Jejgo i magiczny kamień

Obejrzałam finał Eurowizji i moje życie już nigdy nie będzie takie jak przedtem.

Ponieważ ostatni finał, jaki oglądałam, to był ten z Edytą Górniak, miałam, ekhm, porównanie. Chyba nie idziemy w dobrym kierunku, tak dyplomatycznie rzecz ujmując.

Nawet mój buzujący hormonalnie szesnastolatek na widok dorodnych ciał i głosów polskiej reprezentacji wyjęczał, narzucając koc na głowę – będę miał koszmary, zabierz mnie stąd -.

Miałam nieodparte wrażenie, ze oglądam reklamę oleju Kujawskiego w przerwie bawarskiego pornosa. Brr.

Fakt, że finalista/tka konkursu także budził/a we mnie skojarzenia, takie bardziej przyrodnicze. Z równą dozą zgrozy i podziwu zdarza mi się patrzeć na takie ogromne, włochate gąsienice motyli. Cudne, ale jednak włoski na rękach stają na myśl o dotknięciu.

Za to, jak przyznał nawet  mój niesłychanie konserwatywny ojciec, po zamknięciu oczu Conchita brzmiał/a dużo lepiej niż nasi, co zrobić.

Tylko z gramatyką mieliśmy straszny problem przy komentowaniu. Po kolejnej próbie – a patrz na jej/jego sukienkę – poddaliśmy się, i tak Conchita została Jejgo, co podsumowuje nasze ambiwaletne odczucia wizualne. Chociaż miałam taką refleksję, że gdybym miała takie rzęsy i taką talię, to w sumie broda specjalnie by mi chyba nie przeszkadzała….

Mąż dostał jakiegoś propelera, usiłując załatwić w ciągu jednego weekendu wszystkie zaległe domowe sprawy. Miotaliśmy się więc po sklepach, domu i ogrodzie, a mąż szalał. Głównie z portfelem. Dzięki temu staliśmy się szczęśliwymi posiadaczami nowych mebli na taras, co nie zostało odpowiednio docenione przez bardziej konserwatywne elementy rodziny.

– Czemu nowe? Nie chcę nowych, jak chcę te stare – marudził Misiek

– Inaczej byś gadał, jakby to pod tobą krzesło się złamało, tak jak pode mną w zeszłym roku. I NIE, to WCALE nie dlatego, że jestem za gruba, te meble po prostu spróchniały –

– Ale ja wolę stare rzeczy…- Misiek zobaczył nasze mordercze spojrzenia i pospiesznie zakończył – dlatego tak was lubię –

I jak tu go nie kochać?

A Lola poprawia dziś geometrię, czyli swoje rozliczne jedynki z pół prostopadłościanów i innych koszmarów.

Dopiero po kilku godzinach mozolnej weekendowej  pracy na ugorze zorientowałam się, że dziecina po prostu nie przetwarza w głowie tych kształtów na liczby. Naszym przyjacielem stało się więc pudełko po herbacie. Okazało się, że Lola mając przed sobą pudełko, umie policzyć, to co trzeba.

Dlatego, gdy dzisiaj jadąc do szkoły zorientowała się, że zostawiła w domu swoje magiczne pudełko, wpadła w totalną histerię. Bez pudełka nie da rady.  Z piskiem opon zajechałam więc pod najbliższy spożywczak i nerwowo przeszukując półki znalazłyśmy taką samą herbatę. Uff, mam nadzieję, że ten magiczny amulet pozwoli Loli na poprawienie chociaż jednej jedynki, żeby wyszła z tego z honorem.

Ja już zyskałam: nową herbatę i nowo przywróconą wiarę w magię przedmiotów.

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s