koń, jaki jest

Bardzo rzadko wychodzę. W sensie sama, bez dzieci i męża. A jeśli już, to zazwyczaj celem załatwienia wszelakich spraw niecierpiących zwłoki. Galopujące poczucie winy nie pozwala mi zbyt często obarczać moimi dziećmi dziadków, a jeszcze rzadziej mogę nimi obarczyć prawowitego ojca.

Ale w niedzielę…Acha, kochani, w niedzielę ledwie doczekałam, kiedy mąż wrócił z wyjazdu służbowego, po czym pospiesznie zażadałam przetransportowania mnie na ROZRYWKI. Tu chylę czoła, ponieważ mąż bez słowa sprzeciwu mnie zawiózł, dał kasę na zabawę (no co, w końcu, bezrobotna jestem) i zaakceptował chęć spożycia trunków a co za tym idzie, przywiezienie mnie z powrotem.

Po raz pierwszy, lecz, zapewniam was, nie ostatni, poszłam na wyścigi konne. Z kolegami z pracy, bo u mnie na wsi nie znamy tak wyrafinowanych sposobów spędzania czasu. Służewiec znałam do tej pory wyłącznie z książek Chmielewskiej i czułam się podekscytowana jak dziecko w sali zabaw.

Słuchajcie, bawiłam się fantastycznie. Nie wiem, jaki miał w tym udział systematycznie podnoszony we krwi poziom alkoholu, ale typowanie koni jest fascynujące. Wprawdzie Krzyś, który jako jedyny z nas na wyścigi chadza w miarę regularnie, nie zawsze chyba rozumiał nasz tok myślowy, ale to przecież było oczywiste.

– Cycero, musimy postawić na Cycerona, przez sentyment do moich studiów –

– Nie, Elektro Beat, z takim imieniem będzie leciał jak szatan –

– Żartujesz, tylko Mały Kapral, takie imię zobowiązuje! –

Poza typowaniem na imię odchodziło typowanie wizualne:

– Świetny tyłek –

– Ale nogi! –

– Kurczę, nerwowy jakiś, popatrz, dwóch go prowadzi –

– Ale fajna, żółta uzda –

Przy czym czasami patrzyłyśmy na konie, czasami na dżokejów.

Po długich i cierpliwych tłumaczeniach Krzysia udało mi się nawet połapać, jak się obstawia konie, chociaż do końca nie byłam pewna, czy pani w kasie nie wybuchnie śmiechem, kiedy mamrotałam przejęta:

– Porządek w kółko proszę –

 Naiwność debiutanta popłaca, bo wprawdzie wydałam trochę pieniędzy, ale prawie tyle samo wygrałam:-) Przynajmniej tak mi się wydaje, bo piwo trochę zaburzało mi procesy myślowe.

Ponieważ udało nam się skończyć wieczór fajną kolacją i jeszcze większą ilością piwa, do domu wróciłam w stanie przejściowym – czyli perfekcyjna precyzja ruchów połączona z tak potoczystą elokwencją, że spokojnie mogłabym wystąpić na wiecu wyborczym i wygrać.

Następnym razem…następnym razem mam zamiar wygrać tyle, żeby mi wystarczyło na taksówkę do domu. To tak na początek. Albo wpadnę w hazard, albo w alkoholizm. Czyż życie nie jest piękne i pełne nowych wspaniałych możliwości?

wydaję wojnę

Wydaję wojnę przyrodzie ożywionej. Na świecie jest za dużo zwierząt, zwłaszcza tych niedużych. W ogóle nie wierzę w te ginące gatunki, no chyba, że wszystkie walczą o przetrwanie w moim ogrodzie.

Pająki porozpinały sieci, które podstępnie włażą mi do gęby, kiedy przechodzę między drzewami. Mszyce zeżarły mi róże i wiciokrzew. Ślimaki opchnęły moją sałatę, no, może nie do końca, ale zostawiły część, hmm, toaletową…A wątpię, żeby ślimacze odchody dodawały wartości odżywczej sałacie.. Żuczki wydepilowały mi śliwy do gołych nerwów (moich i drzewek). I jeszcze te, no, poskrzypki – one robią w liliach dziury! A przędziorki? Och, o mafii przędziorkowej mogłabym napisać tomy, zroszone łzami nad losem biednych kwiatków.

Pisałam już o komarach? Nie? No właśnie, komary….I ich przyjaciółki, meszki. Zgrana drużyna. Jedne atakują ramiona. Kiedy podrywasz się, żeby odgonić natrętów, zespół numer dwa wpija się w twoje łydki i pod kolana. Brrr.

Te większe stworzenia też nie lepsze. Chyba za dobra jestem, bo najwyraźniej sielskie życie Półkota i Tego W Łaty (nowy półkot ogrodowy) było niczym folder turystyczny dla wszystkich okolicznych futrzaków. Mój ogród przypomina teraz kocią Marszałkowską. Futra śmigają w prawo i w lewo, w kocimiętce jest wygniecione gniazdo, na które chyba zrobiły zapisy, bo jeden taki rudy pilnuje, kto teraz wchodzi. Parapety są oblepione futrem i śladami łapek. Co najgorsze, leją! Bezczelnie obsikały  mi fotele ogrodowe, co , jak rozumiem, miało być  zamiennikiem ręcznika, który rzucamy na leżak, żeby zająć sobie miejsce.

Niedawno siedziałam sobie na tarasie, usiłując ignorować ogólny harmider przyrodniczy, czyli wszystko, co mi brzęczało, bzykało i mruczało naokoło głowy.  Tłusty, czarny kocur, któy wylegiwał się przed tarasem,  z godnością dźwignął się z trawy, po czym kołyszącym krokiem udał się do garażu. Wyszedł po chwili, wyraźnie zadowolony i rozwalił się w kocimiętce. Nie minęło pięć minut, kiedy w jego ślady poszedł następny. Ja zaintrygowana, za nimi. Nie musiałam długo węszyć, żeby odkryć przyczynę tych przechadzek. Noż kurczę, toaletę sobie zrobiły!

Dość tego! Dość mojego bezsilnego pacyfizmu! Jeszcze chwilę, i dojrzeję do rozwiązań skrajnych. Skończy się pieczołowite zbieranie ślimaków do wiaderka i zanoszenie na łąkę. Skończy się zbieranie cholernych żuczków i poskrzypków, żeby sobie pożyły pod lasem. Skończy się kocie Forum Romanum. W cholerę! DDT wypuszczę na towarzystwo! Albo i coś gorszego! Tylko się zastanowię, czy przypadkiem w ten sposób nie zaszkodzę jaszczurkom. I tej małej ropuszce z kompostu. I pszczołom. No, i biedronkom. W sumie – ślimakom też, bo Lola je kocha. Zapomniałam, że kocha też pająki…

Ale sikanie musi się skończyć! Czy wystarczy, jeśli z nimi poważnie porozmawiam? I przedstawię opcję darmowej kuwety przy tarasie? Plus drinki gratis?

drobne kłopoty

Aktualnie jestem zaabsorbowana małoletnimi, bo pod koniec roku szkolnego, jak zwykle, komplikują sobie ( i mnie przy okazji) życie.

W zeszłym roku Misiek o tej porze złamał sobie palec u nogi. W tym postawił poprzeczkę wyżej, i coś sobie zrobił z kolanami. Na razie diagnozujemy, czyli chodzimy od ortopedy do ortopedy i wyważamy ich sprzeczne wyroki. Do tej pory przerobiliśmy już jałową martwicę kości, syndrom kogoś tam, chondrocośtam i zapalenie rzepek. Jako optymistka póki co trzymam się ostatniej diagnozy, bo jest najłatwiejsza w obsłudze.

Misiek w przeciwieństwie do mnie okazał się pesymistą – uczepił się diagnozy, która absolutnie wyklucza nie tylko wyczynową, ale w ogóle jakąkolwiek grę w piłkę.

Młody gra w piłkę od sześciu lat, trenuje w regularnym  klubie i odcięcie go od kopania jest niefajne. Z drugiej strony wolałabym, żeby przestał na razie grać i nie wylądował za rok na stole operacyjnym.

Póki co, Misiek emanuje rozgoryczeniem i frustracją. A ponieważ od trzech tygodni nie był na treningu i nie miał gdzie wyładować energii, wylewa swoje żale na cały świat ze szczególnym uwzględnieniem matki i siostry, bo są pod ręką. Wykończy mnie chłopak jak nic, bo powoli wyczerpuje się moja słynna matczyna cierpliwość.

Lola na nawrót ataków astmy, bez żadnej możliwej do wyjaśnienia przyczyny. Przynajmniej szkoła się kończy i nie będę wzywana znowu na dywanik, czemu posyłam do szkoły dziecko z zapaleniem oskrzeli. A póki co, wesolutko sobie kaszlemy. Wrrr.

Ogarniam to wszystko między pracą, za którą dostanę kasę dopiero za miesiąc, bo ktoś się spóźnił z oddaniem rachunku i robotami domowo – ogrodniczymi. Chwilowo (mam nadzieję) jestem zagoniona i zmęczona. I nieco poirytowana. Ale co tam, zaczął się czerwiec i nie mogę się bez końca irytować, kiedy kwitnie jaśmin.

 

 

pudełeczko i małpy

Czyli moja niedziela. Nakręcona postKingowską paranoją na tle męża zabójcy, postanowiłam zejść rzeczonemu z oczu, kiedy wróci z Londynu. Rzecz jasna, nie bałam się, że mnie zaciuka natentychmiast na oczach strwożonych dziatek, no, ale jakiś komentarz mógłby wygłosić, gdyby przypadkiem przeczytał bloga (robi to czasami, twierdząc, że w ten sposób dowiaduje się, co u mnie słychać).

Poszłyśmy więc z Lolą do ZOO, w towarzystwie dziadka jako asysty. Z samą Lolą, gdyż Misiek nie ma odzwierzątkowej obsesji i generalnie zwierzęta go nie ekscytują. Jakże niesłusznie, gdyż okazało się, że mamy z nimi wiele wspólnego. Przykleiłyśmy się z Lolą do szybki, za którą siedział okazały goryl płci męskiej i oglądał TV. Nie były to rozgrywki sportowe „szympansy kontra orangutany”, ale jakieś obrazki  z życia – goryle iskały się, konsumowały gałęzie i ogólnie akcja jako żywo przypominała polskie seriale obyczajowe. Parę kroków od goryla siedziała jego małżonka, lekko znudzona i sfrustrowana brakiem zainteresowania. Od czasu do czasu rzucała w niego garścią piachu, w złudnej nadziei, że chłop oderwie się od ekranu. Ale on oczywiście totalnie ją ignorował.

Wróciłyśmy z ZOO bardzo późno. Zgadnijcie, o co najpierw zapytał mąż? Tak, zszedł ze schodów z miną spłoszoną i niedowierzającą (acha, winny!) i spytał:

– Kochanie, czy ja dobrze widzę? Poukładałaś mi skarpetki? –

– No, bo..jak by ci tu…no wiesz, bo.. –

Poddałam się. Przecież w życiu mu tego nie wytłumaczę.

– Wiesz co, po prostu przeczytaj sobie na blogu, to zrozumiesz –

Mąż przeczytał. Wstał i popatrzył na mnie lekko osłupiały, po czym wziął mnie za rękę i zawlókł na górę.

– Nie, nie, ja naprawdę nie chcę wiedzieć – jęknęłam, bo przecież jak będę wiedziała, to nasze życie się zmieni, i nie daj Boże, będę musiała go zrzucić ze schodów, jak u Kinga, a naprawdę jest miłym człowiekiem…

– Jakie do licha pudełeczko? Ach, to. No masz, popatrz sobie. W sumie to nie mam pojęcia, czemu to tutaj leży. Dostałem kiedyś w prezencie i musiałem odruchowo wrzucić do szafy. To chyba powinno leżeć przy orzechach, nie? –

Mąz  wyłuskał z pudełka mały zgrabny przyrządzik do otwierania orzechów. I popatrzył na mnie, zdaje się, że z lekkim politowaniem.

No, ale tak sobie myślę, że powinnam raczej poukładać w jego skrzynce z narzędziami:-)

czarna bezgwiezdna noc

„Czy wiedziała o nim wszystko? Oczywiście, że nie. Tak samo, jak on nie wiedział wszystkiego o niej(………)ale po dwudziestu siedmiu latach miała przekonanie, że wiedzą o sobie to, co jest ważne. To było udane małżeństwo, jedno z około pięćdziesięciu procent, które przetrwało tak długą drogę. Wierzyła w to niepodważalnie, jak wierzyła, że grawitacja trzyma ją przy ziemi, kiedy szła chodnikiem. Aż do tamtego wieczora w garażu.”

W którym to garażu miła pięćdziesięciolatka przypadkiem odkrywa, że jej równie miły, troskliwy mąż jest seryjnym mordercą, który uśmiercił w ciągu kilkudziesięciu lat sporą ilość kobiet.

Się zdenerwowałam z letka. Jako szczęśliwa od lat osiemnastu żona miłego, łagodnego,uporządkowanego człowieka. Bo to takie..przekonujące było. Bo wiecie, on miał takie małe pudełko w garażu, gdzie ona nigdy nie zaglądała. I w tym pudełku miał dokumenty tych lasek, co to je ukatrupił w wyrafinowany sposób. Bo on często wyjeżdżał, ten jej mąż. Niby że służbowo. Całkiem jak mój. I takie sympatyczny był, prezenty jej kupował i w ogóle. Całkiem jak mój. Ale garaż odpada. W garażu rządzę ja, bo tak mam swoje doniczki i ziemię do kwiatków. Poza tym jest za ciasny i za brudny na ukrywanie dowodów zbrodni.

Celem rozładowania negatywnych myśli zaczęłam wycierać kurz na półkach w szafie. Czego nigdy nie robię, bom leniwa. Poza tym przez te wszystkie lata, kiedy jestem żoną męża, nie interesowałam się jego garderobą w stanie złożonym, w sensie że na półce. Ani mu nie kupuję, ani nie układam, co najwyżej uprane skarpetki wcisnę do szuflady. Mężowska strona szafy jest zatem moim terra incognita.

No i tak wycieram, i myślę. A moje myśli są w ogóle nieposłuszne i mamroczą: powinnaś uporządkować mężowi skarpetki i pidżamy. Na pewno ci za to podziękuje i doceni twój żoniny trud (albo będzie cię chciał uśmiercić za poznanie mrocznych tajemnic skrytych między skarpetami). Uporządkowałam. Znalazłam zabłąkany sznurek i spinki do koszuli. Powinnaś poskładać mężowi pidżamy, to na pewno umocni wasz związek (albo znajdziesz skalpy ostatnich ofiar). Wśród pidżam były tylko skarpetki. Ośmielona odważyłam się zapuścić ściereczkę na półkę z tshirtami. Puk. Małe pudełko. Za małe na skalpy. Akurat na zakrwawione dokumenty ofiar. Się boję, i trzymam to pudełko tak, jakbym trzymała zdechłego skunksa. I myślę, myślę. No i po co mi to było, to całe sprzątanie? Odłożyłam troskliwie pudełeczko między tshirty. A niech tam, pomyślałam smutno, życia im nie zwrócę. A mąż taki miły…Ciekawa sprawa, bo właśnie wyjechał. Do Londynu. Gdybyście przeczytali o niewyjaśnionych morderstwach w okolicach Londynu w ciągu najbliższych 48 godzin, proszę, NIE piszcie mi o tym. Gdybyście przeczytali o gwałtownej śmierci Asi spod Warszawy, to znaczy, że mąż przeczytał ten wpis.

PS Moja aktualna paranoja ma związek z genialnymi minipowieściami Kinga „Czarna, bezgwiezdna noc”. Przeczytałam na jednym wdechu i zapłodniłam wyobraźnię. Jak widać skutecznie:-)

Polecam – albo i nie. To się okaże.

Jak straż z Inką trzymałam

Wczorajszy wieczór. Wszyscy już spali, a ja siedziałam zwinięta w kłębek i czytałam wzruszającą historię ślepego kota Homera („Odyseja kota imieniem Homer”), machinalnie głaszcząc Inkę, rozłożoną na moich kolanach. O północy – co do minuty, poderwał nas przeraźliwy huk. Łupnęło okno, zaraz potem drzwi do dziecięcych pokoi. Na zewnątrz szalało istne tornado. Poleciałam ratować rodzinę, za mną Inka z uniesionym wysoko ogonem.

W pokoju Miśka przez otwarte okno wdzierał się wściekły wiatr. Zasłony furkotały, książki pospadały z biurka. Ja rzuciłam się do okna, a Inka od razu na łóżko ratować Miśka – czyli szturchnąć go w twarz celem sprawdzenia czynności życiowych. Misiek przekręcił się na bok, powiedział: – chyba sobie żartujesz, nie oddam ci tej piłki i nie musisz tak głośno krzyczeć – po czym owinął sobie głowę kołdrą i spał dalej.

Lola spała rozłożona jak lemur na słońcu, z szeroko rozłożonymi rękami i nogami. Nawet nie drgnęła, kiedy zamykałam tłukące się okno, przykrywałam ją kołdrą, a Inka wskoczyła jej na brzuch, żeby sprawdzić, czy wszystko OK.

Mąż, jak to on, spał na wznak, starannie i symetrycznie przykryty nieskazitelnie rozprostowaną kołdrą. Inka poleciała do drzwi balkonowych („no zamknij to, kobieto, bo się biedaczek przeziębi”), po czym wskoczyła na męża, żeby upewnić się, że jej ulubiony głaskacz oddycha. Uratowałyśmy męża i poleciałyśmy ratować dobytek.

Huśtawka na tarasie jeździła jak na lodowisku, obrus furkotał, doniczki się powywracały. No ludzie, co jest? Tornado w Polsce centralnej?

Złapałam się za stopę, bo w ciemnościach huknęłam o hulajnogę. Przeklęłam brzydko. Potem wlazłam w przewróconą doniczkę. Zdjęłam pokrowce w foteli ogrodowych. Przeklęłam raz jeszcze, tym razem sprytne małe rączki, które starannie zasupłały sznurki od poduszek z huśtawki. Ale w szale misji ratunkowej czułam się zdeterminowana. Klęknęłam po ciemku, w pidżamie, w totalnej ciemności i hulającym wietrze, żeby te supełki porozwiązywać, a Inka latała poirytowana wokół mnie, bo nie wiedziała, o co mi chodzi.

Nareszcie. Wróciłyśmy do domu i zamknęłam ostatnie okno. Otarłam pot z czoła, a Inka zaczęła wylizywać zmierzwione futerko. Uff, odpoczynek wojowników…

– To co, mała, kieliszeczek mleka czy nalewki?

Strzeliłyśmy po kielichu i noga w nogę pomaszerowałyśmy do łóżka. Ale jesteśmy bohaterki, nie?:-)

PS Czy to było jakieś ogólniejsze zjawisko, ta wczorajsza nocna wichura, czy jakiś lokalny ewenement?

lista

Jutro  mam całodniową wizytę (wizytację?) teściów. Plus siostra męża z rodziną na dokładkę. A w niedzielę – komunię mojego ulubionego siostrzeńca. Co gorsza, w przypływie uczuć rodzinnych siostra uczyniła mnie niegdyś jego chrzestną. I podwykonawczynią usług piekarniczo kulinarnych na przyjęcie komunijne.

W związku z tym moja lista na dzisiaj wygląda tak:

kraw.szmata

kosm. paznok.

wszys. do ciasta

i na grill. piersi? papr. węg.?

denty.

lek.

apt.

kosz. tr.

posprz.

Misiek urodz. kol.

Lola – wyciecz. odebrać

Gdyby nie moje listy, czułabym się zagubiona. A w taki dzień jak dzisiaj po prostu bym przepadła w wirze zadaniowo organizacyjnym. Z mojej torebki nieustannie wysypują się listy zadań, zakupów, planów i Bardzo Ważnych Spraw. Bez nich czuję się jak dziecko we mgle. Każde zadanie dopiero gdy jest wciągnięte na którąś z rozlicznych list nabiera mocy urzędowej.

Teraz tylko muszę zrobić listę B, żeby ustawić to wszystko po kolei: czy najpierw kosz. tr, czy tez nie zdążę i muszę jechać do lek. a potem do apt., a potem dopiero kosz. I kiedy zacząć piec te cholerne ciasta? Mam nadzieję, że teściowie wybiorą się jutro po grillu na dłuugi spacer, bo inaczej będzie kicha. I nie zdąże z kraw. szmata, co oznaczałoby brak baldachimu na huśtawkę podczas wizyty teściów. Jakże to tak, takie niedopatrzenie?

Cała spięta, mogę wykreślić przynajmniej: poskarż. się na bl.

 

tak trochę o niczym

– Wiesz, muszę ci powiedzieć, że ta lektura jest nie tylko nudna, ona nie ma wartości edukacyjnych – Misiek męczył od godziny „Robinsona Crusoe” i nie chciał mi uwierzyć, że od połowy robi się ciekawie – przecież ten Robinson był straszny i zupełnie nie słuchał rodziców –

Zadziwiające, że zwrócił uwagę ten drobny szczegół, który mnie na przykład zupełnie nie utkwił w pamięci. Małoletni w ogóle  zaskakują mnie ostatnio dojrzałym spojrzeniem na świat.

– Mam do ciebie takie pytanie – mina Loli była śmiertelnie poważna, wręcz ponura – oczywiście, wiem, że się nie zgodzisz, ale pomyślałam: co mi szkodzi zapytać –

Po tym wstępie byłam już ugotowana, ale z równie poważną miną powiedziałam

– Przypuszczam, że masz rację, ale co mi szkodzi wysłuchać –

– Czy mogę iść do Kasi? –

Litości! Kasia ostatnio jest w naszym domu punktem zapalnym, co tam, ona jest istnym ogniskiem.

Jedna z Sióstr Zza Płotu, przyspawała się do Loli na mur. Co powoduje, że spędza u nas codziennie długie godziny, z rzadka zapraszając Lolę do siebie. Sama nie wiem, co wolę. Czy Kasię u nas, czyli pokój wywalony do góry nogami, hałas, rozpierduchę i niestosowanie się do moich nakazów i zakazów. Czy Lolę u Kasi, co powoduje, że nigdy nie wiem, co moje dziecko tam zobaczy czy usłyszy. Ostatnio wróciła od niej i siadła na kanapie bardzo zamyślona:

– Wiesz, mamo, to dziwne, ale mama Kasi strasznie jej nie lubi. Nie wiedziałam, że można nie lubić swojej córki. I strasznie brzydko do niej mówi –

Przyznaję, że jeśli chodzi o Siostry Zza Płotu, moja ogólnodzieciowa wyrozumiałość mocno kuleje. Ze względu na nieustannie przewalający się w domu tłum przyjaciół moich dzieci, musiałam wprowadzić kilka prostych zasad, które pozwolą mi przeżyć ten dziecięcy tajfun:

– rozwalamy tylko część zabawek na raz

– pojemność trampoliny to maksymalnie 4 dwunastolatków

– wszyscy słuchają pani Hani dokładnie tak jak mnie

– nie jemy przy komputerze i nie grzebiemy bez pytania w lodówce, bo to mnie wkurza

– więcej niż dziesięcioro gości na raz generuje trudny do zniesienia hałas, więc albo jest was dużo i siedzicie cicho, albo przychodzicie na raty

Siostry ignorują zasady, wzorem wyniesionym z domu ignorują panią Hanię, a mnie słuchają, kiedy podnoszę głos.A kiedy spuszczam je z oka, robią, co im do głowy wpadnie.

Kasia mnie męczy,  co jest o tyle dziwne, że zasadniczo dzieci mnie nie męczą, co więcej, nauczyłam się ich praktycznie nie zauważać:-) Dlatego bywam czasami dla niej nieco mniej życzliwa niż normalnie. Miewam w związku z tym wyrzuty sumienia, że powinnam być cierpliwa, wyrozumiała i przekazywać odpowiednie wzorce. Ale w sumie dlaczego miałabym się męczyć, skoro to żadna patologia społeczna, tylko niewłaściwe wychowanie?

– Wiesz co – westchnęłam zrezygnowana – już lepiej posiedźcie u nas. Tylko przy pierwszej próbie grzebania w moich kosmetykach Kasia wraca do domu, OK? Czy ty naprawdę tak lubisz Kasię, że spędzacie ostatnio tyle czasu razem? –

– W sumie – przyznała Lola – nie za bardzo, bo ciągle muszę po niej sprzątać. Ale co ja poradzę, jak ona tak bardzo chce? –

Czy to nie są dorosłe już dylematy? Jak być asertywnym, ale nie robić komuś przykrości?

Ladacznica i inne trudne słowa

Misiek aktualnie pochłania jakiś stary, jeszcze z moich młodzieńczych zasobów, cykl fantasy. Dzięki czemu w łatwy i przyjemny sposób poszerza swoją wiedzę o świecie.

 Kilka dni temu zszedł ze schodów z książką w łapie (Czy już nadszedł czas,żebym mu opowiedziała o tym, czym się kończy czytanie w takich okolicznościach? Czyli spierdzieleniem się ze schodów i trwałym urazem kolana? I ogólnym potłuczeniem, z powodu którego nie chodziłam do szkoły przez tydzień? A, nie, tego mu nie powiem, bo zacznie latać po tych schodach z góry na dół).

Misiek zastygł na dolnym stopniu i rzucił mi nieobecne spojrzenie:

– To bardzo ciekawa książka, mamo. Nareszcie dowiedziałem się, co to znaczy ladacznica –

Po tym obwieszczeniu przemieścił się na fotel i zatopił się ponownie w lekturze. A ja w popłochu przypomniałam sobie, że w tej książce było jeszcze jedno malutkie kazirodztwo, kilku bękartów i taki tyciutki przypadek pedofilii…..Oj, się chłopakowi słownik poszerzy!

Ale nie ma tego złego, bo dzisiaj mieliśmy doskonały przykład na to, że wiedza książkowa przydaje się w życiu codziennym.

Jechaliśmy szosą lubelską na urodzinowy obiadek do teściowej. Szosa ta słynie z tego, że pobocza pełne są atrakcyjnych, skąpo odzianych pań. Dzisiaj było ich jakby więcej niż zazwyczaj.

Misiek po dłuższej obserwacji nie wytrzymał i spytał tatusia:

– Czemu one tak tu stoją? Czekają na coś? –

Tatuś się przez moment zawiesił, szukając odpowiednich określeń, więc przyszłam mu z pomocą:

– Pamiętasz, jak odkryłeś znaczenie słowa ladacznica? No..to właśnie..te, no, ladacznice są. I tu pracują –

– Acha, OK –

Misiek poczuł się usatysfakcjonowany wyjaśnieniem i tematu nie drążył.

Też się poczułam usatysfakcjonowana.  Wiedziałam, że  książki mogą mi się kiedyś przydać w praktyce rodzicielskiej:-)

jeśli dziś piątek, to jesteśmy w…

Nie pisałam wczoraj, bo mnie powalił jakiś paskudny śródziemnomorski wirus. Myślałam, że się rozejdzie po kościach, ale on wlazł głębiej i cały wczorajszy dzień spędziłam gorączkując, charcząc i rzężąc. Nie czułam się na siłach, sorry.

Nie wiem, skąd przypuszczenie, że byliśmy w Rzymie. Owszem, jechaliśmy do Włoch, ale w nieco innym kierunku, do Genui. Nasz obłąkany plan zakładał spędzenie uroczego tygodnia na wyrafinowanym statku żeglującym po Morzu Śródziemnym. Słabe punkty założenia: relaksujący tydzień z dziećmi…i relaksujący tydzień na statku pełnym ludzi.

Statek był ogromny.statek

Ogromny, że aż strach. Przestałam się gubić mniej więcej piątego dnia. Za to szybko przestałam się bać, że dzieci się potopią, bo musiałyby się nieźle rozpędzić.

Na statku było pełno żywiołowych, rozkrzyczanych Włochów. Nie żebym coś miała do tej nacji, mili ludzie, tylko tak jakby więcej ich widać i słychać niż na przykład Anglików. Przy okazji przypomniałam sobie dobitnie, że jestem typem samotnika i taka ilość ludzi na zamkniętej przestrzeni wywołuje u mnie odruch panicznej ucieczki.

Na statku były baseny i jacuzzi, orgia wszelakiego żarcia, cowieczorne występy i kasyno. Małoletni okazali  się światowcami. Lola entuzjastycznie i żywiołowo reagowała na przedstawienia, na szczęście wtapiając się tym samym we włoski tłum. Misiek, konserwatysta jedzeniowy, odkrył, że ananasy, kiwi i inne owoce sa jadalne. Z dużym rozczarowaniem odnotował jednak fakt, że dzieci nie mogły grać w kasynie. Nie powiem, żeby nas z mężem to akurat zmartwiło…I tak nie wypłacimy się z długów po tych wakacjach.

Generalnie nie korzystaliśmy jednak z tych rozrywek zbyt dużo, bo mąż na duszę skauta i solidnie nas przeczołgiwał w każdym kolejnym porcie. Co dzień innym.

Wizytę w Neapolu wykorzystaliśmy, żeby spełnić nasze marzenie i przejść się po ulicach Pompejów.

pompeje

Ponieważ z racji studiów mniej więcej orientuję się jeszcze w temacie, czułam się naprawdę szczęśliwa, włócząc się po wąskich uliczkach, odcyfrowując łacińskie napisy i przekładając książkową wiedzę na prawdziwe budowle. Ale frajda!

Palermo, które oglądaliśmy następnego dnia, wzbudziło w nas mieszane uczucia. Z jednej strony niezła architektura

palermo

Z drugiej obrazki jak z filmów gangsterskich

palermo 2

Jednak wrażenie psuł wszechobecny kurz z pylących akurat pinii, który grubą warstwą osadzał się na samochodach, zabytkach, obiektywie aparatu i na zębach. Trochę zniechęcające.

Najciekawsza o dziwo okazała się Majorka. Jednak ci niemieccy emeryci wiedzą, co robią. Taka sobie niepozorna wysepka, a przyroda genialna. Wynajęliśmy samochód, żeby oddalić się od tych wszystkich kurortów i ruszylismy w góry.

majorka

Przy okazji przypomniałam sobie, że mój lęk wysokości ma się dobrze. Kiedy jechaliśmy tą drogą, byłam w stanie nieomal histerii, wracając siedziałam z zamkniętymi oczami i płakałam. Lola pocieszająco klepała mnie po ramieniu, całkowicie niewzruszona wobec przepaści i urwisk, a ja umierałam. Widok na końcu drogi wynagrodził mi częściowo przeżyty stres

majorka 2

Gigantyczna żwirowa dolina na skraju morza, zamknięta wąskim przesmykiem i wysokimi skałami, w których pełno było tajemniczych jaskim. Miejsce jak z filmu fantasy. Tylko wrócić trzeba było tą samą drogą….

Barcelona zachwyciła mnie i zmęczyła. Palma di Majorka jest piękna, ale w taki wypreparowany, turystyczny sposób, Barcelona sprawia wrażenie, jakby stała od zawsze i kolejne pokolenia po prostu wtapiają się w główny nurt.

 barcelona

Czas na największe rozczarowanie. Marsylia widziana okiem Asi okazała się brudna, hałaśliwa i żarłoczna.

marsylia

Ale może to ze względu na fakt, ze ja generalnie nie przepadam za Francją. Jakieś głupie uprzedzenia, wiem, ale co ja na to poradzę.

W każdym razie wracaliśmy na statek schetani jak konie pociągowe i padaliśmy bez sił. A myślałam, że to nie będą aktywne wakacje. Muszę jednak przyznać, że małoletni okazali się wzorowymi podróżnikami, jedyną marudzącą czasem osobą byłam ja. Nawet Lola dzielnie przetuptała nieskończoną ilość kilometrów, ściskając w garści Pana Giuseppe, który z podziwu godnym bohaterstwem wspinał się na najwyższe szczyty

giuseppe

 Zrobiliśmy milion zdjęć, wypiliśmy hektolitry mineralnej i schodziliśmy sandały do gołej podeszwy. Właściwie to o to nam chodziło. Z grubsza. Chyba. Następnym razem zamawiam samotną palmę na bezludnej wyspie. Ale na krótko, bo jednak co rodzina, to rodzina:-)