Będą młodym psychoanalitykiem…

Wbrew pozorom przeczytałam bardzo uważnie wasze zwierzenia. No i co z tego wynika, jak bojowo spytała Porcella? A co ja, psychoanalityk?:-) Ale  spodobało mi się szukanie zbieżności…

Zafascynował mnie na przykład fakt, że niemal wszystkie preferujecie spodnie (bo ja też). Nie rozumiem, dlaczego w takim razie tyle spódnic wisi w sklepach, a dobrze dopasowanych portek trzeba szukać, jak z przeproszeniem, świnia trufli!

Zauważyłam też, że wąż w dalszym ciągu ma kiepski PR, a zaznaczam, ze niesłusznie. Wąż, wbrew pozorom, jest absolutnie rozkoszny w dotyku, jak welurowa rękawiczka. I nie kończy się tak szybko , jak mysz:-)

Czekoladę rozumiem i podzielam. A jadłyście kiedyś czekoladę z nadzieniem krówkowym? Ja raz i zemdliło mnie na dwa dni…

Zabrakło też skowronków. Same sowy, a wręcz nietoperze…(co tłumaczyłoby sympatię do myszy)

Nie udało mi się znaleźć korelacji (a to dopiero byłoby interesujące) między temperamentem a preferencją co do dolegliwości. Bo na logikę, to choleryk na przykład zniesie katar, a unieruchomienie go wykończy nerwowo. A taki flegmatyk położy się z książką i poczeka, aż mu nóżka wydobrzeje. Ale coś mnie metoda badawcza zawiodła:-)

A ten nastolatek to dla pociechy chciałam…w sensie że wybierzecie go zamiast niemowlaka, co podniesie moje podupadłe morale i przekona mnie, że przecież było gorzej, jak ząbkował…I w sumie prawie wam się udało:-)

Co do męża/kochanka, to wolę się nie tłumaczyć (jeszcze mąż przeczyta), ale wy już wiecie, że każda kobieta czasem się nad tym zastanawia!

Bardzo, bardzo dziękuję wszystkim, którym chciało się wysmażyć odpowiedzi!

no to bawimy się w pytania i odpowiedzi

Sięgnęłam do głębi mojego jestestwa (czyli, jak widać po poziomie zagadnień, dość płytko) i wywlokłam stamtąd ( z tej głębi rzecz jasna) pytania, które mnie dręczą i zajmują czas na przykład przy prasowaniu. Dlatego też jestem naprawdę zainteresowana odpowiedziami…

1.pomidorowa z ryżem czy makaronem?

2. mąż czy kochanek? (owszem, jedno nie wyklucza drugiego, ale co wydaje się wam bardziej pociągające w posiadaniu?)

3. basen czy morze do kąpieli?

4.spódnica czy spodnie?

5. Coehlo czy Wiśniewski? (no wiem, wiem….ale wyobraźcie sobie, że macie na półce tylko tych dwóch autorów)

6. ranek czy wieczór?

7. ząbkujące niemowlę czy wrogo nastawiony do świata nastolatek jako współmieszkaniec?

8.czekolada czy krówki?

9.katar czy skręcona kostka?

10. temperament flegmatyka czy sangwinika? (wasz, ofkors)

11. do głaskania – wąż czy mysz?

 

I z rozmachem wzywam do odpowiedzi: Joanqę, Kobietęwkryzysie, Greenbabę i Dirk5, która się trochę kryguje, że niedoświadczona, ale gdzie ma zdobywać doświadczenie, jak nie w warunkach bojowych?

Jeśli ktoś nie ma bloga, albo ochoty produkować się na swoim, chętnie poczytam odpowiedzi w komentarzach ( jak już zaznaczyłam, serio jestem ciekawa, co napiszecie)

Jedenaście niewinnych pytań

Mam podejrzenia, że nikogo nie zafascynują moje odpowiedzi, więc od razu czuję lekko zażenowana. Ale nie mogłam się oprzeć  zaproszeniu Greenbaby, no bo bądźmy szczerzy, kto nie lubi ględzić o sobie, zaspokajając swój egocentryzm pod płaszczykiem zabawy? Skrupulatnie więc odpowiadam na pytania:

1. Komedia romantyczna czy horror?

Ba! Horror rzecz jasna. Krwawe jatki mnie śmieszą, te o duchach przerażają do szpiku kości. Tak czy siak, emocje są. Na komediach romantycznych z zasady usypiam.

2. Wino czy piwo?

Ze wstydem przyznaję, że ja w ogóle strasznie mało piję. Z drugiej strony, jak już piję, to z rozmachem, więc może średnią wyrabiam? Jeśli już, to wino. Białe, wytrawne, zimne, mmmm…

3. Książka czy gazeta?

Książki. Grube książki. W wydaniu papierowym. Dużo książek. Artykuł w gazecie jest za krótki, żeby czytanie w ogóle miało sens.

4. Obiad z przyjaciółmi w domu czy w restauracji?

W restauracji nie muszę gotować. Ani podawać do stołu. Ani zmywać. Więc dlaczego do licha spotykam się z przyjaciółmi wyłącznie w domu? I to w moim domu?

5. Na deser lody z owocami czy ciastko z kremem?

Hmm. Lody lubię. Ale bez owoców. Ciastka kocham. Ale bez kremu. No i co wybrać? Duże brownie albo szarlotkę z lodami albo…oj, zaczynam się ślinić, niedobrze.

6. Urlop – hotel/plaża/basen/bar czy objazd kilku różnych miejsc?

Objazd kilku barów:-) A serio – w opcji numer jeden wytrzymuję dwa dni, potem konam z nudów. Najchętniej opcja łączona – wynajęty pokój plus woda plus różne miejsca do objechania.

7. Sporty zespołowe czy indywidualne?

Ja nawet w zuchach wytrzymałam tylko miesiąc. Jako skrajna i do bólu indywidualistka ze sportów zespołowych akceptuję jedynie pływanie synchroniczne i to w TV, bo mogę w trakcie oglądania leżeć na kanapie….Nie mogę nawet chodzić na fitness, bo zniechęca mnie myśl o powtarzaniu tych samych ruchów, co reszta grupy. Siłownia mi chyba zostaje…

8. Prace domowe czy pielęgnacja ogrodu?

Ogród. Zamiast siłowni. Powtarzalność i nikła skuteczność pracy w domu skutecznie mnie do niej zniechęca. A jak człowiek pomacha grabiami i łopatą, zaczyna widzieć świat we właściwych proporcjach. Poza tym – mój ogród mnie kocha i jestem mu potrzebna. Nie czuję tego odzewu ze strony brudnych zasłonek i kurzu pod kanapą….

9. Włosy długie czy krótkie?

Na innych kobietach – krótkie. Na sobie, od lat dłuższe, co najmniej do ramion. W krótszych, ku mojemu ubolewaniu wyglądam dość paskudnie. A marzy mi się fryzurka na chłopczycę…

10. Bransoletka czy kolczyki?

Bransoletki są piękne, ale uciążliwe, pisać w nich nie potrafię i drapią mnie w nadgarstek. Tylko kolczyki. Długie, wiszące,  kolorowe. Jestem jak sroka. Kocham tanie błyskotki.

11. Boże Narodzenie czy Wielkanoc?

Chyba się narażę, ale Wielkanoc. Boże Narodzenie straciło dla mnie magię ładnych parę lat temu. Trochę mi tego żal,że stałam się taka pragmatyczna. Wielkanoc to wstęp do najpiękniejszej pory roku. Poza tym wolę mazurki i jajka niż bigos i pierogi.

 

No. I teraz mam kłopot, bo z tego, co widzę, chyba wszyscy znajomi już przemielili się w tym łańcuszku. Kogo więc mam dręczyć? Czy ktoś się czuje pominięty? Halo? Czy ktoś chciałby ujawnić światu swoje tajemnice? Jakby co, dajcie znać. Wymyślę pytania:-)

k mi nie wchodzi

Czasu nie  miałam. Cały ubiegły tydzień pracowicie zarabiałam na waciki i może jeszcze krem (raczej Ziaja niż Dior, niestety). A  mój staruszek laptop ma jakieś przewlekłe zapalenie klawiatury i „k”  nie wchodzi. Wchodzi znaczy, jak walnę kciukiem i złapię po drodze sąsiednie klawisze. To niedobry moment, jeśli recenzuje się polski scenariusz, gdzie cytaty siłą rzeczy wyglądały tak „.urwa, dlaczego  s.urwysyny te .urewskie .oła mi zdjęli?”. Nawet nie wiecie, jakie to się stało skomplikowane, taki zwykły blogowy wpis….

Nic to, chyba zacznę powoli sugerować mężowi bolesną konieczność wymiany sprzętu.

A mąż, pytacie? Mąż zasadniczo ozdrowiał. Nawet już się ze mną zdążył pokłócić, więc liryczny okres czułej pielęgniarki i znękanego pacjenta mamy szczęśliwie za sobą.

No ale do licha, JAK można tak obelżywie wyrażać się o True Blood? To, że krew tryska i po podłodze toczą się odcięte głowy, nie przekreśla przecież zasadniczych walorów tego pouczającego serialu. A czołówka jest prze-ge-nial-na! I żaden mąż nie będzie mi tu imputował patologicznych odchyłów kory mózgowej, które według niego sa potrzebne do zniesienia takiej ilości juchy na ekranie.

Na razie mąż wyjechał. Natychmiast po uzyskaniu informacji od onkologa, że chwilowo może uważać się za zdrowego, spakował się i znikł do czwartku. Spokojnie, tylko na delegację. Wróci (tak myślę… bo nie zabrał ulubionych butów i Ipada).

Zasadniczo czuję pewną ulgę. Od dłuższego czasu mam wrażenie, że bez przerwy stoję przy garach (a to dopiero człowieka odmóżdża, nie taki uroczy serialik). Żywienie mojej rodziny stało się skomplikowane jak definicje w książce do fizyki.

Misiek jada na kilogramy, ale wąską grupę potraw. Lola nie je mięsa, i generalnie jada raczej w homeopatycznych ilościach. Mąż nie lubi większości rzeczy, które jadają dzieci, w dodatku ostatnio starałam się go rozpieszczać zdrowymi, ale lubianymi daniami. Ja od trzech miesięcy jestem prawie weganką. Jadam raz na tydzień jajko albo rybę, a poza tym same warzywa i kasze (teraz macie odpowiedź, jak udało mi się schudnąć…).

W związku z tym rozrzutem gotuję niemal bez przerwy, zazwyczaj trzy obiady dziennie i dostaję już lekkiego świra. Jeszcze nie wpadłam na pomysł, jak to wszystko sharmonizować, więc chwilowa nieobecność męża w porze obiadowej oznacza jeden posiłek mniej, jakkolwiek wrednie to zabrzmi:-). Ech, i tak znowu od pół godziny tłucze mi się po głowie pytanie: czym dziś nakarmić małoletnich?

nie za bardzo

Nie jest dobrze, psze państwa, wcale nie jest dobrze, a właściwie coraz gorzej.

Mąż od dwóch dni spoczywa horyzontalnie w łóżeczku i ledwie zipie. Spionizowanie męża wiąże się z natychmiastowym przybraniem barwy sinozielonej, w której jest mu wyjątkowo nie do twarzy. Gotuję więc sofciarskie pakiety żywieniowe, typu – rozciapciana zupka dyniowa z kluseczkami albo łazanki z przecierem jabłkowym, mąż się chwilowo pionizuje i zaczyna się wyścig. Czy zdąży zjeść, zanim zzielenieje – mąż, a nie zupka, rzecz jasna.

Ale generalnie słabo jest na razie. Zwłaszcza, że biedak pada z bólu głowy, a nie wiedzieć czemu, odmawia wzięcia Ketonalu. Chyba mu sproszkuję i do zupki podam chytrze.

Małoletni trochę się przemykają po domu, żeby ojca nie męczyć, ale i tak dają radę zbroić, co trzeba.

Czy wiecie, co się stanie, jeśli postawicie zapaloną świeczkę pod szklaną półeczką? Ja już wiem. I Misiek wie. W związku z tym mąż nawet go nie opieprzył, kiedy usłyszał potworny łomot pękającego szkła. Stwierdził filozoficznie, że można to uznać za kosztowne doświadczenie fizyczne, i Misiek z pewnością nie zrobi tego więcej.

No, na pewno nie zrobiłby, gdyby wraz z półeczką stłukły się wszystkie moje perfumy, które na niej stały. Zamordowałabym potomka z zimną krwią, i tyle. Ale że perfumy przeżyły, Misiek ma szansę rehabilitacji.

Czy wy też macie dosyć tej pogody? Nie mogę pojąć, co sobie myśleli moi rodzice, kiedy poczynali mnie w terminie niechybnie wskazującym na listopad jako termin rozwiązania….Czy nie byłoby przyjemniej przyjść na świat w maju? Albo wrześniu? Doprawdy listopad jest pomyłką tej strefy klimatycznej. Kiedy już wygram w Totka, będę wyjeżdżać na Bali – od listopada do lutego. I będzie milusio.

kac i kulawe pyzy

Mam z głowy Bolka i Lolka. Teraz tylko muszę chodzić ze wzrokiem wbitym w ziemię, żeby nie dojrzeć na drodze jakiejś zabłąkanej Toli. Po telefonicznej konferencji z panią z kociego azylu bracia w sobotę zostali zapakowani do kontenerka i wywiezieni z powrotem do azylu. W sobotę, bo to dzień adopcji. A kiedy pani zobaczyła te tłuste, odkarmione brzuszki, ufne oczęta i błyszczące futerka, powiedziała, że znajdzie im domy w ciągu paru godzin. Co też uczyniła, ku mojej bezmiernej uldze i radości…Lola cieszyła się nieco mniej, ale przynajmniej nie płakała rzęsistymi łzami, czego się w duchu bałam. Grunt, że trochę spokoju wreszcie będzie.

Mąż miał wczoraj chemię. Naszpikowany zarówno tajemniczymi substancjami, jak z wiedzą z Internetu wrócił, siadł i pogrążył się w obserwowaniu swego wnętrza. Twierdził, że to naukowa ciekawość. Mnie jednak nieodparcie kojarzył się z ciężarną, wsłuchaną w pierwsze hipotetyczne kopnięcia. Mąż był w idealnej formie, jednakowoż dość niespokojny. Niepokoił go mianowicie fakt, że czuł się DOBRZE. Bo takiego przypadku Internet nie odnotował.

Na szczęście dzisiaj wstał z ulgą, że jednak nie odbiega od normy. Mega kac – tak generalnie można opisać stan po chemii. Mąż pije hektolitry wody i cierpi regulaminowo i zgodnie z Internetem, co na pewno nieco koi jego naukową dociekliwość. Tym bardziej, że jak rozumiem, czuje się ciutkę rozżalony. Bo, trzymając się analogii położniczych, TAKI kac bez pijaństwa, to jak ciąża bez seksu. Niby wszystko OK, a człowiek ma wrażenie, że coś go ominęło.

A ja spieprzyłam koncertowo pyzy. Pierwszy raz w życiu chciałam zrobić. Pracochłonne to cholerstwo jak nie wiem. Ale to dla męża (tu Asia szlocha rozdzierająco), z miłości chciałam zrobić, żeby mu regenerację umilić.

I dupa. Narobiłam się przy farszu. W końcu zmieszałam te surowe ziemniaczki, z tymi gotowanymi, z jajeczkiem i paroma łyżkami mąki. Mieszam. Glut. Więcej mąki – więcej gluta. Wsypałam PÓŁ KILO  tej przeklętej mąki i nic, między palcyma przecieka jak błoto z ogródka. Prędzej zrobiłabym z tego okłady na cellulit niż zawinęła choć łyżkę nadzienia.  Miałam w desperacji wyciepać całość na kompost, ale mąż litościwie zasugerował ugotowanie w tej ciapowatej postaci. Ugotowałam gluty metodą klusek kładzionych. Wyglądały o-hyd-nie! Ale okazało się, że pokrojone w plasterki i podsmażone są jadalne, a nawet smaczne.

Acha – gdyby ktoś chciał pouczyć mnie, co źle zrobiłam…to już wiem. Ale bez przesady. To naprawdę taka wielka różnica, że dałam mąkę pszenną zamiast ziemniaczanej?!

Bolek i Lolek

Ameryka ma Sandy, a my mamy śnieg. Zaje..tego..fajnie.

Jak prąd zdechł w sobotę w południe, to się był reanimował w niedzielę wieczorem. A tu u nas, panocku, jak w Dziadach (ciemno wszędzie, co to będzie). W kominku buzowało, aż miło, i dzięki temu nie zamarzliśmy. Myć się ostatecznie nie trzeba, wszak do Bożego Narodzenia jeszcze daleko. A ponieważ gotowanie odpadało, przynajmniej zasiliśmy budżety okolicznych knajp.

Tyle plusów. Z minusów – nękające mnie poczucie winy za zaległą recenzję płynnie podążyło za mną w poniedziałek, kiedy i tak z trudem odgarniałam rzeczywistość spod nóg.

Rzeczywistość najbardziej namolnie pchała mi się przed oczy pod postacią dwóch małych, milusich  koteczków, roboczo nazwanych przez mnie Bolek i Lolek. Bracia wylądowali w ogródku moich rodziców, wprost z błękitnego nieba albo, jak przyziemnie sugerował ojciec, ze śmieciarki. Zgarnęłam koty z ogródka i zawiozłyśmy z Lolą do kociego azylu, gdzie pani poinformowała mnie, że musiałaby te kocięta trzymać pod sufitem, bo miejsca brak. Po czym zaproponowała, że mogłybyśmy potrzymać kotki z tydzień, aż znajdą się chętni do adopcji.

No i trzymamy. Jak zwykle, nie byłam w stanie skonfrontować się z błagalnymi oczami Loli. Bolek i Lolek pochłaniają połowę mojego budżetu na kocie żarcie, przemianę materii mają, aż miło kuwetę czyścić, i są naprawdę milutkie.

Tylko w głowie kołacze mi myśl – co ja zrobię, jak nikt ich nie zechce w najbliższym czasie?

Mąż, aczkolwiek życzliwie nastawiony do poturbowanych przez los kolesi, Kategorycznie ( przez bardzo duże K) odmówił zwiększenia pogłowia kotów w naszym domu.

W sumie nie dziwię mu się. Napycham teraz pięć kocich żołądków, które pakują przed zimą jak kulturyści. Przestaję wyrabiać finansowo….No i cholernie to czasochłonne się stało. Karmić, sprzątać, wpuścić, wypuścić. I tak w kółko. Piszę więc ogłoszenia w tonie z deczka błagalnym, uruchamiając cały swój talent literacki do poruszenia ludzkich serc. Jak to jest, że ja zawsze wpakuję się w coś takiego, do licha?

A mąż wczoraj miał scyntygrafię. Dumnie obwieścił, że ma połowiczny okres rozpadu po sześciu godzinach, więc po powrocie do domu nadal opromieniał nas blaskiem swej chwały i izotopów. Na wszelki wypadek nie tuliłam go do łona zbyt czule…jeszcze na mnie te rady czy polony przeskoczą. Ale z daleka bardzo mu współczułam:-)

 

 

na szybko

Chodzi za mną. Od miesiąca. Niespodziewanie wyskakuje mi w uchu i w mózgu w zupełnie niespodziewanych sytuacjach. A nie oglądałam już sto lat, więc nie wiem, o co biega…

Mąż zaczyna chemię za 10 dni. Wyczytałam się informacji po dziurki w nosie i zaraz mogę robić habilitację z chemioterapii. Mam syndrom pacjenta – im więcej czytam, tym bardziej się boję. Mąż za to, odkąd przeczytał, że niekoniecznie straci bujne pukle i że może nawet po wlewach sam wracać do domu, jakby poweselał. Ale w sumie to nawet nie ma czasu, żeby się martwić, fakt.

Strasznie dużo ostatnio się dzieje. Niemal równocześnie z operacją przewaliło nam się jak burza parę niespodziewanych i dziwnych życiowych zwrotów, które wymagają szybkiego działania. Zaczęłam robić sobie listy, o czym muszę pogadać z mężem, jak już wróci z roboty, i lecę po punktach, kiedy biedak przełyka obiad. Czysty romantyzm w związku.

A w szafce leżą Amaretti i zaraz oszaleję. Mam nieopanowany pociąg do Amaretti i prawie już zlizałam nadruk na folijce (no dobra, pół paczki zjadłam, są jakieś granice ludzkiej  wytrzymałości).

Oraz – kupiłam trzy (trzy!!) ogromne dynie. Nie mogłam się powstrzymać, bo tanie były, i teraz się zastanawiam, jak długo taką dynię można przechowywać. Bo w zamrażarce mi się nie zmieści, ni hu..ni huhu! Ja je chyba na wszelki wypadek zeżrę w dowolnej formie. Przynajmniej nie będę się martwić, że się zepsują.

Jedna pójdzie na lampion halołynowy.

Wprawdzie Misiek złowieszczo poinformował mnie, że u nich w szkole wisi kartka „Świętowanie Halloween to otwieranie drzwi Szatanowi”, ale chyba zaryzykuję. Zresztą, pogoda ostatnio taka, że nawet szatana żal, jakby tak stał pod drzwiami i pukał….

Druga – w formie paćki, na zupkę. Fanatyczni zwolennicy wersji słodkiej, czyli mąż i Lola dostaną swoją dolę, a ja zjem na ostro, mmm, może z mleczkiem kokosowym? I jeszcze na tartę dyniową wystarczy. Bo Lola planuje imprezę. W menu – mrożona ręka upiora w soku, paluchy czarownicy i gałki oczne w galaretce. Ciasto będzie jak znalazł…

Ale co z trzecią, to już nie wiem. Jedyna szansa, że jakiś czas wytrzyma na strychu. 

Miałam napisać, jak było w centrum onkologii, gdzie byłam z mężem na badaniach, ale jak widać, nie mogę. Nigdy nie wierzyłam w bełkot o złej energii budynków, ale po godzinie w tamtym szpitalu byłam wręcz fizycznie chora. Boję się o tym pisać, myśleć i pamiętać. Więc nie będę. Na złość.

 

opera jezd gupia

W kieckę się zmieściłam aż do przesady. Znaczy, zamiast mi się wszystko wylewać, to z deczka utonęłam w niej. Mała czarna posiada dekolt rozmiaru xxl, o czym zapomniałam na śmierć (gdyż albowiem nigdy jej nie nosiłam wcześniej), i ten dekolt, niestety, zamiast opinać się na powabnych krągłościach, smętnie mi powiewał bokami. Pomijając fakt, że pod żadnym pozorem nie mogłam się schylić nawet odrobinę, żeby nie epatować widokiem mojego biustu i reszty organów aż do pępka. No, nie był to widok zasługujący na taniec zwycięstwa, chociaż mąż zdawał się anormalnie podekscytowany moim widokiem…

Co więcej, był poruszony zaglądaniem w mój dekolt do tego stopnia, że zgodził się wyjść po pierwszej połowie, kiedy go o to błagałam. Co tam taniec zwycięstwa, ja byłam skłonna publicznie paść na kolana i żebrać, żeby tylko stamtąd uciec.

Panie, panowie – uroczyście oświadczam, że nigdy więcej nie pójdę na operę. A już na pewno nie reżyserowaną przez Trelińskiego. Wciąż mam gęsią skórkę. Dlaczego na biletach nie było ostrzeżeń?

„Tylko dla dorosłych”, „Tylko dla ludzi o stalowych nerwach”, „Zabronione dla epileptyków”, „Zakaz wstępu dla osób wrażliwych na urodę języka ojczystego”.

Muzyka – jak to Puccini. Znaczy w moim rozumieniu – fabuła pomiędzy telenowelą i opowiadaniami gazetowymi z poczekalni u dentysty. Ale arie i te tam, takie inne – bardzo wdzięczne do słuchania przy goleniu nóg albo zarabianiu drożdżowego.

Scenografia rodem z koszmaru. Stacja metra i ławeczki – na początku myślałam, że to miejski szalet, ale jednakowoż nie – pociągi przejeżdżały, co w szaletach rzadko miewa miejsce.

Gołe cycki statystek OK, niech sobie latają po scenie, ale czemu na boha, te nieszczęsne rozebrane laski były obandażowane i o kulach? Nie wiem, czy moja konkluzja (publiczne obnażanie się prowadzi do okaleczeń) była zgodna z zamysłem reżysera. I czemu główna bohaterka, choć na szczęście nie w gipsie,  cały czas nosiła płaszcz przeciwdeszczowy? Taki symbol jesieni, czy jak?

Kulminacyjne momenty były podkreślane potwornym migotaniem i szybko zmieniającymi się godzinami na ogromnym zegarze. Gdybym miała padaczkę, już po kwadransie leżałabym z atakiem.

Ale najbardziej wstrząsający był upiorny dysonans pomiędzy tym, co widziałam, słyszałam i czytałam na tym, no, tym prompterze nad sceną:-)

Amant ściska amantkę w objęciach i krzyczy jej rozpaczliwie do ucha, wchodząc na tonacje, wywołujące gęsią skórkę.

Zważywszy na fakt, że stoją na peronie, ona jest starszawą blondynką w płaszczu przeciwdeszczowym, a on ma rozchełstany garnitur, myślę sobie:  OK, pewnie ma do przekazania rzeczy społecznie doniosłe: „walczmy wspólnie z globalnym ociepleniem”, albo „wracajmy, zostawiłem włączone żelazko”.

A tu proszę, czytam sobie tłumaczenie: „Manon, tyś cudna jak świeżo rozkwitły pąk, a twa wiośniana młodość budzi w sercu mym wzruszenie”.

Ja pitolę….

Po wdzięcznej partii chóralnej, kiedy to na scenie nieduży starszy gość zdjął szlafrok, ukazując bokserki i czarne podwiązki,  Manon w płaszczu przeciwdeszczowym skakała po nim i wciągała kokę, a gołe laski całowały się na kanapie (tekst głosił coś w stylu: Manon, jesteś cudna, baw się i tańcz, wszyscy podziwiamy twój, jakże bym inaczej, wiośniany i młodzieńczy wdzięk), zamknęłam oczy. I jakoś dotrwałam do przerwy.

Postawiłam mężowi twarde granice: kino, teatr, niech będzie i eksperymentalny, operetka, proszę bardzo, ale to wszystko, co przyswoję. Ja jestem prosty człowiek ze wsi, nie nadanżam za Kulturą.

Wróciliśmy więc. Załapaliśmy się na końcówkę Asterixa i popcornu z małoletnimi. W dresach stłoczyliśmy się kanapie i oddaliśmy się prymitywnym rozrywkom popkulturowym. Ufff! Co za ulga!

 

alarm kulturalny

Znowu! No dlaczego on mi to robi? „Manon Lescaut”. OPERA znaczy się. A wydawało mi się, że omówiliśmy ten temat przy okazji Kopciuszka. Ale mąż najwyraźniej uważa, że po prostu nie lubię patrzeć, jak ktoś sobie naciąga stawy, ale to, eee, jodłowanie przeponą, to jest zupełnie inna sprawa. Opera mnie przeraża. Oni tak..gestykulują gwałtownie i tak..no..jakby to elegancko powiedzieć..no męczą się, wydobywając z siebie te soprany i basy, ukryte gdzieś głęboko w trzewiach. Włoski na rękach mi się jeżą w pierwotnym lęku, że ZARAZ NASTĄPI WYBUCH. No, komuś w końcu coś pęknie, mówię wam. Choćby mnie. Żyłka.

Ale cóż robić..z miłości człowiek jest w stanie dokonać rzeczy wielkich.

Tym razem postanowiłam jednak wykazać się przezornością. Sprawdziłam – 2, 5 godziny! Znaczy, trzeba chyba wziąć zapasy do torebki i jakiś szal do podłożenia pod tyłek. Zatyczki do uszu chyba nie będą w dobrym tonie, prawda? Ani zakamuflowany w torebce kryminał?

Odsłuchałam też kilka arii na Youtube, żeby zyskać w oczach ten inteligentny błysk melomańskiego rozpoznania. Ojacie, jak mawiają małoletni, a myślałam, że Puccini to taka lajtowa półka. Stłumiłam przy okazji rechocik satysfakcji, kiedy mąż poirytowany rzewnym zawodzeniem z laptopa, już, już, miał poprosić o przyciszenie – i ugryzł się w język, żeby mnie nie zniechęcać, rozumiecie:-)

Są jednak dobre strony tego wieczoru. Mianowicie, uwaga, tadam, jest szansa, że zmieszczę się w jedną ze swoich dwóch wyjściowych sukienek, które zakupiłam dawno temu w nadziei, że kiedyś schudnę.

Przez ostatnie dwa miesiące schudłam dziewięć kilo. Więcej – z zadziwieniem odkryłam, że pomiędzy biustem i tyłkiem mam coś w rodzaju talii. Ekscytujące przeżycie, przyznaję, dla kogoś, kto przez ostatnie lata przemieszczał się w luźnych bluzach dresowych.

Jak wejdę w taką jedną sukienkę, która wisi w szafie od sześciu lat, odtańczę taniec zwycięstwa w holu głównym Teatru Wielkiego. Osoby wybierające się na prapremierę, upraszam o taktowne odwrócenie wzroku, jakby co oczywiście. Nie mówmy hop przed zapięciem kiecki i głębokim wydechem…