kolekcjoner

– Gdzie moje papiery?! –

– Tutaj, zwinięte w reklamówce. Wiedziałam, że ich nie ruszysz jeszcze przez miesiąc najmarniej, więc upchnęłam, żeby nie zawadzały –

– Nie bądź zgryźliwa –

– Jestem racjonalna. Wiem też, że swojej szuflady z papierami nie ruszysz do końca roku, a już nic tam się nie mieści, więc papiery musiały wylądować w reklamówce. Ale czy mógłbyś pozbyć się przynajmniej tego stosu z komody? Trochę mi przeszkadza –

Mąż rzuca mi spojrzenie mroczne i złowieszcze. Oddala się na pół godziny, żeby zmobilizować wewnętrzne zasoby energii. Wraca. Pod naciskiem jego spojrzenia wycofuję się do pokoju, gdzie dobiegają mnie tylko bolesne jęki, wzdychanie i prychanie. Po czterech minutach …

– Nie, ja nie mogę teraz tego zrobić. Muszę być w odpowiednim nastroju! Ale popatrz, teraz to tylko stosik! –

Faktycznie, stos papierów zmalał o jakieś sześć centymetrów i przy dobrej woli można nazwać go stosikiem.

Klepię męża pocieszająco po ramieniu. Staram się zrozumieć. W końcu to trudny i bolesny proces, wymagający przejrzenia świstków i starych pism branżowych, uporządkowania wizytówek, a niedajboże wręcz wyrzucenia jakiegoś papierka.

Oglądałam takie programy o zbieractwie. Oni mają fachową pomoc psychologiczną, bez tego nie są w stanie wyrzucić nawet opakowania po płatkach. Dlatego kiedy po raz kolejny napomykam coś o usunięciu skrawka papieru drukowanego i słyszę – Nie naciskaj, nie naciskaj. Ja to zrobię, w swoim tempie – wycofuję się, w końcu nie mam odpowiedniego przygotowania do pracy z kompulsywnym zbieraczem papieru. I  nie wspominam o tym, że na strychu nadal stoją stosy pudeł z jego notatkami ze studiów i każdym tekstem, który kiedykolwiek napisał albo choćby miał w planach.

Czy wy też tak macie? W sensie tak wybiórczo? Bo mąż bez drgnienia powieką wywala ciuchy, zbędne gadżety, sprzęty domowe, no, całą resztę poza papierem zadrukowanym.

 Ja beztrosko i bezmyślnie wyrzucam wszystko (i potem szukam niezapłaconego rachunku czy paragonu do reklamacji). Co też jest dość bezsensowne, tyle tylko, że mniej stosów generuję. Jak znaleźć złoty środek?

Zjeść te Merci?

Nasi wygrali. Tak przynajmniej wywnioskowałam z nieartykułowanych, dzikich odgłosów dobiegających sprzed telewizora. Mąż się uchlał ze szczęścia, a Misiek z wrażenia mnie przytulił, więc  uznałam, że miało miejsce wydarzenie zaiste wiekopomne.

No ale flaszki już sprzątnięte, ślubna kiecka z powrotem wylądowała na strychu (Lola jednak nalegała na tyle intensywnie, że poskromiła mój szał porządkowy), na strych da się wejść bez brodzenia po kolana w śmieciach, więc mogę zająć się życiem codziennym.

Pisałam już, że moja nominacja do trójki klasowej okazała się taka bardziej dożywotnia? Nie? No, bo czym tu się chwalić…chyba tym, że właśnie spędziłam upojną godzinę, pieczołowicie pakując Merci na dzień nauczyciela, o, pardon, Dzień Edukacji Narodowej. Edukacja Narodowa ceni sobie w tym roku dobra bardziej trwałe niż kwiecie (taką subtelną sugestię dostałam od tej, ekhm, Edukacji), a jednak czekoladki wydały mi się nieco mniej nachalne w przekazie, niż na przykład komplet Duralexu czy też brylantowe kolie.

Jednakowoż pani Edukacja ostatnio podpadła mi jak cholera i poważnie rozważam skonsumowanie wszystkich Merci z czystej zemsty, nawet kosztem własnej wątroby.

Ja nie wiem, czy się ciskać, czy machnąć ręką i nie kopać się z metaforycznym koniem?

Ale mimo wszystko. Czy ktoś potrafi mi w prostych słowach wytłumaczyć, jak to możliwe, że w świeckim teoretycznie państwie, w publicznej placówce edukacyjnej, w trakcie zajęć lekcyjnych wszyscy uczniowie udają się do kościoła na mszę z okazji – uwaga, uwaga – wizyty jakiegoś świętego obrazu w lokalnej parafii?

Muszę przyznać, że tkwię w zadziwieniu, solidnie podszytym irytacją. Ech. Co tam. Może po prostu wydłubię dziurki w tych bombonierkach i ponadgryzam czekoladki?

poradźcie proszę

Macie jakiś pomysł, co zrobić z suknią ślubną sprzed 20 lat? Rozważam następujące warianty:

– spalić uroczyście w ogródku (ale czy mąż tego źle nie zinterpretuje?)

– zrobić z niej gustowny abażur (na razie nie mam odpowiedniej lampy, ale coś się wymyśli)

– dać Loli do zabawy (i znosić widok brudnobiałego kłębu wciśniętego gdzieś pod jej łóżko)

– dać do zabawy kotom (ale po satynie pazury będą im się ślizgać)

– oddać jakiejś potrzebującej pannie młodej (nie znam żadnej tak ubogiej, żeby skusiła się na tanią nawet 20 lat temu, prostą jak budowa cepa, pożółkłą satynową kieckę)

– zostawić na strychu dla potomności (żeby ci, co będą sprzątać po mojej śmierci, mieli dodatkowy worek do wyrzucenia)

Przedmioty mają  trwalsze życie niż ludzie.

Wyrzuciłam już lub oddałam: dziurawe materace, połamane krzesła, zapleśniały namiot, stosy pudeł, walizki bez kółek, tonę dziecięcych ubrań, pamiętniki..a nie, wróć…o pamiętniki stoczyłam zażartą walkę z mężem, który kategorycznie odmówił utylizacji tychże, twierdząc, że będą warte fortunę, jak już zostanę sławna. A to materialista brzydki!  Nie rozumie jednakowoż  tego, że jako przeciwieństwo Katarzyny Michalak, mam nikłe szanse na sławę. Łączy nas tylko jedno – brak talentu. Ale ja piszę, po jakimś czasie czytam, uznaję za niedoskonale, i wyrzucam. W przeciwieństwie do..no co ja będę pisać, zorientowani wiedzą.

Enyłej, nadal mam pamiętniki, które jak widać, są lokatą kapitału mojego rozkosznie naiwnego męża, i suknię, z którą nie wiem, co zrobić! Cóż mam uczynić?

powrót do przeszłości

26 kwietnia 1985. Sprawy do załatwienia w tym tygodniu:

– zwrócić Romkowi 60 zł

– kupić sznurówki

– zaprzyjaźnić się z Moniką

– nauczyć się wiersza

– uszyć spódnicę

– dać do zrozumienia Krzyśkowi, że mnie nudzi

-podlizać się panu od PO, żeby poszedł ze mną sprawdzać teren

– zachorować na pochód

– przeczytać dwie inteligentne książki

– zebrać po 6 zł od klasy

– zastanowić się nad sensem życia

– opylić jakiejś dziewczynie kakao

Cholernie pracowity tydzień musiałam wtedy mieć….Chyba, że to działało w systemie łączonym i czytając inteligentną książkę myślałam nad sensem życia, a sprawdzając teren z panem od PO, łapałam przeziębienie. A może zaprzyjaźniałam się z Moniką, żeby opylić jej kakao, a idąc z Krzyśkiem po sznurówki demonstrowałam znudzenie?

Czytam moje pamiętniki, ubawiona, zażenowana i pełna nostalgii. Nawet dzieciom nie mogę zostawić, bo które z nich zrozumie jeszcze pełne grozy zdanie: I on wtedy spojrzał na mnie tak strasznie…tak jak Leoncio na Izaurę! Spalę to wszystko chyba w cholerę, żeby nie wiedziały, jaka matka była głupia.

Roztkliwiona powrotem do przeszłości postanowiłam założyć konto na Facebooku (nie doszukujcie się w tym większej logiki, jakoś mi tak się potoczył proces rozumowania, chociaż przez lata starannie broniłam się przed taką aktywnością). Misiek, nieco ubawiony moim starczym i nieporadnym entuzjazmem, wytłumaczył mi z grubsza zagadnienia osi czasu i co to są te ikonki na górze strony. Jednocześnie zaznaczył z całą stanowczością, że jak go zaproszę do znajomych, wyprze się mnie w żywe oczy. Niewdzięczny chłopak!

Ale w sumie po co mi własny syn na Facebooku? Natychmiast zanurzyłam się po uszy w nieznanych nurtach, szukając znajomych dawnych i obecnych. Trochę irytujący jest ten system naczyń połączonych – moi znajomi są twoimi znajomymi i odwrotnie. Czuję ciągły zalew zbędnych informacji. Ale może to jest pomysł na odnowienie kontaktów? A może pomysł na coś innego, a ja jeszcze nie wiem, na co?

Jesteście na Fejsie? Korzystacie? I do czego służy wam Facebook poza znalezieniem kogoś dawno nie widzianego?

 

 

 

obciach na drodze

– A może jednak zamówimy transport? – zaszemrałam nieśmiało.

– No daj spokój, co to za problem wsadzić go na dach – raźno odrzekł mąż.

Mam dziwne przeczucie graniczące z pewnością, że pożałował tej brawury, ale no przecież się nie przyzna, bo to facet….

Zaczęło się od śliwek. Właściwie to od utraty pracy, ale śliwki były zaraz potem.

Poniedziałek był pierwszym dniem bezrobocia małżonka, który rozpoczął go dość klasycznie. Zszedł rano do kuchni, pogięty jakiś i skrzywiony i wystartował w równym tempie:

– Dlaczego zerwałaś wczoraj te śliwki? Co ci szkodziły na drzewie? Nie mogłaś poczekać jeszcze, żeby dojrzały? Przecież one są jeszcze kwaśne, kobieto, mogłabyś czasem się zapytać. A chodź tu na górę, popatrz – co ta szmata robi w mojej nowej szafie? Ledwie cię z oka spuszczę, zaraz coś ładujesz do MOJEJ szafy. A to musi tu stać? Weź stąd te pudła. I kiedy wreszcie zadzwonisz do hydraulika. Zaraz się zrobi zimno, a kaloryfery nie działają. I dlaczego ja do cholery nie mogę się wyspać. Przecież ten materac to jakaś masakra. Widzisz, nie mogę się nawet wyprostować. –

Słusznie wywnioskowałam, że dochodzimy do sedna problemu – No wiesz, ten materac jest starszy od naszej córki, miał prawo się wyleżeć. A teraz te wystające sprężyny są po twojej stronie – zauważyłam rozsądnie i z niejaką satysfakcją, bo sama się tak męczyłam wcześniej, zanim odwróciliśmy to truchło.

– Musimy kupić nowy materac – zawyrokował mąż. Nawet nie protestowałam, też mi niewygodnie.

Po szybkim researchu postawiliśmy tradycyjnie na IKEA, zwłaszcza, że promocję akurat mają. Materac wybraliśmy, opłaciliśmy i odebraliśmy z magazynu.

Jako ufna i kochająca żona zawierzyłam mężowi w kwestii transportu. Okazało się jednak, że choć ekhm, idea była słuszna, realizacja jednakowoż zawiodła.

Linki mocujące były dwie. Za krótkie. Mąż nadludzkim wysiłkiem szarpnął i zapiął. Otarł pot z czoła. Wtedy jedna z napiętych linek puściła. Waląc boleśnie mojego męża w rękę. Po krótkiej chwili namysłu uznaliśmy, że pozostała linka utrzyma materac.

Ruszyliśmy drogą szybkiego ruchu, rzecz jasna, szybkiego nie dla nas. Toczyliśmy się powoli, wiatr wiał, materac łopotał, a mi przed oczami przetaczały się wizje pękającej linki, materaca lecącego na samochód za nami i  aktów oskarżenia za spowodowanie katastrofy w ruchu lądowym…

Linka pękła dopiero po dziesięciu kilometrach. Materac łagodnym łukiem zsunął się na przednią szybę i zastygł. My też. Samochody za nami też. Odblokowaliśmy siebie, drogę i materac i rozważyliśmy opcje. Rzecz jasna w zaistniałej sytuacji opcja była tylko jedna i mąż odważył się ja zwerbalizować: – Nie no, słuchaj, pojedziemy sobie bocznymi drogami, i potrzymamy ten materac. –

W sumie miał rację, cóż mogliśmy zrobić. Miałam tylko nadzieję, że moja ręka, poddawana podobnym naprężeniom jak linka, nie ulegnie też podobnym uszkodzeniom. Bo prawa ręka naprawdę często mi się przydaje.

Jechaliśmy sobie spacerowym tempem, trzymając materac łagodnie kolebiący się na dachu i wzbudzając zrozumiałe zainteresowanie mijających nas pojazdów.

Starałam się sprawiać wrażenie całkowicie zrelaksowanej, że niby ta ręka to tak dla szpanu tylko, jak u dresów w beemkach. Chciałam nawet zasugerować mężowi puszczenie na cały regulator jakiegoś rytmicznego umpa umpa, żeby utrzymać styl, ale nasze nieco spięte i blade fizjonomie i tak nie pasowały do koncepcji. Chociaż przyznaję, że mąż w iście skautowskim stylu starał się wzbudzić we mnie ducha przygody – Widzisz, jaką mamy fajną atrakcję? Przynajmniej nie jest nudno –

Nie było. Przez całe dwadzieścia parę upiornie długich kilometrów. Dojechaliśmy. Materac też. Ręką mogłam ruszać już po pół godzinie.

Dziś pierwsza noc na nowym posłaniu. Czy wiecie,  że IKEA proponuje bezpłatną wymianę materaca, jeśli nie spełni on naszych oczekiwań?

Po moim trupie. Będę się zaklinać na głowy moich dzieci, że to najbardziej komfortowy materac w dziejach ludzkości. Mowy nie ma, żebym powtórzyła tę atrakcyjną przygodę raz jeszcze…..

 

 

 

Palma wróciła

Stała sobie u męża w poprzedniej pracy. Praca poszła się gonić, a palma stanęła u nas w domu, niepomiernie mnie irytując. Wielka, rozłożysta i rozmemłana naokoło, cholernie utrudniała chodzenie po pokoju i prowadziła do uszkodzeń cielesnych, z których najbardziej spektakularnym przykładem było rozcięcie mojej rogówki i kilkudniowa ślepota.

Ale mąż, najwyraźniej związany emocjonalnie z tym zielskiem, ignorował sugestie wyrzucenia na kompost, rytualnego spalenia czy pocięcia badyla na wióry. Kiedy więc mąż znalazł nową pracę, natychmiast, z największą ulgą wydelegowałam palmę na nowe stanowisko.

A teraz wróciła. Jeszcze większa i bardziej wkurzająca. Mąż właśnie zakończył kolejny etap zawodowy, ładując mi się z palmą do domu i do mojego  dotąd spokojnego, bezpalmowego i rzadkomężowego światka.

Szlag. Palma palmą, ale mąż znowu bezrobotny. Poprzednio, skupieni na chemiach, badaniach i kontrolach, jakoś przeżyliśmy nietypowy dla naszego związku okres intensywnej bliskości.

Teraz…zobaczymy.

Na razie robię mu listy. Długie, pogrupowane tematycznie, obejmujące lata braku mężowskiej ręki. Możliwe, że za jakiś czas będę miała najlepiej funkcjonujący dom w województwie mazowieckim i najbardziej wkurw…ego małżonka.

No, ale to będzie dodatkowy bodziec do szybkiego znalezienia nowej pracy, ne c’est pas?

A reszta wieści później, bo ja wciąż się adaptuję do zmienionej sytuacji rodzinnej….

Duma poprzedza upadek…

Moja dobra passa skończyła się jakoś tak w okolicach wanny.

Kiedy już udało mi się przekonać męża, że absolutnie niezbędny jest nam dodatkowy kawałek szafy w sypialni, odniosłam pierwszy sukces. Mój nienawidzący prac remontowych mąż dał się mianowicie przekonać, że przed zainstalowaniem w/w kawałka szafy przydałoby się odmalować sypialnię, nietkniętą pędzlem od lat trzynastu, czyli od naszej przeprowadzki.

Upierdliwa i mozolna zabawa w oklejanie, malowanie i czyszczenie zajęła nam cały weekend, ale gdy rozejrzeliśmy się po białym i czystym pokoju, nawet mąż musiał zrzędliwie przyznać, że było warto.

Gnana natchnieniem, postanowiłam zniszczyć sobie resztki paznokci i po dwóch godzinach intensywnego użytkowania szczotek, substancji żrących i pilniczka do paznokci udało mi się wyczyścić wannę z kamienia (jakże żałowałam, że nie mam takich stomatologicznych, udarowych wiertełek do zdejmowania kamienia nazębnego!). Byłam z siebie niezwykle wręcz zadowolona.

No i tyle w temacie dumy.

Początkiem upadku było zadziwiające odkrycie, że w naszej świeżo odmalowanej sypialni nie ma światła.

Całkiem niedługo zajęło nam zrozumienie, że mój kreatywny pomysł usunięcia jednego z kinkietów i zagipsowania przewodów po nim nie był chyba najlepszy w sytuacji, gdy te kinkiety były połączone szeregowo….No dobra, pomysł był mój, ale KTOŚ (nie pokazując oczywiście palcem), kto lepiej zna się na zasadach elektryki, mógł mi powiedzieć, że to błąd. Prawda?

W ramach rekompensaty moralnej uznałam, że moja sypialnia, choć ciemna, zasłużyła sobie na nowe zasłonki. Nabyłam całkiem sympatyczne i niedrogie, choć wymagające skrócenia.

I teraz bardzo proszę o zrozumienie i współczucie. Czy tłumaczy mnie fakt, że u krawcowej byłam chwilę przed potężną burzą, w temperaturze 33 stopni w cieniu i na mózg mi padło? Oraz rzecz jasna, byłam też ogólnie zmęczona i zagoniona?

Jakby nie tłumaczyć, okazało się, że następnego dnia odebrałam gotowe zasłony i potężnie się zdziwiłam, odkrywszy w domu, że mają długość 1,40 zamiast 2,40. No, przykrótkie były, akurat do parapetu. Cóż, krawcowa upiera się, że taka długość jej podałam, a ja się nawet nie kłócę, bo za cholerę nie pamiętam. Czarna dziura po prostu.

Po godzinie nurzania się w depresji i walenia głową o ścianę ustaliłam, ze kawałki da się zszyć, „z ozdobną zakładką, i wszyscy będą myśleć, że tak miało być”, jak twierdzi krawcowa.

JA BĘDĘ WIEDZIEĆ!  I co spojrzę na te cholerne zasłonki, to będę pamiętać o własnej głupocie i już ich nienawidzę z całego serca, a to nie może być początek pięknej przyjaźni, sami przyznajcie…

W obliczu tej porażki dekoracyjnej fakt, że Lola od wczoraj ma rotawirusa i pewnie zaraz wszyscy od niej złapiemy to świństwo, i to, że w pokoju Miska znowu kapie z sufitu po deszczu,  i to, że szewc zgubił bardzo nietypowe sznurówki butów męża, i to, że nie wiem, czy dostanę wizę kanadyjską, bo nie dołączyłam do wniosku dowodów, że mam wystarczająco dużo kasy, żeby nie musieć pracować w Kanadzie, to istne drobiazgi.

Generalnie szlag mnie trafia od trzech dni. I aż się boję zadzwonić do hydraulika. Na pewno się okaże, że ten hipotetyczny drobiazg do naprawy wymaga skucia połowy ściany. I w ogóle czekam na deszcz żab i zarazę (no dobra, ebola na razie niech się wstrzyma, póki wisi nad nami rotawirus).

 

Wielkie nadgryzione jabłko

Zaczęło się z przytupem, bo piorun walnął w samolot. A że to piorun, dowiedziałam się chwilę po tym, jak już śmiertelnie zeszłam za zawał, nakarmiona medialną falą spadających i zestrzeliwanych samolotów. Ale podobno samoloty maja piorunochrony. Mogliby uprzedzać, że mają te piorunochrony, zanim następnym razem będą musieli mnie reanimować na pokładzie.

Nowy Jork, klasycznie, śmierdzi. Słowo daję, jedyne miasto, w którym tak śmierdziało, to Stambuł podczas strajku śmieciarzy (byłam, przeżyłam, parę komórek węchowych straciłam).

Ale poza smrodem i powalającą zaiste falą przemieszczających się w te i wewte ludzi (Jak się nazywa strach przed taką masą ludzi? Tłumofobia?) było spoko.

W ramach kompromisu wjechałam z mężem na Empire State Building. Nie wiem, czemu on tak lubi oglądać widoki z góry i co by na to powiedział Freud, ale chyba nie tylko mnie wydaje się to bez sensu. Kiedy przesuwaliśmy się w, a jakże, dzikim tłumie po tarasie widokowym, usłyszałam, jak wyraźnie znużony tata tłumaczy synkowi – Mówiłem ci przecież, że z Empire State Building nie widać Empire State Building. Zjedziemy, to sobie zobaczysz –

Mąż w ramach kompromisu zgodził się przemieszczać później bez większego celu po zacienionych i klimatyzowanych miejscach (bo w NY fala upałów, oblepiających jak pajęczyna i odbierających oddech).

I tak spędziliśmy urocze przedpołudnie w Central Parku, leniwie gapiąc się na biegaczy i dorożki. I drugie, równie urocze, w Metropolitan Museum of Art, gdzie do tej pory nie byłam.

 Z pietyzmem zwiedziliśmy dział egipski. Najbardziej wstrząsnęła mną  egipska świątynia, przeniesiona kamień po kamieniu gdzieś z Doliny Królów. No słuchajcie, sama świątynia to pikuś, ale graffiti sprzed 200 lat!? W ten sposób głupawe, wyżłobione w skale sprzed trzech tysięcy lat napisy w stylu „tu byłem, Leonardo,1820” zostały podniesione do rangi sztuki. Ja nie wiem, czy należy w ten sposób promować wandalizm?

Poza tym moda wraca, przekonałam się o tym naocznie. Staroegipskie klapeczki w gablocie wyglądały IDENTYCZNIE,  no naprawdę identyko, jak połowa klapek na nowojorskiej ulicy.

Przez resztę działów przeszliśmy dość pospiesznie, gdyż, jak się, okazało, mąż na alergię na sztukę. Uparł się jeszcze, żeby obejrzeć impresjonistów, ale zanim tam dotarliśmy, ochroniarze stali niemal w blokach startowych, żeby poddać męża kwarantannie, jako przypadek AH1N1 albo i czegoś gorszego, mąż się całkowicie odwodnił, a mnie nogi w tyłek weszły. Przegalopowaliśmy więc przez Monety i Vangogi, i uciekliśmy w pośpiechu.

Poza tym nabyłam sobie koszulkę z napisem NYPD, co cieszy mnie szalenie, bo jestem fanką nowojorskiej policji (ich samochody tak śmiesznie popiskują, serio), oraz uznałam, że się amerykanizuję.

Bo w NY wszędzie, w każdym zwiedzanym miejscu, nie ma banalnych tabliczek ze strzałką czy napisem exit, czy też no exit. Nie. Zamiast nich występują umundurowani strażnicy, monotonnie recytujący  – this way, this way, no exit, no exit. Bawiło mnie to do łez, do momentu, kiedy wyszłam z samolotu na Okęciu i natychmiast się zgubiłam.

– Dlaczego tu nie ma strażnika, który mówi this way? – poskarżyłam się mężowi – przecież ja nie wiem, jak iść! –

Teraz napawam się ciszą, spokojem i bezludziem. Wstawiam góry prania (Lola wczoraj wróciła z obozu) i szykuję góry czystych rzeczy (Misiek jutro wyjeżdża na obóz). I taaaak mi dobrze, ze hej!

Wizje przedwyjazdowe

– Tylko słuchaj, dziecko, jak coś będziesz sobie gotować, zaklinam cię, wyłącz później palnik, żebyś chałupy nie spalił – mówi matka, nauczona bolesnym doświadczeniem sprzed roku (kuchnia w kłębach dymu i spalona patelnia)

– Oj, mamo, przecież będę pamiętał – mówi Misiek i dodaje tonem rozkojarzonym – ale w razie czego, to co mam ratować z pożaru? –

Matka zastyga na dłuższą chwilę w stuporze – Koty. I mojego laptopa, bo tam mam robotę. I jeszcze rodzinne zdjęcia, bo to pamiątka –

– Ale bez tych zdjęć, na których źle wyszedłem – kaprysi Misiek.

– Dobra, poświęć wtedy chwilę  na przejrzenie albumów – rezygnuje matka, mając już przed oczami wizję ukochanego domu w kłębach dymu i pierworodnego wrzucającego z szatańskim chichotem swoje zdjęcia w płomienie.

Potem pojawiają jej się inne wizje, które nijak nie chcą się dać odpędzić:

Podłoga zaściełana pustymi butelkami z barku. Policja pod furtką. Misiek skulony w kącie, obłąkany z samotności. Misiek we własnych odchodach, przyklejony przed komputerem, jak ci nieszczęśni uzależnieni Koreańczycy. Misiek uciekający przez okno przed włamywaczami. Misiek, który nie zdążył uciec przed włamywaczami…

Tak, tak, wyjeżdżamy z mężem na cztery dni, pierwszy raz zostawiając na tak długo dziecko samiutkie jak palec. Tylko proszę mi tu nie pisać, że on prawie dorosły i w ogóle. Mam prawo być paranoicznie niespokojna i już.

Ale mąż wyjeżdża do Nowego Jorku służbowo i perswazją, podstępem, oraz serią małżeńskich wyrzutów nakłonił mnie do spędzenia trzech dni w tym znienawidzonym przeze mnie mieście. Zwłaszcza, że Lola na obozie, i nie trzeba by ściągać nikogo do karmienia kotów, bo Misiek jeszcze na miejscu.

Nie wiem tylko, czemu wybuchnął homeryckim śmiechem, kiedy zaczęłam jęczeć, co my będziemy robić tam tak długo….

– Kochanie – wykrztusił wreszcie – sama mówiłaś, że inteligentni ludzie nigdy się nie nudzą. Nawet w tak strasznie nudnym miejscu, jak Nowy Jork –

Doprawdy. No doprawdy. Czyżby to była ironia?

 

czym się tu chwalić?

Ostatnio myślę sobie, że nie powinnam pisać bloga. Nie mam światu nic wartościowego do przekazania. Gdyby tylko moje życie wyglądało inaczej…

poniedziałek: Po siedmiu latach nareszcie sukces! Wynalazłam skuteczną i tanią szczepionkę na AIDS. Świecie, śpij spokojnie, czuwam.

wtorek: Droga przez amazońską puszczę dała mi się nieco we znaki. Na szczęście skończyło się na amputowanej po ataku aligatora dłoni i dwóch atakach malarii. Jednak warto było. Odkryte przeze mnie ruiny nieznanej osady Majów wzburzą środowiska naukowe.

środa: Kolacja była udana. Angelina i Brad musieli wyjść wcześniej ze względu na dzieci, ale Harrison Ford był tak zachwycony foie gras, które przygotował mój kucharz, że został do rana. Sami rozumiecie, że nie mogę zdradzać szczegółów, ale to była niezapomniana noc.

czwartek: Udało mi się wreszcie dogadać z tymi cholernymi przywódcami zachodniego świata. Od dziś każde dziecko w Etiopii będzie miało pełną śniadaniówkę i bidon z kompotem.

I tak dalej…..

Dlatego, kiedy mam napisać, co naprawdę osiągnęłam w tym tygodniu, ogarnia mnie pewne skrępowanie. Bo jak mogę obwieszczać ze spokojem, że w moim życiu zaistniały następujące wiekopomne wydarzenia:

Poniedziałek: pięćdziesiąty słoik dżemu truskawkowego wylądował na półce. Rodzina przetrwa zimę i atak nuklearny.

Wtorek: Umyłam okna, co nie ma najmniejszego sensu, gdyż moje koty lubują się w dramatycznym waleniu łapami o szybę i wdzięcznym osuwaniu się po tejże. Za tydzień okna będą miały dokładnie taka samą ilość smug i odcisków łap.

Środa: Misiek odkrył, że napisał egzamin gimnazjalny najlepiej w szkole. Po czym osiadł na laurach tak bezwzględnie skutecznie, że nie śmiem poprosić go nawet o rozpakowanie zmywarki, żeby nie naruszyć jego trwałej aury samozadowolenia.

Czwartek: Kot narzygał na ścieżkę przed domem. Pochwaliłam go za postęp w stosunku do poprzedniego rzygu pod stołem w jadalni. Niedługo zdąży dolecieć do ogródka sąsiadów.

Nasza wycieczka do Kampinosu udała się nad podziw. Czy naprawdę w parku narodowym nie można nic zrywać? Nawet jagód? Bo jeśli tak, do niczego publicznie się nie przyznam, a te fioletowe usta to nowa szminka.

Piątek: sprzedałam rower. Pan przyjechał z synkiem i kupował ten rower przez (z zegarkiem w ręku) pięćdziesiąt trzy minuty. Byłam tak znudzona procedurą: Tomuś, przejedź się na rowerku, Tomuś, podniosę siodełko, a teraz opuszczę, Tomuś, jeszcze raz wsiądź, a ten hamulec to działa? a ta rama czemu taka niska?- że z tej frustracji opuściłam cenę. Niezła taktyka, ale wymaga zbytniego zaangażowania, żebym sama ją stosowała.

W ciągu tego tygodnia przeczytałam cztery książki, zarobiłam czterysta dwadzieścia złotych brutto, pomalowałam paznokcie u stóp na granatowo, ugotowałam pięć obiadów, wypiłam dziesięć kaw i spędziłam sześć godzin na pracach ogrodowych.

Powalające dokonania, zdolne oszołomić każdego czytelnika, nieprawdaż?

Chyba sobie muszę to wszystko przemyśleć. Bo jakoś się przygnębiłam wewnętrznie.