oj tam, oj, tam, takie zdjęcia…

No cóż, Tropical Island w zarysie wygląda tak:

tropic

albo tak:

tropic 2

Nie doszukujcie się nas na tych zdjęciach, bo z niezrozumiałych powodów z większości fotek wyszła rozmazana paciaja. No, może poza tym, które obrazuje, jak spędzała czas Lola. Cóż może robić siedmiolatka otoczona milionem atrakcji, basenami i placami zabaw?

ryby

Tak, owszem. Podstawową rozrywką mojej córki było głaskanie ryb. Które chyba nie miały nic przeciwko temu, bo podpływały jej pod łapkę, a Lola z lubością miziała je po oślizgłych ciałkach. A ja nerwowo patrzyłam, kiedy będę ją musiała wyławiać z tych zbiorników wodnych.

Właściwie to była moja wina. Przynajmniej tak stwierdziła Lola, kiedy odkryła, że matka po raz pierwszy w życiu zawiodła jako Wielki Pakowacz i Organizator.

Fakt, że zapomniałam o kapciach i szczoteczkach do zębów, przeszedł niezauważony, co ciekawe. Żadne z dzieci nie miało o to do mnie pretensji. Ale kiedy nad basenem musiałam przyznać ze skruchą, ze zapomniałam wziąć jej okularki do pływania, Lola wykrzyknęła wstrząśnięta:

– Cóż z ciebie za matka! –

No. I wtedy okazało się, że w Tropical Island jest dużo Polaków, bo połowa ludzi na sąsiednich leżakach obróciła się i zmierzyła mnie potępiającym wzrokiem.

No fakt, chyba się starzeję. Bo nigdy nie zapominam. A tym razem tak.

Ale  z całego wyjazdu najbardziej podobał mi się Wrocław! Jest piękny. Duży. Pełen godności i kameralny jednocześnie. Jeśli ktokolwiek z was mieszka we Wrocławiu, uroczyście oświadczam, że zazdroszczę. I wybiorę się jeszcze raz, kiedy już nos nie będzie mi odmarzał na lutowym wietrze.

 

Uff, nareszcie w domu

Oj, chyba poczułam się stęskniona, bo natychmiast po wstępnej obróbce miliarda emaili rzuciłam się do bloga, żeby zobaczyć, co tam u kogo piszczy w trawie. Sądząc po wpisach, znajduję was wszystkich we względnym zdrowiu, co mnie cieszy szalenie i optymizmem napawa.

Nasz wypoczynek składał się z :

jazdy  w te

plumkania w basenach

jazdy  we wte

Zaiste porażająca epickim heroizmem wyprawa. W związku z tym nie bardzo mam co napisać.

Jazda z moimi dziećmi nie jest już tak traumatycznym przeżyciem, jak jeszcze rok, dwa lata temu. Może dlatego, że nawet moja córka przeistacza się powoli w dzielnego podróżnika, któremu nie straszny mróz, wiatr, duże dległości i lunch w Macdonaldsie. Zwłaszcza że Lolę niezmiernie ekscytował fakt bycia za granicą niemiecką. Mnie w sumie też, bo do tej pory byłam w Niemczech raz w życiu przez kilka godzin, co pozwoliło mi na poszerzenie słownika o dwa zwroty grzecznościowe, wykraczające poza moją dotychczasową znajomość języka (czyli  dwa przekleństwa, „ręce do góry” i pierwsza zwrotka hymnu SS).

Ta moja ekscytacja zaowocowała następującą wymianą zdań w naszym samochodzie podczas przejeżdżania przez senne niemieckie miasteczko:

– I chodzą tak sobie ci Niemcy po tych niemieckich ulicach…- z zadumą skończyłam głośno długi proces myślowy, co faktycznie mogło zabrzmieć głupio.

– No, a w głowach mają te swoje  niemieckie mózgi – po chwili konsternacji mąż postanowił mnie weprzeć, choć trochę po omacku

– Pewnie z napisem Made in China – włączył się Misiek szczerze ubawiony. No tak, bo Miśka to kurczę, nic nie dziwi. Pokolenie Internetu, cholera, zblazowane i w ogóle. Człowiek nie może się nawet zadumać w spokoju.

Tropical Island nie wyróżnia się niczym szczególnym. Co brzmi cynicznie, ale cóż, z mojego punktu widzenia to ciągle jedno z tych zatłoczonych, ciepłych i wilgotnych miejsc, gdzie człowiek chodzi w klapkach, pilnuje dzieci, żeby się nie utopiły i czasem da się przytopić potomstwu w basenie. Tyle że gabarytowo wybujałe.

Ale zasadniczo, o to chodziło, no nie? Palmy – były. Ciepło – było. Wody – pod dostatkiem. Małoletni zjechali nieskończoną ilość razy wodnymi zjeżdżalniami. Wypili hektolitry napojów. Sto razy zmoczyli i wysuszyli kąpielówki. Prezentowali przerażającą wręcz energię, którą ku mojemu zadowoleniu utylizowali w dość bezpieczny sposób. Minus – jeden, ale spory. Wilgotność powietrza w zamkniętej przestrzeni sprawiała, że cały czas czułam deficyt tlenowy, co pod koniec dnia zaowocowało mega migreną. W związku z tym udało mi się namówić dzieci, żebyśmy następnego dnia wracali do domu. Nie pytajcie, jak to zrobiłam, wystarczy się domyślić, skoro Misiek dostanie jutro grę Assasin, a Lola dostała już śpiewającą pluszową świnkę…

Bo zasadniczo podróż i tak zrobiła swoje. Zaczynam rozumieć mojego męża, który twierdzi, że on uwielbia sam proces przemieszczania się z miejsca na miejsce. Wystarczy wyjechać na odpowiednią odległość od problemów, żeby wydały się dużo mniejsze. I wystarczy zamknąć nas na kilka godzin w samochodzie, żebyśmy wszyscy doszli do tego samego wniosku, co  Lola po kilku godzinach jazdy:

– Ale jesteśmy wszyscy porąbani. Super! To najlepsza rzecz w moim życiu –

No. A zdjęcia będą, jak wyjdą. A nie wiem, czy wyjdą, bo aparat w trakcie padł. I nie wiem, czy to, co w nim siedzi, nadaje się do czegokolwiek.

 

 

ferie

Im bardziej jestem bezrobotna, tym bardziej jestem zapracowana. Ot, taki paradoksik życiowy. Przemy do przodu z odcinkami jak zaprzęg przez pola lodowe i czasu brak, do licha, żeby się nacieszyć statusem osoby-prawie-bezrobotnej. To wyjątkowo frustrujące. I czasu na bloga nie mam, i czuję się taka..cholera, realna, zero wirtualnego życia.

A tu ferie się zaczęły. I typowa dla rodzin polskich udręka, co zrobić z małoletnimi w ten trudny bezszkolny czas. Pani Hania, osoba o żelaznych nerwach,  może mimo wszystko nie wytrzymać dwunastogodzinnej, całodniowej obecności moich słodkich maleństw, które znudzone, są skłonne do agresji werbalnej i fizycznej. Co skłania mnie do rozważania rozwiązań skrajnych.

– Co zrobisz ze swoimi dziećmi w czasie ferii? – zapytał mnie kolega, znany z niechęci do dzieci generalnie.

– Sama nie wiem – odpowiedziałam w zamyśleniu – w ogródku nie zakopię, bo ziemia za twarda. Może przykuję do kaloryfera i miskę podsunę? –

Kolega zatchnął się lekko,  ale na wszelki wypadek podsunął usłużnie:

– No i widzisz, o feriach trzeba myśleć już w wakacje, wtedy można ziemne roboty wykonać –

A miało być tak pięknie. Wybieraliśmy sie do Egiptu. Jakoś nie wyszło, Mubarak za długo się zastanawiał nad odejściem i zawalił sprawę. Inne kraje, w których akurat nie szaleje rewolucja, nie są skorelowane z możliwościami naszego portfela, więc na razie Seszele i inne Teneryfy mogą sobie poczekać (jak znam życie, to jak już nas będzie stać, to tam wybuchnie wojna domowa, taki fart).

Drogą negocjacji rodzinnych ustaliliśmy, co następuje: jedziemy na trzy dni do Tropical Island pod Berlinem. To najbliższe znane nam miejsce, gdzie jest ciepło, dużo wody i palmy.

Jesteśmy zdeterminowani, żeby wygrzać kości na ciepłym piasku i wymoczyć odciski w błękitnych wodach tych czaderskich basenów. Lola od wczoraj pakuje garderobę godną gwiazdy filmowej. Ja od wczoraj się odchudzam, żeby nie musieć wciągać brzucha w kostiumie kąpielowym. Mąż od wczoraj zaklepuje noclegi. Misiek nie robi nic, jak zwykle, ale nie przeszkadza i to mu się chwali.

No. Będziemy mieli te ferie na plaży. Choćby i niemieckiej, co tam.

Dziewczynka z zapałkami

Nie od dzisiaj uważam, że rodzicielstwo niesie ze sobą nieustanne nabywanie nowych doświadczeń i umiejętności: pierwsza pomoc w nagłych wypadkach, trenowanie ponaddźwiękowej prędkości, wytwarzanie wewnętrznego GPSu, jasnowidzenie i inne takie. Chyba muszę do tej listy dołączyć krótkie szkolenie przeciwpożarowe.

W sobotę wieczorem była wichura, zaczęło migać światło. Na wszelki wypadek postawiłyśmy z Lola na stole zapaloną świeczkę, żeby nie było paniki w razie awarii prądu. Świeczka romantycznie migotała, a ja oddaliłam się celem zrobienia kolacji. Za chwilę do kuchni przytuptała Lola, stanęła przy mnie, oczka do góry wzniosła i powiedziała nieśmiało – Wiesz, mamusiu, chyba zrobiłam pożar –

Porzuciłam krojenie chleba i udałam się do pokoju. Faktycznie, na stole pudełko papierowych chusteczek buchało radosnym płomieniem, obok kłąb tychże chusteczek, palący się żywym ogniem, przypiekał systematycznie pilota od telewizora i zgrabnymi jęzorkami docierał właśnie do stosu gazet leżących obok.

Musiałam chyba wyglądać dość głupio, lecąc z pudełkiem płonących chusteczek do kuchni. Pożar ugasiłam w miarę szybko, nie tracąc czasu na zbędne upominanie winowajczyni. Ale kiedy już nic się nie paliło, a na stole został nadtopiony pilot od telewizora, trochę spalonych chusteczek i chmura białego popiołu, jednak nie wytrzymałam: – Dziecko, możesz mi powiedzieć, co ty właściwie chciałaś zrobić? –

Nie uzyskałam odpowiedzi, bo do Loli właśnie dotarło, co przeskrobała, i wybuchnęła potępieńczym szlochem. W przerwach informując mnie, że ona tylko chciała sprawdzić, czy chusteczki się zapalą od świeczki (no coż, efekt doświadczenia – pozytywny). Misiek, nie wiadomo dlaczego, przejął się dramatem siostry i zaczął ją pocieszać:

– Nie płacz, Lola, to się mogło zdarzyć każdemu. Ja też tak kiedyś zrobiłem – łypnął z ukosa w moją stronę, żeby zobaczyć, czy nie słyszę, ale udawałam, że jestem bez reszty pochłonięta czyszczeniem stołu. – Pamiętasz tę plamę na mojej wykładzinie? – ciągnął dalej przyciszonym głosem – kiedyś paliłem świeczkę w moim pokoju i ją wywaliłem na wykładzinę, i się trochę spaliła – Acha, czyli ta wielka czarna plama na środku pokoju Miśka to nie jest efekt naturalnego zużycia, co próbował mi wmówić mój syn przez ostatnie miesiące? Dobrze wiedzieć… Pocieszenia odniosły jednak skutek, Lola przestała szlochać i zajęła się zamiataniem popiołu.

A ja zajęłam się planowaniem domowego szkolenia przeciwpożarowego.

Mąż, sprawdziwszy, że pilot działa, uznał, że nie ponieśliśmy szkód materialnych i w związku z tym ograniczył się do uwagi:  – Na przyszłość zapamiętaj sobie córko, że dziewczynka plus zapałki równa się pożar – .

– Czy to znaczy – wtrącił Misiek swoje trzy grosze – że pożar minus zapałki równa się dziewczynka? –

mściwa satysfakcja

Powoli przyzwyczajam się do życia Prawie Bezrobotnego. Z dużą przyjemnością. Co więcej, odkryłam, że bycie na wypowiedzeniu ma milion plusów, o których nawet nie pomyślałam wcześniej.

Rano oczęta zaspane otwieram, i włącza mi się automat: szybko, szybko, zaraz trzeba lecieć do roboty…a ja go (ten automat znaczy) po łbie, no bo przecież luzik, mąż dzieci odwiezie, a ja jeszcze chwilę poleżę, na dziesiątą do roboty dojadę, bo po cholerę mam się tak spieszyć? Bo co? Z roboty mnie zwolnią? Chłe, chłe…

W pracy, kiedy już wszyscy inni przestali nas traktować jak kolonię trędowatych (ach, te spojrzenia pełne współczucia, ale też i podskórnego niepokoju, czy wypowiedzenia nie są czasem zaraźliwe), też jest bardzo przyjemnie i uroczo.

Nie ukrywam, że trochę zestresowała nas początkowo wiadomość, że duża stacja telewizyjna nie potrzebuje stałego zespołu redakcyjnego.  W sumie kilkanaście osób dowiedziało się, że przez kilka lat wykonywało zupełnie zbędną pracę…Zwłaszcza, że osoby, które nie prowadzą aktualnie projektu, zostały od razu zwolnione z obowiązku pojawiania się na stanowisku.

Ale doprawdy, nie rozumiem, dlaczego to idiotyczne poczucie odpowiedzialności sprowadziło nas na manowce niepokoju i przygnębienia. Życie jest piękne!

Wcześniej miotałam się nieustannie, usiłując pogodzić bieżący projekt z masą dodatkowych pierdół, którymi jakby mimochodem byliśmy obarczani: dziesiątkami scenariuszy do czytania, jakichś odcinków do zredagowania, opinii o innych projektach.

A teraz, sama przyjemność: chodzą i proszą. No bo przeciez ilość pracy się nie zmiejszyła. Za to ilość wykonujących ją osób, owszem, bo reszta ochoczo dostosowała się do sugestii pozostania w domach. Ale  ja z zafrasowaną miną mówię: no wiesz, mam projekt. Muszę go pilnować, bo sam/sama rozumiesz, to teraz moje jedyne źródło utrzymania. Rączki w duchu zacieram, odpalam bloga i mam w poważaniu. Bo co mi zrobią? Zwolnią mnie?

No dobra, przyznaję, nie jestem aż taką świnią. Po pierwsze jednak mam strasznie dużo roboty przy Manuelli, a po drugie irracjonalne poczucie odpowiedzialności każe mi czasem odwalać te dodatkowe prace, ale wiecie co? Nareszcie poczułam się doceniona, i ktoś mi za to dziękuje. I rozumie, że robię to kosztem własnego projektu. I w ogóle..no, mówiłam, życie jest piękne:-)

Wiem, że to brzydko cieszyć się z cudzego nieszczęścia. Wiem, ale co z tego. Mam tę swoją mściwą satysfakcję, bo chyba nawet szybciej, niż sądziłam, firma połapała się, że to raczej nie był najbardziej przemyślany pomysł. Trzeba było myśleć przed, cholera.

A ja dzięki temu połapałam się, że niewolnicza etatowa praca, i znikanie z domu na 11 godzin dziennie, i życie w wiecznym stresie i pośpiechu wcale nie jest jedyną alternatywą. Bo wygląda na to, że mogę robić całe mnóstwo ciekawych rzeczy, a za niektóre z nich mogę nawet dostawać całkiem przywoite pieniądze.

No, i czyż życie nie jest piękne? Dobra, dobra, wiem, powiecie mi, że sztucznie podtrzymuję się na duchu, ale co tam, grunt, że zamiast ściany zaczęłam widzieć światełko:-)

 

Lola się otwiera

Ulubiony sklep Loli, czyli H&M. Stoimy w kolejce do kasy. Lola w fazie galopującego słowotoku (czyli swojej normalnej, ale to wiem tylko ja). Lola podaje pani wybraną przez siebie bluzeczkę i startuje:

– A wie pani, że ja tu widziałam takie śpioszki z napisem ACDC (czyli w wykonaniu Loli acedece)? Takie dla malutkich dzieci –

Pani rzuca jej profesjonalny uśmiech prokliencki (pierwszy błąd, bo Lola czuję się zachęcona do dalszego ciągu)

– To ulubiony zespół mojego brata. No ale mój brat jest o wiele za duży na te śpioszki, bo ma już 12 lat. Przecież by się nie zmieścił, prawda? Ale już niedługo będzie jeszcze większy i wtedy sam urodzi dziecko i mu kupi takie śpioszki. No, w sensie, nie że on urodzi, bo to by było głupie, ale jego żona mu urodzi, jak będzie miał żonę –

Lola zawiesza się na sekundę, pani popełnia błąd numer dwa, bo posyła jej kolejny, całkiem nieprofesjonalny uśmiech, co natychmiast Lolę odblokowuje:

– Bo mój brat jest bardzo ładny, na pewno znajdzie jakąś żonę. Ale myślę, że mógłby już teraz kupić takie śpioszki na wszelki wypadek, tylko nie wiem, czy ma pieniądze. Bo mama nam zapomina dawać kieszonkowe. A teraz to nie wiem, czy w ogóle nam da, bo nie ma pracy. Ale za to będzie mnie odbierać ze szkoły. A Misiek to lubi też inne zespoły, tylko nie wiem, czy są na śpioszkach. Bo wie pani, że ja umiem czytać i mogłabym sama sobie przeczytać, czy są. Ale wie pani, jakie jest moje marzenie?  Żeby to tata odebrał mnie ze szkoły, bo on tylko RAZ odebrał mnie ze szkoły…

 Stłumione parsknięcia współkolejkowiczów za moimi plecami  wyrwały  w końcu z transu zarówno Lolę jak i panią, która od dłuższej chwili zaprzestała pakowania i wpatrywała się w moją córkę lekko osłupiałym wzrokiem. Ponieważ mnie też w końcu odblokowało, zdołałam  ekspresowo zapłacić i zwiać ze sklepu, wlokąc za sobą Lolę. Która nie kryła rozżalenia, gdyż miała przecież jeszcze tyle do powiedzenia tej miłej pani…

Chyba zacznę kupować jej koszulki w innym sklepie.

PS Ale i tak jestem Loli szalenie wdzięczna, bo w  prosty sposób pozbawiła mnie dylematu okołokolędowego. Pamiętacie moje rozterki? W poniedziałek miała być kolęda. Wpadłam do mojej mamy pożalić się trochę, i nagle Lola, która cichutko siedziała przy stole, eksplodowała gwałtowną rozpaczą. W sekundę jej buzia zalała się łzami jak grochy, a Lola skoczyła, złapała mnie za rękę i wykrzyczała: – To dzisiaj? Błagam, mamo, błagam cię na wszystko, nie weźmy księdza na kolędę!!!! –

 Obie z mamą spojrzałyśmy na nią z osłupieniem.

– Siostra powiedziała, że jak przyjdzie ksiądz, to będzie nas pytał z książki do religii, bo tam na końcu są takie modlitwy i on ma nas odpytać i postawić nam oceny – piszczała Lola na jednym wdechu – A ja ich nie umiem! Nie umiem w ogóle żadnej wcale i tylko znam Pożegnanie!!! –

Teraz zamarłyśmy już totalnie spłoszone:

– Jakie pożegnanie, skarbie? – spytała moja mama ostrożnie

– No, to takie, w imię ojca…co trzeba taki krzyżyk zrobić…- zbyła nas niecierpliwie Lola, wciąż na dnie rozpaczy.

Aaaa, to pożegnanie…No i po kłopocie. Nie sądziłam, że będę musiała solennie zapewniać Lolę, że na pewno nie przyjmiemy księdza po kolędzie, ale nie narzekam:-) Wygląda na to, że szkolna religia powolutku odziera moją córkę ze złudzeń.

Zgadnijcie, co się stało

Plusy dodatnie

1. Będę miała czas dla dzieci

2. Będę miała czas dla siebie nie wyrywając go z czasu dla dzieci

3. Będę miała czas dla męża nie wyrywając go z czasu dla siebie

4. Będę miała czas na kopanie ogródka, dzięki czemu mój ogródek będzie pięknym ogródkiem

5.  Nareszcie się wyśpię

6. Oszczędzę na benzynie mnóstwo pieniędzy

7. Będę miała czas na wydawanie tych pieniędzy

8. Będę miała porządek w domu

9. Przeczytam wszystkie zaległe książki z własnych półek i z biblioteki

10. Odnowię  stare przyjaźnie

Plusy ujemne

1. Dzieci będa miały po miesiącu dość mojej ciągłej obecności i dadzą mi to do zrozumienia

2. Nie będzie mi się nic chciało robić dla siebie, bo i po co?

3. Mój mąż nie będzie już tak się mną zachwycał, bo będę ciągle siedzieć w domu i narzekać

4. W depresji nawet nie wychylę nosa do ogródka, a w ogóle to po co mi ogródek

5. Bezsenne noce z powodu stresu

6. I dobrze, że oszczędzę, bo nie będzie kasy

7. j/w – jakich pieniędzy,kobieto?

8. Też mi argument, po co mi porządek?

9. Zapadnę się intelektualnie i będę czytać wyłącznie „Chwilę na romans”

10. Stracę kontakt z fajnymi, mądrymi ludźmi, z którymi też już się zaprzyjaźniłam.

 

To się chyba nazywa ambiwalencja uczuć.

 

 

Jak widzicie

Poddałam się w kwestii szablonu. I żadne tłumaczenie sobie, że czcionka większa, że kolory ładne, i że estetyka przyjemna dla oka nie pomagało. Za każdym razem, kiedy otwierałam bloga, patrzyłam nerwowo, czy to na pewno mój. Chyba jestem niereformowalna.

Od kilku dni nurzam się w chandrze. Tylko że to nie jest chandra, na która pomoże czekolada i rozmowy z Freudem. Tylko nagromadzenie okoliczności, które wybiło mnie z codziennego rytmu życia.

Bardzo niefajna sytuacja w najbliższej rodzinie, która zmusiła mnie do ponownego stawienia czoła najbardziej bolesnej traumie mojego dzieciństwa.

Śmierć dziewczyny, której nigdy nie poznałam. Ale która od roku była obecna w moim życiu. Na swoim blogu, który czytałam, i na moim własnym. Bezsensowna, niepotrzebna śmierć, która nie wiedzieć czemu, mocno wytrąciła mnie z równowagi.

Sytuacja w pracy. Którą prawdopodobnie niedługo stracę. Nie boleję nad tym specjalnie, praca to tylko praca, zwłaszcza że ta moja już od pewnego czasu nie dawała mi zbyt wiele radości. Ale całe to myślenie o odpowiedzialności za innych, na przykład za opiekunkę Loli, która z moich pieniędzy utrzymuje całą rodzinę, mnie wykańcza. I perspektywa powrotu, choćby czasowego na garnuszek męża, a ja przyzwyczaiłam się już być samodzielna i samofinansująca się.

Złapałam się na tym, ze siedzę wieczorami z książką na kolanach i odpływam myślami w przeróżne strony, chaotycznie błądząc po morzu hipotetycznych ewentualności, możliwości i rozwiązań. To chyba jakiś myślowy proces samonaprawczy. Mam nadzieję, że zregeneruję się na tyle szybko, żebyście nie odczuli zbyt boleśnie skutków ubocznych. Postaram się nie marudzić (wiem, Lo-ko, jak tego nie lubisz:-)) tylko szybciutko wziąć się w garść.

 

Drogi Panie Freud

Do:

Zygmunt Freud, Odmęty Piekieł Dla Psychoanalityków

Drogi Zygmuncie,

Dziękuję za Twoją ostatnią odpowiedź na dręczące mnie pytanie. Teraz już rozumiem, co oznacza cyklicznie śniący mi się strażak w spodniach na szelkach, trzymający  w ręku garść makaronu, która krzyczy głosem Loli – ratunku, pali się. To wiele zmieniło w moim życiu osobistym…

Teraz chciałabym pozawracać ci głowę (swoją drogą, bez przesady, cóż Ty masz tam do roboty?) innym problemem: Jak to się dzieje, że sama nie widzę siebie tak wyraźnie, jak widzą mnie inni? Przecież lustro i wieloletnia obserwacja powinny uczynić ze mnie poniekąd eksperta od mojej własnej psychiki. Dlaczego więc ludzie, którzy znają mnie z krótkich tekścików wrzucanych do bloga, znają mnie lepiej niż ja sama?

Trochę mnie to martwi, bo: primo – oznacza, że sama nie wiem, jak funkcjonuję, secundo – że pomimo to wszyscy naokoło widzą to doskonale.

Przeczytałam jeszcze raz uważnie wszystkie komentarze do mojego ostatniego wpisu (rzuć okiem, Zygmuncie, proszę) i widać jak na dłoni: ONI mnie znają. I załapali od razu, że moje zblazowanie i bufonada pokrywają dość żałosne kompleksy i poczucie niższości. I to, że jestem jak Lola – mieszanką egocentryzmu (wszyscy będa na mnie zwracać uwagę) i niskiej samooceny (i nie spodoba im się to, co zobaczą)

Żałosna i krępująca obserwacja, nieprawdaż? Sądzisz, że z czasem (bo że z wiekiem, to bym nie liczyła) wyleczę się z tego? W końcu sam przyznaj, że nasz długoletnia znajomość pozwoliła mi wyzwolić się na wielu różnych płaszczyznach, na przykład już nie boję się iść do fryzjera ani lekarza, a raz nawet wystąpiłam publicznie przed dużą widownią i nie posikałam się z tego powodu…

Proszę tylko, nie sprowadzaj wszystkiego do urazów dzieciństwa ani kompleksu Elektry, ani do obsesji węża ogrodowego, słowo daję, nie o to chodzi!

I daruj sobie to, co już stwierdził mój mąż po przeczytaniu komentarzy: bo do ciebie to sami inteligentni ludzie piszą (bo on był tendencyjny).

Pozdrawiam, Twoja  Asia

PS. Pytasz, co z balem? Dziwne, Zygmuncie, możesz to sobie porozważać w wolnej chwili: przeprowadziłam z mężem dyskusję, która dowiodła, że chyba jesteśmy całkiem dobrym małżeństwem. Ja zaczęłam mówić, że dobrze, pójdę i spoko, a mój mąż zaczął mówić, że rozumie i że naprawdę nie muszę i też spoko, nie ma problemu…Po osiągnięciu całkiem przeciwstawnych stanowisk niż na początku zgodziliśmy się, że pójdzie sam mąż, a ja pójdę na następną, trochę mniejszą imprezę, ze śpiewem na ustach. Naprawdę dziwne to wszystko…

 

Niech żyje bal…

Mąż. Niby nic, a wieczne utrapienie. A taki się spokojny wydawał na początku. A teraz, co chwila nowy wyskok…

Mąż chce, żebym poszła z nim na Bal Dziennikarzy. Ja chętnie pójdę z mężem na koniec świata (jeśli będę miała wygodne buty, nie będę musiała nieść Loli na barana i na końcu świata będzie czekać kanapa i kocyk) ale już na taki bal to niekoniecznie. Nie, wróć, w ogóle, pod żadnym pozorem i straszliwie nie chcę iść na ten bal! Odmawiam konsekwentnie już od dziesięciu lat. Mąż sięga po coraz intensywniejsze środki nacisku. Nie posunął się jeszcze do przekupstwa i przemocy, ale zaczął operować, dość sprawnie, przyznaję, szantażem emocjonalnym: gdybyś mnie kochała, wiedziałabyś, że to dla mnie ważne i poszłabyś bez problemu.

Lubię męża. Nie lubię szantażu. Nie lubię bali. Co robić?!

Oto krótka ankieta celem zmotywowania mnie do: a) dania stanowczego odporu okupantowi b)złamania się i pójścia na bal.

Minusy:

konieczność spędzenia wieczoru i połowy nocy w towarzystwie gromady pretensjonalnych snobów ubranych w kosztowne stroje, z których nie znam absolutnie nikogo (bo starannie dobieram sobie znajomych)

kilkugodzinna konieczność utrzymania na twarzy radosnego uśmiechu, a na nogach szpilek

 wysoce prawdopodobna konieczność grzecznościowej konwersacji (nie lubię, choć sobie radzę) i nawet, o zgrozo,  tańca (nie lubię i definitywnie nędznie sobie radzę)

przymus zorganizowania opieki nad małoletnimi, czego z różnych bardzo osobistych względów na razie wolałabym uniknąć

kilkugodzinna konieczność utrzymania w pamięci skojarzenia nieznanej twarzy z nieznanym imieniem lub nazwiskiem (dla mnie, uwierzcie, mega wyczyn, na co dzień zmagam się z tego rodzaju demencją, która nie pozwala mi kojarzyć twarzy z imieniem przez dłuugi czas)

występowanie jako Żona Swojego Męża, czego z całego serca nienawidzę, bo czuję się wtedy jak umiarkowanie pasująca i dość tandetna spinka przy wytwornym smokingu

Plusy:

sprawienie przyjemności mężowi, który definitywnie zasługuje na sprawianie mu przyjemności

darmowy alkohol (ale i tak nie mogę nadużyć, bo wypadnę z roli albo ze szpilek)

mogę szantażować męża tym balem przez następny rok przy każdej możliwej sposobności:-)

Pomożecie mi podjąć decyzję? Nie mówię, że od razu w podskokach się zgodzę, ale przyda mi się obiektywne spojrzenie na balowy problem.