spadam stąd

Czuj czuj, czuwaj! Druhna Asia wyrusza w świat. Niezbyt daleki, bo do Bułgarii. Niezbyt szeroki, bo, jak znam życie, w promieniu 5 kilometrów od hotelu. Wyrusza jednak dziarsko, dzierżąc u szyi uwieszonego ukochanego małżonka, a u rąk obydwu małoletnich w kąpielówkach. Do zabrania: Aparat, klapki i coś na ból głowy. Spray do odganiania niemieckich emerytów z leżaków przy basenie. Czapka niewidka, żeby się schować przed własnymi dziećmi, peleryna Harrego Pottera, żeby schować swe wątpliwe wdzięki przed widokiem publicznym (no dobra, niech będzie pareo).

Udało mi się. Po złożeniu uroczystej przysięgi przed szefową, że Manueli włos z głowy nie spadnie podczas mojej nieobecności. Po uzyskaniu równie uroczystej przysięgi, że producent mojego ukochanego serialu, przy którym dłubię od półtora roku, nie przewróci mi znowu odcinka do góry nogami, przyprawiając mnie o apopleksję. Po wyżebraniu od rodziców obietnicy, że kotka nie padnie z głodu, a kwiatki z pragnienia.

I po co te całe zabiegi? Po to, żeby tydzień pomoczyć tyłek w obcym morzu i połazić po piachu.  Lekko frustrujące, nie sądzicie? A gadania i nadrabiania tyle, jakbym wyruszała na dwumiesięczny rejs do źródeł Amazonki.

Plany mam nieskomplikowane:

1 odkryć, co się dzieje z Lolą. A dzieje się coś niedobrego, sądząc po jej ostatnich wystąpieniach ( jestem głupia! zabiję się! nie mogę tego zjeść, bo się odchudzam! – wszystko bez racjonalnego powodu podane przez chudą, otoczoną miłością rodzinną siedmiolatkę). Wstępna diagnoza – skłonność do dramatyzowania i chęć zwrócenia na siebie uwagi, ale pacjent musi zostać poddany obserwacji.

2. patrzeć czule w oczy (niebieskie) męża, tak, jakby te ostatnie siedemnaście lat małżeństwa było tylko miesiącami. Bo z praktycznego punktu widzenia najwygodniej zakochać się we własnym mężu – dużo mniej komplikacji, a satysfakcja gwarantowana.

3. odreagować Manuelę – wybieram się dziś do Empiku na poszukiwanie książki o dużym ładunku dystansu do świata i satyrycznego humoru.

4. Być. W sposób bierny, nieskomplikowany  i przyjazny dla świata.

Przyjaźnie, łagodnie, niezbyt aktywnie pozdrawiam:-)

 

gorąco

Wymyślamy z Lolą przeróżne sposoby na upał:

– wanna wypełniona letnią wodą, w której wylegujemy się popołudniami

– zraszacz ogrodowy, pod którym biegamy jak szalone wiewiórki, ślizgając się po mokrej trawie

-żołądek wypełniony lodami i wodą z lodówki, opite jak bąki zalegujemy potem na kanapie

– mokre kapelusze wciśnięte na nasze przegrzane głowy

Wieczorem i tak musimy wejść na górę, gdzie pokoje na poddaszu przypominają fińską łaźnię. Leżymy i dyszymy, przy otwartych na oścież drzwiach i oknach, czekając na nadejście zbawiennego nocnego pseudochłodku. Kot wyrusza na nocne łowy. Świerszcze grają jak obłąkane. Maciejka podwiędła i podsuszona wyciska z siebie resztki sił, żeby jeszcze popachnieć. Psy w oddali anemicznie poszczekują, bo nie chce im się pyska otworzyć.

Czy ja narzekałam kiedykolwiek na to, że jest mi za zimno?? Zmieniam plany emerytalne. Do tej pory myślałam o małym domku na Florydzie. Ciekawe czemu teraz dużo bardziej kusząca wydaje mi się północna Norwegia?

sezon ogórkowy

Telenowela okazała się absolutnym pożeraczem czasu. To nie jest już kreacja artystyczna, tylko fabryka. Fabryka śrubek – coś przykręcić, coś podczepić, żeby pojazd wzruszeń płynął gładko po ekranie. Nie mam czasu – ciągle redaguję, spotykam się ze scenarzystami i redaguję znowu. Zanim to opanuję, minie trochę czasu, więc trochę stopuję z blogiem. 

Na szczęście jest sezon ogórkowy – nic się nie dzieje. Misiek od niedzieli siedzi na obozie piłkarskim. Pojechał z obandażowanym palcem i moja epistołą dla trenera, żeby mi dziecka nie zmarnował zbyt szybkim treningiem. Więc Misiek ma luz – nie za duży, bo ten obóz generalnie jest maksymalnie wyładowany, żeby młodzież nie miała czasu na głupie pomysły, ale nie wymagają od niego niemożliwości, typu godzinne strzelanie karnych nogą z połamanym palcem…

Lola zamienia się w fokę – jeśli akurat nie siedzi w basenie u mojej siostry, chłodzi się pod zraszaczem. Wymyśliłam jej patent na rozrywkę – puszczam wodę ze zraszacza na trampolinę i mała ma dwie rozrywki w jednym. Mam nadzieję, że jakoś przetrwa do poniedziałku. W poniedziałek wysyłam ją z nianią nad morze, co otwiera przede mną ocean możliwości. To jest ten jedyny tydzień w roku, kiedy nie będę miała żadnego z moich cudownych, ukochanych, słodkich dzieciątek. Hurra!!!!

Moja córka wciąż ma tendencję do wypowiedzi, które zwalają mnie z nóg. Kilka dni temu w ramach ochłody siedziała sobie w wannie z młodszą o rok kuzynką. Siedziały i gadały, gadały, gadały – od razu widać, że kobiety z krwi i kości. Przechodziłam obok łazienki i załapałam się na wypowiedź Loli:

– Ale wiesz, Ola, ja już się martwię, że będzie straszny obciach, jak mi w końcu zaczną rosnąć piersi-

Pozwoliłam sobie na ryknięcie śmiechem dopiero w kuchni. Ale zasadniczo ją rozumiem, pamietam, że to faktycznie był obciach. No i tyle – nie mam czasu, nie mam tematu, a upał pozbawia mnie umiejętności syntezy wypowiedzi. Może się ochłodzi, to złapię wenę…

Obowiązek małżeński

Mój mąż na nowo zdefiniował wczoraj obowiązki małżeńskie w naszym związku.  Okazało się, że „w zdrowiu i w chorobie”, i „łoże i stół” są niewystarczające, i wymaga ode mnie także współuczestnictwa w przełomowych dla jego życia wydarzeniach.

I na tej podstawie zażądał ode mnie wspólnego oglądania finałowego meczu. Wynegocjowałam pół godziny. Dla podkreślenia dramatyzmu sytuacji zaznaczam, że moja wiedza o piłce nożnej sprowadza się do przypadkiem podpatrzonego schematu, który zdaje się nieustannie powtarzać – kilkunastu upoconych gości w śmiesznych podkolanówkach biega po pasiastym trawniku zupełnie irracjonalnie ganiając jedną piłkę, jakby nie mogli sobie kupić kilku innych.

Mąż popełnił jednak drobny błąd, bo w negocjacjach nie było mowy o milczącym współoglądaniu. Po kilku minutach zaczęłyśmy się z Lolą doskonale bawić, komentując sytuację na ekranie:

– Popatrz Lola, to jest mecz –  Więźniowie, to ci w pomarańczowych drelichach, kontra Strażnicy, w granatowych mundurkach –

– Hi, hi – zapiszczała Lola – a widzisz, ten zrobił jak pancernik, bo się boi, że znowu dostanie – pokazała na Więźnia, który własnie zwinięty w kulkę, demonstrował, jak bardzo go boli…

– A widzisz, co robi ten gość w niebieskiej bluzeczce? Gania jak głupi po całym boisku, a i tak nikt mu nie chce podać piłki –

– No, a on macha im cały czas chorągiewką, żeby mu wreszcie podali, a oni nic – zgodziła się ze mną Lola.

– Ale mi żal tego faceta w żółtym mundurku! Popatrz, narysował sobie specjalnie granicę na trawie, żeby nikt mu tam nie wrzucał piłki, a oni ciągle próbują mu ją wkopać. Widzisz, jak wścieka? Przecież widać, ze on tej piłki nie chce, czemu ciągle mu wrzucają? Zamiast tego dali by wreszcie temu biedakowi w niebieskim, też by sobie pograł. –

Mąż był cierpliwy i wyrozumiały. Najwyraźniej wierzył, że po prostu przez osmozę przyswoję sobie jego pasję. Ale kiedy pół godziny minęło, i zwiałyśmy z Lolą do łazienki, jakoś nie protestował zbyt intensywnie:-)

To było dla mnie niezwykle ciekawe doświadczenie, przyznaję. Po raz kolejny odkryłam, że człowiek powinien być otwarty na nowe sytuacje, ciągle sprawdzać nowe możliwości itp….I czasem przekonać się, że na świecie istnieją rzeczy, których nie pojmie nigdy: teoria fraktali, popularność spodni z krokiem w kolanach, fan klub Krzysztofa Krawczyka i piłka nożna.

spełniliśmy obywatelski obowiązek

No, zagłosowaliśmy. Rodzinnie i zbiorowo, z babcią, dziadkiem i wujkiem, robiąc solidne zamieszanie w lokalu wyborczym. Bo moje dzieci, zachwycone hasłami wyborczymi, deklamowały w drodze do lokalu ładne rymowanki: „Przebrała się miarka, głosuj na Jarka”, a zaraz potem „Nadeszła już pora, głosuj na Komora”, wzbudzając niepokój wśród głosujących niejednolitością poglądów. Dobrze, że nie znali żadnej rymowanki z Napieralskim, bo konfuzja byłaby całkowita.

 Młodociani solennie wrzucili karteczki do urny, równocześnie głośno odpytując nas, na kogo głosowaliśmy. Nie mają bachory wyczucia za grosz:-)

Zaraz potem obróciliśmy doniosłe wydarzenie państwowe w komercyjną rozrywkę, robiąc zakłady pieniężne co do procentowych wyników trzech głównych kandydatów. Pula  i karteczka (nieopieczętowana niestety) leży teraz na kominku u dziadków, czekając na ostateczne wyniki. Zwycięzca stawia flaszkę, więc zasadniczo wszyscy jesteśmy wygrani.

Co ma, być to będzie. Wielka polityka toczy się swoim burzliwym i głośnym nurtem, a my mamy swoje małe żyćko, które toczy się poniekąd niezależnie, a czasem nawet wbrew temu nurtowi.

 Mój remont toczy się niestety zdecydowanie wolniej niż wielka polityka. Panowie są niespieszni, a wręcz refleksyjni w swoich poczynaniach. Muszę przyznać, że dzielnie opierają się naciskom i bohatersko ignorują próby lobbingu.  Z melancholijną wręcz powolnością decydują się na każdy następny krok. Wszystko się musi odleżeć i skruszeć, jak dziczyzna w spiżarni. A tymczasem – kawę mam dobrą, fotele na tarasie wygodne, ogród skłania do refleksji – rozumiem ich niechęć do pośpiechu.

Choć nie popieram, bo konieczność nieustannego kombinowania, czy dzieci mają jeszcze czyste gacie, czy mam po nie zasuwać do domu, trochę mnie męczy.  Nie wspomnę już o tym, że moja biedna kotka całkiem niedługo zdziczeje. Boi się robotników śmiertelnie, do domu nie wejdzie za nic,  więc zamieszkała sobie na tarasie. Przeprowadzić się z nami nie chciała, zresztą ją rozumiem- tutaj ma własny ogródek, kumpli, wygodne ławy i zadaszony kącik na noc. Ale to oznacza, że trzeba latać do niej dwa razy dziennie, żeby ją wygłaskać, wyprzytulać, nakarmić i napoić. No nic, może wytrzyma jeszcze dwa trzy dni, bo potem i tak wystrzelam robotników i sama dokończę malowanie.

poniedziałek

Ta dam! Wróciłam – stara, a jak nowa, energetyczna i jak zwykle optymistyczna – jak nie przymierzając programy wyborcze naszych kandydatów.  Po weekendzie pełna radości życia rzucam się w morze roboty (aktualnie mam jej po szyję, zaraz zaleje mi gębę i się uduszę).

Po pierwsze primo: nie ma już upałów, które znoszę fatalnie.

Po drugie primo: zaczynam widzieć maleńkie na razie światełko w tunelu, jeśli chodzi o zalew pracy. Jeszcze tydzień, dwa i powinnam móc choć na chwilę zatrzymać się, żeby pot z czoła otrzec.

Po trzecie primo: dzisiaj wracają moje chłopaki z Barcelony. Mam nadzieję, że Misiek godnie mnie zastępował i robił dużo zdjęć, żeby biednej, niepocieszonej matce pokazać, co straciła.

Po czwarte primo – remont mozolnie, ale postępuje. Na razie mam wrażenie, że panowie wzięli sobie do serca słowa wieszcza „Bo dzieło zniszczenia jest równie wielkie i święte, jak dzieło tworzenia” (jakoś chyba tak to szło). Mój biedny dom jest więc rozdłubany, obklejony, wymazany i podziubany. Ale rokuje. Znaczy, mam nadzieję, że z chaosu wyłoni się wersja druga, poprawiona.

Weekend spędziłam bardzo przyjemnie, bo u rodziców, którzy przygarnęli mnie i Lolkę na chwilowe wygnanie. Wprawdzie całą sobotę i pół niedzieli spędziłam przy kompie, mozolnie poprawiając odcinki, ale w przerwach byłam dopieszczana obiadkami, kawami i rozrywkami kulturalnymi.

Dzieci (Lola i jej kuzyni w wieku zbliżonym) postanowiły nas nieco odchamić i wystawić pokaz w stylu „Światło i dźwięk”. Świat idzie do przodu i widać, że teraz liczy się komercja. Najpierw zostaliśmy więc zamęczeni nieustannym oferowaniem zaproszeń – akwizytorzy czaili się za każdym rogiem i wciskali zaproszenia – oczywiście odpłatnie. Bogu dzięki, nie rozróżniali zbytnio monet i można było kupić bilet już za 50 groszy.

Kiedy już namolnym sprzedawcom udało się wcisnąć nam bilety na występ, kiedy już odbyły się cztery próby generalne, my wypiliśmy po drinku, a aktorzy wychodzili z siebie z nerwów, w końcu odbył się występ. Zgromadziliśmy się w zaciemnionym pokoju, dziadkowie, siostra z mężem i ja.  Kubuś był operatorem światła, suflerem, reżyserem i rekwizytorem, Lola i Ola na dużym materacu zaprezentowały niezwykle twórczą kombinację baletowo – muzyczno – akrobatyczną z  wykorzystaniem cieni rzucanych przez biurową lampkę.

Obie z mamą nie mogłyśmy opanować chichotu, dziadek szczerze wzruszony dopingował wnuczęta, moja siostra taktownie tłumiła wybuch śmiechu, a mój szwagier po pięciu minutach zajrzał do pustej szkanki i wyszeptał udręczony – „gdybym wiedział, co to będzie,  to bym więcej przedtem wypił”. Gdy jednak zaczął dyskretnie wycofywać się w stronę drzwi, został surowo skarcony przez aktorów, którzy właśnie ogłosili pięciominutową przerwę komercyjną. Na stolik wyjechały dwie zabawkowe kasy i pudło z zabawkami na sprzedaż. Okazało się, że nabywanie dóbr jest obligatoryjne, i tak zostałam właścicielką Bakugana (jeszcze nie rozgryzłam, co to jest, więc nie pytajcie – zostałam zapewniona, że Bakugan jest w doskonałym stanie). Przedstawienie było przydługie, ale udało się doskonale ku wielkiej satysfakcji publiczności i aktorów, którzy natychmiast po występie rzucili się do podliczania zysków. Ech, nikt dziś nie chce pracować za darmo. Komercja, panie, komercja.

bestia

Aktualnie remont jawi mi się jako apokaliptyczna bestia, która napina więzy taśmy malarskiej i folii, żeby wyrwać się z uwięzi i rozszaleć się na całego.

W obliczu takiego zagrożenia głupieję. Mąż przyłapał mnie w sobotę na podcinaniu Bogu ducha winnego kwiatka doniczkowego.  -Cóż robisz, kobieto? – spytał retorycznie i znacząco.

– Booo..no, bo on tak zwisa – mogłam tylko wybełkotać w zakłopotaniu, bo słowo daję, kwiatek niczym mi nie podpadł, a łapiąc za sekator miałam tylko mgliste skojarzenie, że ten zwis może mi przeszkodzić w przesuwaniu regałów.

Mój duży pokój wygląda teraz jak kolejka strachów w opuszczonym wesołym miasteczku. Ućkane groźnie sterczącymi gwoździami ściany, pajęczyny udrapowane malowniczo po kątach, echo niesie się w pożółkłych ścianach, a pozbawione zasłon okna straszą rozmazanymi śladami kocich łap. Ostała się tylko kanapa, na której skuliłam się wczoraj z lękiem, na jedynej wysepce normalności w morzu REMONTU.  Ale i ona, biedaczka, zostanie jutro pieczołowicie ofoliowana, a ja chyba skulę się wtedy w kącie, kiwając się nerwowo i ze stresu porządkując pudełko z nićmi. Albo to drugie, z różnymi dziwnymi rzeczami znalezionymi przy odsuwaniu mebli. Mała niebieska piłeczka (ojej, Lola, pamiętasz, bawiłaś się nią, jak miałaś cztery lata), papierki po czekoladkach (zastanawiałam się, gdzie te czekoladki wyparowały), piszcząca mysz (Inka miała fazę na domowe polowanie jakiś rok temu), kupon Totolotka sprzed dwóch lat (jak znam życie, mogliśmy wygrać pięć milionów) i coś, co wycisnęło mi łzy wzruszenia z oczu – kilka małych kupek świnek morskich (tęsknię za nimi, za świnkami rzecz jasna, a nie kupkami:-))

Nie ogarniając całości, skupiam się na szczegółach. I tak, z lekko przysłoniętymi oczami, krok po kroku schodzę w czeluść, wypełnioną wzornikami farb, wałkami malarskimi i gips kartonem. Trzymajcie za mnie kciuki….

 

weekend

Zaraz, to już? Już minął długi weekend? Cholera, ledwie go zauważyłam!

Czwartek: pakowanie rzeczy przed malowaniem, kataklizm domowy do kwadratu

Piątek:  wpław przez zalane wsie i dojazdówkę do Warszawy, przez którą płynął rwący potok, przebijałam się do pracy, gdzie odbyłam niesłychanie twórcze sześciogodzinne spotkanie z autorami

Sobota: wynoszenie mebli przed remontem (po cholerę mi te półeczki i fotele? nienawidzę tego dziadostwa, chyba po remoncie postawię na minimalizm – kanapa i krzesło, that’s it)

Niedziela: rekompensowałam mężowi wysiłek włożony w przygotowania przedremontowe, odbywając spotkanie z teściami jego siostry na gruncie neutralnym:-) Spotkanie odbyło się w przyjaznej i pogodnej atmosferze…

Poniedziałek: 6.40 – Misiek odjeżdża na czterodniową zieloną szkołę, 7.50 – Lola z powodu mega kataru i spuchniętych oczu (pieska wczoraj dorwała do głaskania) odmawia pójścia do zerówki. Trzy telefony awaryjne – kto z nią posiedzi, ratunku?! 9.30 – dowiaduję się, że jutro czeka mnie kontynuacja spotkania z autorami – od ósmej do siedemnastej.

Wiecie co? Jestem trochę zmęczona po tym wypoczynku. Podnosi mnie jednak na duchu myśl, że moje dzieci w sumie nieźle radzą sobie beze mnie, na przykład same zdobywają niezbędną wiedzę o świecie. Bardzo lubię te bogate w fakty, naukowe dyskusje, jakie odbywamy rodzinnie….

– Czy wiecie, jaka jest najbardziej wrażliwa część ciała kobiety? – spytała wczoraj Lola mnie i męża. Spojrzeliśmy na siebie trochę nerwowo, ale okazało się, że pytanie jest retoryczne na szczęście – Pięta! –

– Dlaczego akurat pięta? – spytałam pospiesznie, bo męża lekko zatchnęło z wrażenia.

– Tak mi Ola powiedziała. Bo najbardziej boli, jak się uderzy w piętę! –

– A wiecie, jaka jest najbardziej nerwowa cześć ciała? – dorzucił Misiek z chytrym uśmiechem – No, łokieć! Bo ma dużo nerwów w sobie –

– Tak jak tatuś – zadumała się Lola – zupełnie jak tatuś. On też ma dużo nerwów w sobie –

– Chyba będziemy go nazywać Łokietek, jak myślicie? – podrzuciłam dzieciom uczynnie.

– No, no,  Łokietek miał podobno tylko 125 centymetrów wzrostu – oburzył się mój mąż i dodał z fascynacją w głosie  – a jednak był ojcem Kazimierza Wielkiego, który miał ponoć metr osiemdziesiąt…ciekawa sprawa…- Mąż zamyślił się historycznie, a ja podrzuciłam dyskretnie:

– Przynajmniej tak mu się wydawało, że był ojcem –

Tu porzuciliśmy dywagacje historyczne, żeby nie wejść na grząski grunt genetyki i płynnie przeszliśmy do bardziej neutralnych tematów. Ale muszę przyznać, że te pięty jako hipotetyczna strefa erogenna bardzo mnie zaintrygowaly…

Jestem poetką!

Niniejszym odwołuję wszystkie stwierdzenia, że nie napiszę książki. Zresztą, co tam byle książki! Machnę od razu tomik poezji – niesłychanie genialnej ofkors. Bo jeśli talent artysty oceniać miarą reakcji czytelników, jestem wielka:-)

Grzebiąc w pamiętnikach, znalazłam też gruby zeszyt,w którym jako dwunasto i trzynastolatka zapisywałam swoją twórczość artystyczną. Poza długą, bogato ilustrowaną baśnią o księżniczce i poza kryminałem, w którym uśmierciłam wszystkich bohaterów, zeszyt jest pełen wierszy.  Słuchajcie, dawno się tak obłędnie nie śmiałam!

A kiedy już skończyłam się śmiać, postanowiłam podzielić się moją radością z małoletnimi. Posadziłam ich na kanapie i zaczęłam czytać poruszający w swej wymowie wiersz o śmierci ukochanego chomika:

– „Chciałabym w tych strofach wyrazić ból mój srogi, gdyż mój miły chomik przekroczył już nieba progi…….” – Ciągnęłam kolejne wersy z namaszczeniem, wczuwając się w rolę, a kiedy doszłam do kolejnej zwrotki:

– „W lesie, pod cichym korzeniem świerku, wśród bezlistnych zarośli, pod całunem śniegu, na wieki spoczną twe kości” – łypnęłam okiem na małoletnich. Misiek, zadumany, spoglądał w dal, a Lola? Lola płakała:-)

No, no, to się nazywa siła wyrazu artystycznego! Taktownie przeszłam do bardziej pouczających, a mniej wzruszających dzieł, w których widać wyraźnie moje komunistyczne ciągoty: „Pan nie sieje, nie orze,a gdzie spojrzy, tam jego zboże. Chłop od świtu przez dzionek cały obrabia wielkie pola kawały. Czyjego pola? Nie swego przecież. Taka to sprawiedliwość jest już na tym świecie!”

Zacieram ręce i wracam do tfurczości, tfu, twórczości! Tyle dramatów wokół, a ja nic, nie dzielę się ze światem? Do dzieła! Bądźcie gotowi na eksplozję mego natchnienia. I drżyjcie!

PS 1 – wszystkie cytaty pochodzą z dzieła „Utwory wybrane” (sic!) by Asia, lat 12 i pół

PS 2 – Małoletnich oszczędziłam, ale was nie oszczędzę. Oto fragment najbardziej dramatycznego utworu z w/w zbiorku, który dedykuje nam, czyli matkom:

„Podczas wojny ze zmarszczką na czole, z oczami spuchniętymi od płaczu, idzie z pola matka, wiedząc, że w domu czeka na nią głodnych dzieci gromadka…(dalej było o krukach, żandarmach i jednym ziemniaku za harówkę, a teraz puenta)..kochajmy swoją matkę, co życie nam dała i życie by za nas oddała!”

PS 3 – musiałam być cholernie dziwnym dzieckiem……

Poszukiwany, poszukiwana

 – Mamooo, gdzie moje spodenki pikarskie? –

– Mamo, gdzie mój zeszyt?-

– Kochanie, gdzie są nożyczki? –

Też tak macie? W moim domu jestem alfą i omegą znajdywania. Mam wbudowany radar, który w tajemniczy sposób wykrywa zagubione sztuki garderoby, kredki i guziki od koszuli.

– A szukałeś, synu? –

– No pewnie, wszędzie szukałem! – Misiek jest urażony moim brakiem zaufania.

– Acha, to ja pójdę z tobą do pokoju i jeszcze raz poszukasz, dobrze? –

Idziemy, Misiek staje na środku pokoju i obraca się naokoło, po czym po namyśle zagląda pod łóżko. Podnoszę brwi w milczeniu, otwieram szufladę, w której od pięciu lat leżą jego ciuchy na piłkę i wyciągam leżące na wierzchu spodenki.

– Mamo, jesteś genialna! Jak ty to robisz? – Misiek zachłystuje się podziwem. Ale nie mogę pławić się w jego zachwycie, bo muszę zlokalizować zeszyt Loli i Bardzo Ważne Papiery męża.

Pomyśleć tylko, że to było moje pierwsze postanowienie małżeńskie, które podjęłam po kilku wizytach w rodzinnym domu męża…

– Zosiu – rozlega się co kwadrans głos teścia – gdzie moja koszula? I te szklanki do kompotu?- Zosia cierpliwie dżpiesuje teścia na właściwy trop i prosi przy okazji o obranie ziemniaków.

– A gdzie ziemniaki, Zosiu? –

I tak w koło Macieju. – No, u mnie w domu tak nie będzie – postanowiłam twardo, gdyż jestem zwolenniczką równouprawnienia, także w dziedzinie prostych procesów myślowych.  I zaczęłam nierówną walkę z zakorzenionymi nawykami:

– Asiu, gdzie nożyczki? –

– Tam, gdzie leżą od trzech lat –

– Kochanie, gdzie mój notes? –

– Tam , gdzie go położyłeś –

I już, już byłam bliska sukcesu, kiedy pojawiły się dzieci. Dzieci, które ewidentnie mają dar całkowitej niemożności kojarzenia prostych faktów. Że jeśli nożyczki ZAWSZE są w szufladzie, podnosimy alarm wtedy, kiedy ich tam nie ma. Że jeśli od kilku lat skarpety są drugiej szufladzie od góry, jest wysoce nieprawdopodobne, że same ochoczo przepełzły na zupełnie inny poziom (no, chyba że to skarpety Miśka po treningu, one są już nieomal bytem ożywionym). Przyznaję, poddałam się. A wręcz udoskonaliłam sztukę skanowania przestrzeni wzrokiem i pamięcią. Jestem w stanie podać aktualną lokalizację niebieskiej spinki Loli, korków Miśka (pod kanapą- ciekawe jak się tam znalazły), i tych śmiesznych plastikowych paseczków, które mąż wsuwa do kołnierzyka koszuli (jeśli je znajdzie ofkors). Ale przyznam się w tajemnicy – odkryłam uniwersalną odpowiedź, którą coraz częściej stosuję i która ma działanie magiczne – nagle uaktywnia procesy myślowe pozostałych członków rodziny: NIE WIEM!