po egzaminach też jest życie

Nadepnięcie bosą stopą na żywą jaszczurkę zdecydowanie nie mieści się w czołówce moich porannych przyjemności (domyślam się, że dla jaszczurki również, ale JA ostatecznie byłam u siebie i bardziej się nie spodziewałam).

Lukrecja śrubuje rekordy. Już nie wystarcza jej upozowanie nieszczęsnego gada na środku kuchni albo pokoju. Upycha jaszczureczki za fotelem, pod dywanikiem, albo, jak wczoraj – w pokoju Loli, co odkryłam po usłyszeniu dzikiego pisku mojej córki, która była przekonana, że to gumowa zabawka, dopóki ta nie ruszyła sprintem po wykładzinie.

Misiek już po. I ja już po. Pierwszego dnia egzaminów byłam tak zdenerwowana, że niemal czułam, jak mi pigment spełza z włosów. Kupując chleb wywaliłam przy kasie piramidkę gum do żucia, a później garść drobniaków z portfela. Pani kasjerka patrzyła na mnie jak na pijaną, dopóki nie powiedziałam, że moje dziecko właśnie siedzi na egzaminie. Okazało się, że ją czeka to samo w przyszłym roku, więc empatycznie odczekała, aż pozbieram drobne i  wybrała sobie należność z moich drżących rąk.

Chyba jest nieźle, a nawet może być dobrze. W każdym razie wszystko będzie miał powyżej 90 procent, jeśli nie zawalił rozprawki z polskiego, rzecz jasna.

I tak dla otoczenia najbardziej wstrząsającym okazał się fakt, że moje dziecko pierwszy raz w życiu założyło marynarkę. Nawet nie garnitur, o nie – dla Miśka sama marynarka (założona zresztą na wypuszczoną ze spodni koszulę) okazała się męskim ekwiwalentem garsonki ze szpilkami i sznurem pereł. Chyba odziedziczył abnegację po mamusi.

Teraz Misiek popadł w stan błogości i samozadowolenia, co wydatnie poprawia relacje w rodzinie, zwłaszcza z siostrą. Bardzo mi to na rękę, bo Lola zaczęła ułamki.

UŁAMKI!  Moja mama dzisiaj opowiadała mi zgorszona przy kawie, że jakiś procent gimnazjalistów nie wie, ile to jest jedna trzecia plus jedna druga….Dyplomatycznie zanurzyłam gębę w kubku i pokiwałam głową. Ekhm, czuję się maturzystką. W każdym razie, liczę na Miśka, bo ja powoli wysiadam.

Poza denerwowaniem się z powodu egzaminów i czytaniem Akt Dresdena (dopadłam w końcu następne części) zajmuję się niemal wyłącznie ogrodem. Sieję,  wącham, podziwiam, przycinam, wsadzam, wykopuję i napawam się każdym momentem tych czynności, jakże niesłusznie nazwanych pracą. I pomyśleć, że jeszcze kilkanaście lat temu nie odróżniałam marchewki od niezapominajek. Ale w sumie, co za różnica. Mój ogród jest taki jak ja – nieco niechlujny i luzacki, wszystko się rozsiewa gdzie chce, tulipany wyrastają w zaskakujących miejscach, bo zapominam, gdzie je wsadziłam, a mlecze i stokrotki buntowniczo sieją anarchię na trawniku.

Bardzo jestem ciekawa, gdzie wyrosną mi w tym roku dynie, które beztrosko posadziłam, gdzie popadnie, bo już nigdzie nie miałam miejsca. Mąż się może zdziwić, gdy odkryje bujne dyniowe krzaki oplatające magnolię…

No. I tyle, bo idę prać trampki.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s