo, jak wczoraj – w pokoju Loli, co odkryłam po usłyszeniu dzikiego pisku mojej córki, która była przekonana, że to gumowa zabawka, dopóki ta nie ruszyła sprintem po wykładzinie.

Misiek już po. I ja już po. Pierwszego dnia egzaminów byłam tak zdenerwowana, że niemal czułam, jak mi pigment spełza z włosów. Kupując chleb wywaliłam przy kasie piramidkę gum do żucia, a później garść drobniaków z portfela. Pani kasjerka patrzyła na mnie jak na pijaną, dopóki nie powiedziałam, że moje dziecko właśnie siedzi na egzaminie. Okazało się, że ją czeka to samo w przyszłym roku, więc empatycznie odczekała, aż pozbieram drobne i  wybrała sobie należność z moich drżących rąk.

Chyba jest nieźle, a nawet może być dobrze. W każdym razie wszystko będzie miał powyżej 90 procent, jeśli nie zawalił rozprawki z polskiego, rzecz jasna.

I tak dla otoczenia najbardziej wstrząsającym okazał się fakt, że moje dziecko pierwszy raz w życiu założyło marynarkę. Nawet nie garnitur, o nie – dla Miśka sama marynarka (założona zresztą na wypuszczoną ze spodni koszulę) okazała się męskim ekwiwalentem garsonki ze szpilkami i sznurem pereł. Chyba odziedziczył abnegację po mamusi.

Teraz Misiek popadł w stan błogości i samozadowolenia, co wydatnie poprawia relacje w rodzinie, zwłaszcza z siostrą. Bardzo mi to na rękę, bo Lola zaczęła ułamki.

UŁAMKI!  Moja mama dzisiaj opowiadała mi zgorszona przy kawie, że jakiś procent gimnazjalistów nie wie, ile to jest jedna trzecia plus jedna druga….Dyplomatycznie zanurzyłam gębę w kubku i pokiwałam głową. Ekhm, czuję się maturzystką. W każdym razie, liczę na Miśka, bo ja powoli wysiadam.

Poza denerwowaniem się z powodu egzaminów i czytaniem Akt Dresdena (dopadłam w końcu następne części) zajmuję się niemal wyłącznie ogrodem. Sieję,  wącham, podziwiam, przycinam, wsadzam, wykopuję i napawam się każdym momentem tych czynności, jakże niesłusznie nazwanych pracą. I pomyśleć, że jeszcze kilkanaście lat temu nie odróżniałam marchewki od niezapominajek. Ale w sumie, co za różnica. Mój ogród jest taki jak ja – nieco niechlujny i luzacki, wszystko się rozsiewa gdzie chce, tulipany wyrastają w zaskakujących miejscach, bo zapominam, gdzie je wsadziłam, a mlecze i stokrotki buntowniczo sieją anarchię na trawniku.

Bardzo jestem ciekawa, gdzie wyrosną mi w tym roku dynie, które beztrosko posadziłam, gdzie popadnie, bo już nigdzie nie miałam miejsca. Mąż się może zdziwić, gdy odkryje bujne dyniowe krzaki oplatające magnolię…

No. I tyle, bo idę prać trampki.

po latach…

Rodzina jest oburzona moją impotencją twórczą. Rodzina delikatnie sugeruje, że mogłabym coś wreszcie napisać na blogu. Bo przecież życie się toczy naprzód, choćby i po wybojach.

A ja się bardzo zdziwiłam, kiedy zobaczyłam datę ostatniego wpisu, bo jakoś szybko mi zleciało.

W międzyczasie ciężko pracowałam (osiem recenzji, jeden script doctoring), miałam wypadek samochodowy (w sumie tylko się obtłukłam, ale Stefan od dwóch tygodni w warsztacie, a ja per pedes, co jest niezwykle czasochłonne), przygotowywałam Lolę do konkursu z angielskiego (drugie miejsce w gminie, ha!), dłubałam w ogródku (forsycje, hiacynty i fiołki w pełni kwitnienia, morela przemarzła, a dynia Hokkaido wsadzona do doniczek), robiłam przedświąteczne porządki, sterroryzowana przez okrutną panią Hanię (pani Asiu, pani odsunie kanapę, zdejmie firanki, a teraz powiesi, bo za wysoko dla mnie, umyje te szafki, bo nie sięgam – do licha, po co mi właściwie pani do sprzątania? do wydawania komend?), ale przede wszystkim angażowałam się w szkołę Miśka.

Który już za chwilę niemalże ma egzaminy. I musi wybrać liceum.

Rozgryzłam już wyrafinowany spisek ministerialno – edukacyjny, który za tym stoi.

Zasady naliczania punktów, procesu rekrutacji i składania papierów są tak skomplikowane, że tylko wyselekcjonowane jednostki o ponadprzeciętnej inteligencji są w stanie wysłać swoje potomstwo do szkół średnich. W ten sposób, proszę państwa, dokonuje się pozakulisowa selekcja słabszych umysłowo osobników, którzy nie potrafią wyciągnąć 0,2 procenta z 86 punktów testowych, zebrać zaświadczeń o pozaszkolnych osiągnięciach dziatek, pamiętać o dniach otwartych w poszczególnych szkołach, no i z pewnością nie przebrną przez kolejne etapy rekrutacji, z logowaniem się do systemu, gradacją liceów, rejestracją na różnych stronach itp. włącznie.

Liczę na Miśka. Ja już się czuję wyeliminowana intelektualnie. Ale czemu on się nie uczy???? Sami rozumiecie, jestem w trakcie epizodu psychotycznego przedegzaminacyjnego i nie mam głowy do pisania.

Czytam tylko namiętnie, co jest klasycznym objawem wyparcia rzeczywistości,  „Akta Harrego Dresdena”. Urban fantasy o magu z Chicago. Ktoś ma trzynastą część? Bo chcę się dowiedzieć, co będzie dalej, w dodatku to mi tak fajnie zamgławia umysł, całkiem jak wino, tylko kaca nie mam.

Jeśli ktoś mnie jeszcze czytuje, obiecuję, że wrócę. Radosna i pełna wstrząsającej błyskotliwości, i z polotem pisarskim jak Monika Richardson. Za momencik.

dygresja o samotności

Tylko ciiichoo, bo jak głośno klaśniecie, to padnę na zawał.

Sama jestem. Od soboty. Sama.

Nie zdawałam sobie do tej pory sprawy, że moje życie ma tak wyraźny rytm. Małoletni, stukanie w komputer, dom, obiad, zakupy, małoletni, stukanie w komputer….

Nagle wszystko ucichło. Wstaję, zakładam dresy i zawieszam się. Mozolnie staram się wypracować sobie plan dnia, ale bez punktów zaczepienia wszystko się rozmazuje.

Tak, pracuję. Tak, sprzątam zaległości. Tak, czytam, a nawet oglądam seriale.

Ale to wszystko jest zawieszone w bezrytmowej próżni. Jem obiad o siódmej wieczorem, albo wcale. Pracuję do drugiej w nocy i śpię do dziesiątej.

Dryfuję.

Cicho. Dziwnie. Wtapiam się w tło coraz czystszego domu. Żeby nie oszaleć, rozmawiam z kotem. Czasem wymieniamy całkiem głębokie myśli. Lukrecja jest coraz bardziej zaniepokojona moim stanem. Wieczorem kładzie opiekuńczo łapę na moim brzuchu i mówi, że mogę spać i wszystko będzie OK. Ale zegary za głośno tykają, i na strychu skrzypi. Idę pracować i surfować po necie.

Miałam plany. Koleżanki i fryzjera, i zakupy bez konieczności patrzenia za zegarek.

Ale okazało się, że nie umiem wyjść z tej ciszy. Z domu i spod koca.

To takie dziwne uczucie, jak skubanie skórki przy paznokciu. Boli, ale jednak jest perwersyjnie przyjemne.

Zawsze byłam bardzo osobna. Samowystarczalna.

A teraz widzę, że gdybym żyła sama, byłoby mnie coraz mniej. Aż pewnego dnia całkiem bym znikła, rozwiała się w cień na zasłonkach i nikt by tego nie zauważył.

To też jest dziwne uczucie, ta świadomość. Trochę wstrząsające.

Nie bójcie się, nie oszaleję. Jutro wieczorem wracają. Napełnią dom po brzegi hałasem, bałaganem i nieustannymi pytaniami i żądaniami. Ciekawe, czy będę bardziej zirytowana czy szczęśliwa? Na pewno bardziej żywa.

a na przedwiośniu

Zadumałam się właśnie nad logiką proponowanego mi przez Weltebilt zestawu: książka „Facet z sąsiedniego grobu” plus w gratisie żel pod prysznic….Jakieś to takie….śliskie…

A na forum „Savoir vivre” (oni są dla mnie nieustannym źródłem inspiracji) toczy się żarliwa dyskusja, czy wypada korzystać z toalety w cudzych domach. Ha! Powiedzcie to komuś, kto ze względu na pęcherz wielkości chomika dżungarskiego, biega do tego pomieszczenia regularnie i wszędzie, nawet w dużo bardziej traumatycznych okolicznościach niż kibel koleżanki. Raz nawet zdarzyło mi się obejrzeć z bliska toaletę w pociągu relacji Skarżysko – Warszawa Centralna, i wierzcie mi, to już był survival, a nie savoir vivre.

A w ogóle to mąż wyjechał i Inka tęskni rozpaczliwie. Nie ma gdzie łepka na noc złożyć, a ze mną spać kategorycznie nie chce. Ze względu na gabaryty, rodzaj okrywy włosowej i zapach, uznała Miśka za alternatywnego przywódcę stada i co wieczór zaczaja się w zakamarkach jego pokoju, żeby wpełznąć mu pod kołdrę. Niestety, Misiek nie jest zwolennikiem pobudki o piątej celem wypuszczenia kotka na siku i brutalnie ją wystawia za drzwi. Biedna kicia.

Asia też biedna, bo jak narzekała na brak roboty, to ma teraz klęskę urodzaju i zapieprza, aż miło. Postanowiła też na przedwiośniu zabrać się za jedną oponkę. Jedną na razie, bo do tej drugiej jest przywiązana. Za długo byłyśmy razem, żeby teraz się rozstać. No ale oponka zimowa musi iść precz. Na razie, póki śniegi nie zejdą i da się wsiąść na rower, przy pomocy treningu na Kinect.

Wiecie, jak jest największa zaleta takich ćwiczeń? 

 Po pierwszym treningu, spocona i dumna, chwiałam się przez ekranem niczym lelija, czekając na pochwały. Taa. Trener pochwalił, po czym kontynuował radosnym tonem – odpoczęłaś już? Jesteś gotowa na druga rundę?-

– Ty…(tu dużo nieparlamentarnych wyrażeń)..chyba cię…. (tu więcej nieparlamentarnych wyrażeń) –  pomamrotałam jeszcze, doczołgałam się do Kinecta i resztką sił wyłączyłam diabelskie urządzenie, po czym zaległam na kanapie. Z wafelkiem.

Na Pilatesie tak się nie dało, no!

 

Kot w sypialni

A właściwie koty. Dramat razy dwa.

Dla kota chudego gra wstępna przed wizytą w łóżku to wsunięcie się na grzbiecie pod fotel (nieodparcie przypomina wtedy mechanika samochodowego, usiłującego dociec, czy to z miski olejowej cieknie). Leżąc z łapami do góry wczepia się w spód fotela pazurami, szarpiąc materiał z przeraźliwym trzaskiem. Nawet jeśli udało ci się wcześniej zasnąć, budzisz się z krzykiem.

Kot gruby pod fotel się nie mieści, ale prezentuje tę samą sztuczkę, wyrywając kłaki z wykładziny: chrup, chrup. Umarłego by obudził.

Zapada spokój. Odpływasz w sen. Nagle w grobowej ciszy słuchać mrożące krew w żyłach chłeptanie. Teraz już wiesz, że ten hipotetyczny umarły się obudził (przez kota). I złakniony krwi, tuż za zasłoną, wgryza się w jakiegoś nieszczęśnika. Stop! To tylko twoja wyobraźnia! To kotek chudy pije w konewki na parapecie.

Nagle podrywasz się, spłoszona jakimś dzikim łupnięciem. Woda ciurka i wsiąka w wykładzinę. W ciemności słyszysz tylko mroczne kap, kap, kap. I szczerze żałujesz obejrzenia tych cholernych japońskich horrorów ze śladami mokrych stóp w sypialni i wodą kapiącą z prysznica. Usiłujesz przekonać samą siebie, że to jak zwykle kotek gruby obrażony niedostateczną ilością wody w konewce, przewrócił ją łapą. Ale przecież nie zajrzysz za tę zasłonę, o nie!

Kotek chudy slalomem po półkach zmierza w twoją stronę, słyszysz tylko cichutki odgłos jego łapek i uśmiechasz się z rozczuleniem. Niestety, tuż za nim podąża gruby kotek, który powtarza trasę poprzednika, zapominając o swojej fałdzie brzusznej, która zahacza kolejno o książkę, budzik, pudełko z chusteczkami i krem do rąk, posyłając połowę z tych rzeczy na ziemię. Ze zgrozą myślisz o kolejnej półce, na której stoją golfowe trofea męża, ale przecież nie wstaniesz, bo to za blisko zasłony, za którą czyha albo Drakula, albo duch małej Japonki.

Kotek chudy dotarł na miejsce. Wtulony w śpiącego męża, opiera pyszczek na jego ramieniu, mrucząc jak traktor. Kot gruby z głuchym łupnięciem ląduje ci na brzuchu, wyciskając z ciebie bolesny jęk. Ulokowany ostatecznie w nogach, podgryza znacząco twoje stopy, gdy próbujesz zmienić pozycję. Już, już zasypiasz…gdy nagle wybudza cię przedziwny dźwięk: to kot gruby zjeżył sierść i wpatrzony w zasłonkę cicho warczy.

Masz przesrane. Oby do rana!