czym się tu chwalić?

Ostatnio myślę sobie, że nie powinnam pisać bloga. Nie mam światu nic wartościowego do przekazania. Gdyby tylko moje życie wyglądało inaczej…

poniedziałek: Po siedmiu latach nareszcie sukces! Wynalazłam skuteczną i tanią szczepionkę na AIDS. Świecie, śpij spokojnie, czuwam.

wtorek: Droga przez amazońską puszczę dała mi się nieco we znaki. Na szczęście skończyło się na amputowanej po ataku aligatora dłoni i dwóch atakach malarii. Jednak warto było. Odkryte przeze mnie ruiny nieznanej osady Majów wzburzą środowiska naukowe.

środa: Kolacja była udana. Angelina i Brad musieli wyjść wcześniej ze względu na dzieci, ale Harrison Ford był tak zachwycony foie gras, które przygotował mój kucharz, że został do rana. Sami rozumiecie, że nie mogę zdradzać szczegółów, ale to była niezapomniana noc.

czwartek: Udało mi się wreszcie dogadać z tymi cholernymi przywódcami zachodniego świata. Od dziś każde dziecko w Etiopii będzie miało pełną śniadaniówkę i bidon z kompotem.

I tak dalej…..

Dlatego, kiedy mam napisać, co naprawdę osiągnęłam w tym tygodniu, ogarnia mnie pewne skrępowanie. Bo jak mogę obwieszczać ze spokojem, że w moim życiu zaistniały następujące wiekopomne wydarzenia:

Poniedziałek: pięćdziesiąty słoik dżemu truskawkowego wylądował na półce. Rodzina przetrwa zimę i atak nuklearny.

Wtorek: Umyłam okna, co nie ma najmniejszego sensu, gdyż moje koty lubują się w dramatycznym waleniu łapami o szybę i wdzięcznym osuwaniu się po tejże. Za tydzień okna będą miały dokładnie taka samą ilość smug i odcisków łap.

Środa: Misiek odkrył, że napisał egzamin gimnazjalny najlepiej w szkole. Po czym osiadł na laurach tak bezwzględnie skutecznie, że nie śmiem poprosić go nawet o rozpakowanie zmywarki, żeby nie naruszyć jego trwałej aury samozadowolenia.

Czwartek: Kot narzygał na ścieżkę przed domem. Pochwaliłam go za postęp w stosunku do poprzedniego rzygu pod stołem w jadalni. Niedługo zdąży dolecieć do ogródka sąsiadów.

Nasza wycieczka do Kampinosu udała się nad podziw. Czy naprawdę w parku narodowym nie można nic zrywać? Nawet jagód? Bo jeśli tak, do niczego publicznie się nie przyznam, a te fioletowe usta to nowa szminka.

Piątek: sprzedałam rower. Pan przyjechał z synkiem i kupował ten rower przez (z zegarkiem w ręku) pięćdziesiąt trzy minuty. Byłam tak znudzona procedurą: Tomuś, przejedź się na rowerku, Tomuś, podniosę siodełko, a teraz opuszczę, Tomuś, jeszcze raz wsiądź, a ten hamulec to działa? a ta rama czemu taka niska?- że z tej frustracji opuściłam cenę. Niezła taktyka, ale wymaga zbytniego zaangażowania, żebym sama ją stosowała.

W ciągu tego tygodnia przeczytałam cztery książki, zarobiłam czterysta dwadzieścia złotych brutto, pomalowałam paznokcie u stóp na granatowo, ugotowałam pięć obiadów, wypiłam dziesięć kaw i spędziłam sześć godzin na pracach ogrodowych.

Powalające dokonania, zdolne oszołomić każdego czytelnika, nieprawdaż?

Chyba sobie muszę to wszystko przemyśleć. Bo jakoś się przygnębiłam wewnętrznie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s