jeśli dziś piątek, to jesteśmy w…

Nie pisałam wczoraj, bo mnie powalił jakiś paskudny śródziemnomorski wirus. Myślałam, że się rozejdzie po kościach, ale on wlazł głębiej i cały wczorajszy dzień spędziłam gorączkując, charcząc i rzężąc. Nie czułam się na siłach, sorry.

Nie wiem, skąd przypuszczenie, że byliśmy w Rzymie. Owszem, jechaliśmy do Włoch, ale w nieco innym kierunku, do Genui. Nasz obłąkany plan zakładał spędzenie uroczego tygodnia na wyrafinowanym statku żeglującym po Morzu Śródziemnym. Słabe punkty założenia: relaksujący tydzień z dziećmi…i relaksujący tydzień na statku pełnym ludzi.

Statek był ogromny.statek

Ogromny, że aż strach. Przestałam się gubić mniej więcej piątego dnia. Za to szybko przestałam się bać, że dzieci się potopią, bo musiałyby się nieźle rozpędzić.

Na statku było pełno żywiołowych, rozkrzyczanych Włochów. Nie żebym coś miała do tej nacji, mili ludzie, tylko tak jakby więcej ich widać i słychać niż na przykład Anglików. Przy okazji przypomniałam sobie dobitnie, że jestem typem samotnika i taka ilość ludzi na zamkniętej przestrzeni wywołuje u mnie odruch panicznej ucieczki.

Na statku były baseny i jacuzzi, orgia wszelakiego żarcia, cowieczorne występy i kasyno. Małoletni okazali  się światowcami. Lola entuzjastycznie i żywiołowo reagowała na przedstawienia, na szczęście wtapiając się tym samym we włoski tłum. Misiek, konserwatysta jedzeniowy, odkrył, że ananasy, kiwi i inne owoce sa jadalne. Z dużym rozczarowaniem odnotował jednak fakt, że dzieci nie mogły grać w kasynie. Nie powiem, żeby nas z mężem to akurat zmartwiło…I tak nie wypłacimy się z długów po tych wakacjach.

Generalnie nie korzystaliśmy jednak z tych rozrywek zbyt dużo, bo mąż na duszę skauta i solidnie nas przeczołgiwał w każdym kolejnym porcie. Co dzień innym.

Wizytę w Neapolu wykorzystaliśmy, żeby spełnić nasze marzenie i przejść się po ulicach Pompejów.

pompeje

Ponieważ z racji studiów mniej więcej orientuję się jeszcze w temacie, czułam się naprawdę szczęśliwa, włócząc się po wąskich uliczkach, odcyfrowując łacińskie napisy i przekładając książkową wiedzę na prawdziwe budowle. Ale frajda!

Palermo, które oglądaliśmy następnego dnia, wzbudziło w nas mieszane uczucia. Z jednej strony niezła architektura

palermo

Z drugiej obrazki jak z filmów gangsterskich

palermo 2

Jednak wrażenie psuł wszechobecny kurz z pylących akurat pinii, który grubą warstwą osadzał się na samochodach, zabytkach, obiektywie aparatu i na zębach. Trochę zniechęcające.

Najciekawsza o dziwo okazała się Majorka. Jednak ci niemieccy emeryci wiedzą, co robią. Taka sobie niepozorna wysepka, a przyroda genialna. Wynajęliśmy samochód, żeby oddalić się od tych wszystkich kurortów i ruszylismy w góry.

majorka

Przy okazji przypomniałam sobie, że mój lęk wysokości ma się dobrze. Kiedy jechaliśmy tą drogą, byłam w stanie nieomal histerii, wracając siedziałam z zamkniętymi oczami i płakałam. Lola pocieszająco klepała mnie po ramieniu, całkowicie niewzruszona wobec przepaści i urwisk, a ja umierałam. Widok na końcu drogi wynagrodził mi częściowo przeżyty stres

majorka 2

Gigantyczna żwirowa dolina na skraju morza, zamknięta wąskim przesmykiem i wysokimi skałami, w których pełno było tajemniczych jaskim. Miejsce jak z filmu fantasy. Tylko wrócić trzeba było tą samą drogą….

Barcelona zachwyciła mnie i zmęczyła. Palma di Majorka jest piękna, ale w taki wypreparowany, turystyczny sposób, Barcelona sprawia wrażenie, jakby stała od zawsze i kolejne pokolenia po prostu wtapiają się w główny nurt.

 barcelona

Czas na największe rozczarowanie. Marsylia widziana okiem Asi okazała się brudna, hałaśliwa i żarłoczna.

marsylia

Ale może to ze względu na fakt, ze ja generalnie nie przepadam za Francją. Jakieś głupie uprzedzenia, wiem, ale co ja na to poradzę.

W każdym razie wracaliśmy na statek schetani jak konie pociągowe i padaliśmy bez sił. A myślałam, że to nie będą aktywne wakacje. Muszę jednak przyznać, że małoletni okazali się wzorowymi podróżnikami, jedyną marudzącą czasem osobą byłam ja. Nawet Lola dzielnie przetuptała nieskończoną ilość kilometrów, ściskając w garści Pana Giuseppe, który z podziwu godnym bohaterstwem wspinał się na najwyższe szczyty

giuseppe

 Zrobiliśmy milion zdjęć, wypiliśmy hektolitry mineralnej i schodziliśmy sandały do gołej podeszwy. Właściwie to o to nam chodziło. Z grubsza. Chyba. Następnym razem zamawiam samotną palmę na bezludnej wyspie. Ale na krótko, bo jednak co rodzina, to rodzina:-)

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s