Wielkie nadgryzione jabłko

Zaczęło się z przytupem, bo piorun walnął w samolot. A że to piorun, dowiedziałam się chwilę po tym, jak już śmiertelnie zeszłam za zawał, nakarmiona medialną falą spadających i zestrzeliwanych samolotów. Ale podobno samoloty maja piorunochrony. Mogliby uprzedzać, że mają te piorunochrony, zanim następnym razem będą musieli mnie reanimować na pokładzie.

Nowy Jork, klasycznie, śmierdzi. Słowo daję, jedyne miasto, w którym tak śmierdziało, to Stambuł podczas strajku śmieciarzy (byłam, przeżyłam, parę komórek węchowych straciłam).

Ale poza smrodem i powalającą zaiste falą przemieszczających się w te i wewte ludzi (Jak się nazywa strach przed taką masą ludzi? Tłumofobia?) było spoko.

W ramach kompromisu wjechałam z mężem na Empire State Building. Nie wiem, czemu on tak lubi oglądać widoki z góry i co by na to powiedział Freud, ale chyba nie tylko mnie wydaje się to bez sensu. Kiedy przesuwaliśmy się w, a jakże, dzikim tłumie po tarasie widokowym, usłyszałam, jak wyraźnie znużony tata tłumaczy synkowi – Mówiłem ci przecież, że z Empire State Building nie widać Empire State Building. Zjedziemy, to sobie zobaczysz –

Mąż w ramach kompromisu zgodził się przemieszczać później bez większego celu po zacienionych i klimatyzowanych miejscach (bo w NY fala upałów, oblepiających jak pajęczyna i odbierających oddech).

I tak spędziliśmy urocze przedpołudnie w Central Parku, leniwie gapiąc się na biegaczy i dorożki. I drugie, równie urocze, w Metropolitan Museum of Art, gdzie do tej pory nie byłam.

 Z pietyzmem zwiedziliśmy dział egipski. Najbardziej wstrząsnęła mną  egipska świątynia, przeniesiona kamień po kamieniu gdzieś z Doliny Królów. No słuchajcie, sama świątynia to pikuś, ale graffiti sprzed 200 lat!? W ten sposób głupawe, wyżłobione w skale sprzed trzech tysięcy lat napisy w stylu „tu byłem, Leonardo,1820” zostały podniesione do rangi sztuki. Ja nie wiem, czy należy w ten sposób promować wandalizm?

Poza tym moda wraca, przekonałam się o tym naocznie. Staroegipskie klapeczki w gablocie wyglądały IDENTYCZNIE,  no naprawdę identyko, jak połowa klapek na nowojorskiej ulicy.

Przez resztę działów przeszliśmy dość pospiesznie, gdyż, jak się, okazało, mąż na alergię na sztukę. Uparł się jeszcze, żeby obejrzeć impresjonistów, ale zanim tam dotarliśmy, ochroniarze stali niemal w blokach startowych, żeby poddać męża kwarantannie, jako przypadek AH1N1 albo i czegoś gorszego, mąż się całkowicie odwodnił, a mnie nogi w tyłek weszły. Przegalopowaliśmy więc przez Monety i Vangogi, i uciekliśmy w pośpiechu.

Poza tym nabyłam sobie koszulkę z napisem NYPD, co cieszy mnie szalenie, bo jestem fanką nowojorskiej policji (ich samochody tak śmiesznie popiskują, serio), oraz uznałam, że się amerykanizuję.

Bo w NY wszędzie, w każdym zwiedzanym miejscu, nie ma banalnych tabliczek ze strzałką czy napisem exit, czy też no exit. Nie. Zamiast nich występują umundurowani strażnicy, monotonnie recytujący  – this way, this way, no exit, no exit. Bawiło mnie to do łez, do momentu, kiedy wyszłam z samolotu na Okęciu i natychmiast się zgubiłam.

– Dlaczego tu nie ma strażnika, który mówi this way? – poskarżyłam się mężowi – przecież ja nie wiem, jak iść! –

Teraz napawam się ciszą, spokojem i bezludziem. Wstawiam góry prania (Lola wczoraj wróciła z obozu) i szykuję góry czystych rzeczy (Misiek jutro wyjeżdża na obóz). I taaaak mi dobrze, ze hej!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s