Jak straż z Inką trzymałam

Wczorajszy wieczór. Wszyscy już spali, a ja siedziałam zwinięta w kłębek i czytałam wzruszającą historię ślepego kota Homera („Odyseja kota imieniem Homer”), machinalnie głaszcząc Inkę, rozłożoną na moich kolanach. O północy – co do minuty, poderwał nas przeraźliwy huk. Łupnęło okno, zaraz potem drzwi do dziecięcych pokoi. Na zewnątrz szalało istne tornado. Poleciałam ratować rodzinę, za mną Inka z uniesionym wysoko ogonem.

W pokoju Miśka przez otwarte okno wdzierał się wściekły wiatr. Zasłony furkotały, książki pospadały z biurka. Ja rzuciłam się do okna, a Inka od razu na łóżko ratować Miśka – czyli szturchnąć go w twarz celem sprawdzenia czynności życiowych. Misiek przekręcił się na bok, powiedział: – chyba sobie żartujesz, nie oddam ci tej piłki i nie musisz tak głośno krzyczeć – po czym owinął sobie głowę kołdrą i spał dalej.

Lola spała rozłożona jak lemur na słońcu, z szeroko rozłożonymi rękami i nogami. Nawet nie drgnęła, kiedy zamykałam tłukące się okno, przykrywałam ją kołdrą, a Inka wskoczyła jej na brzuch, żeby sprawdzić, czy wszystko OK.

Mąż, jak to on, spał na wznak, starannie i symetrycznie przykryty nieskazitelnie rozprostowaną kołdrą. Inka poleciała do drzwi balkonowych („no zamknij to, kobieto, bo się biedaczek przeziębi”), po czym wskoczyła na męża, żeby upewnić się, że jej ulubiony głaskacz oddycha. Uratowałyśmy męża i poleciałyśmy ratować dobytek.

Huśtawka na tarasie jeździła jak na lodowisku, obrus furkotał, doniczki się powywracały. No ludzie, co jest? Tornado w Polsce centralnej?

Złapałam się za stopę, bo w ciemnościach huknęłam o hulajnogę. Przeklęłam brzydko. Potem wlazłam w przewróconą doniczkę. Zdjęłam pokrowce w foteli ogrodowych. Przeklęłam raz jeszcze, tym razem sprytne małe rączki, które starannie zasupłały sznurki od poduszek z huśtawki. Ale w szale misji ratunkowej czułam się zdeterminowana. Klęknęłam po ciemku, w pidżamie, w totalnej ciemności i hulającym wietrze, żeby te supełki porozwiązywać, a Inka latała poirytowana wokół mnie, bo nie wiedziała, o co mi chodzi.

Nareszcie. Wróciłyśmy do domu i zamknęłam ostatnie okno. Otarłam pot z czoła, a Inka zaczęła wylizywać zmierzwione futerko. Uff, odpoczynek wojowników…

– To co, mała, kieliszeczek mleka czy nalewki?

Strzeliłyśmy po kielichu i noga w nogę pomaszerowałyśmy do łóżka. Ale jesteśmy bohaterki, nie?:-)

PS Czy to było jakieś ogólniejsze zjawisko, ta wczorajsza nocna wichura, czy jakiś lokalny ewenement?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s