O ślimakach, Mao i czemu warszawka jest chuda

 

Ślimaki są niejadalne. No, hipotetycznie może i są, ale powinny być emocjonalnym tabu, takim jak małe kocięta albo puchate szynszyle.

Kupiłam sobie takie w Lidlu,  w muszelkach, z masełkiem, pchana nieposkromioną kulinarną ciekawością. No i tak wywlekałam je widelczykiem z tych muszli, mamrocząc do siebie – tylko nie myśl o tym, co jesz – ale nie pomogło, łzy mi stawały w oczach, a mięczaki w gardle.

Chyba przez osmozę przejęłam od Loli bezwarunkowe uczucia do ślimaków. Żeby to jeszcze te bezskorupowe, oślizgłe gady były, konsumujące regularnie moje malwy… Zeżarłabym z czystej mściwości. Ale winniczki? Te niewinne, powolne istoty, mieszkające w moich funkiach?

Zostawiłam resztę dania wszystkożernemu mężowi i poleciałam do ogródka. Po czym w ramach rekompensaty moralnej przeniosłam mojego winniczka na niedawno posadzone dynie. Niech ma!

Ciekawym w obliczu tego wydaje się fakt, że Misiek spożył ślimaka bez oporu, ale odmówił choćby spróbowania przepysznych, pieczonych z oliwą szparagów. Chyba nie powinnam nalegać, w końcu nie wiadomo, czy nie czuje emocjonalnej więzi z tym warzywem…..

Mąż wyjechał w niesłychanie egzotyczne rejony świata. Szykował się w tym celu cały poranek.

– Paszport wziąłeś? – zażartowałam

– Jasne, że nie – zażartował mąż. Po czym zbladł i pognał na górę szukać paszportu.

Mam nadzieję, że w nagrodę kupi mi to, co sobie zażyczyłam.

Pamiętacie Piękną, która w przeciwieństwie do złych sióstr chciała niebieską różę?

Nigdy bym nie pomyślała, ale chyba coś nas łączy.

Mąż nieco się zdziwił, gdy poinformowałam go, że pereł ani innych tam torebek to nie chcę, ale marzę o takim zegarku, o którym przeczytałam w Internecie.

Czerwona tarcza, na tarczy Mao, a jego uniesiona w pozdrowieniu do narodu ręka robi za wskazówkę. Ale się podjarałam! Chcę to mieć!

A, w stolicy byłam. Pół dnia męki. Jedynym jasnym punktem był lunch z małżonkiem, który postanowił mi objawić rozkosze kulinarne Warszawy i zabrał mnie do wypasionej restauracji.

Niby wizualnie dawałam radę, nawet pantofle na obcasach włożyłam (chociaż jeden pęcherz i dwa obtarcia później nie wydawały mi się aż tak szykowne). Ale jednak wsi z człowieka nie wypędzisz.

Kiedy kelnerka postawiła przede mną mikro miseczkę z jakimś płynem, w którym pływały bratki, poważnie rozważałam, czy powinnam to wypić, czy ręce umyć….Dyskretnie upewniłam się co do przeznaczenia płynu, który okazał się chłodnikiem. Melonowym.

Na drugie danie, rybę hipotetycznie,  składały się zagadkowe formy prostokątne i obłe, ułożone na wściekle zielonym musie z czegoś tajemniczego, z trzema frytkami z pietruszki. Rozmiarów…powiedzmy, ze gdyby to był facet, musiałby skorzystać z pomocy chirurga celem skonsumowania, nomen, omen, związku. Smaczne były, nie powiem, tylko takie bardziej symboliczne.

I przeżyłam iluminację. Teraz już wiem, czemu te warszawskie celebrytki takie chude są. One po prostu żywią się w takich knajpach. Nie wiem, czy zazdrościć, czy współczuć…

Czekając na zegarek z przewodniczącym Mao idę opiekować się moimi ślimakami.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s