kac i kulawe pyzy

Mam z głowy Bolka i Lolka. Teraz tylko muszę chodzić ze wzrokiem wbitym w ziemię, żeby nie dojrzeć na drodze jakiejś zabłąkanej Toli. Po telefonicznej konferencji z panią z kociego azylu bracia w sobotę zostali zapakowani do kontenerka i wywiezieni z powrotem do azylu. W sobotę, bo to dzień adopcji. A kiedy pani zobaczyła te tłuste, odkarmione brzuszki, ufne oczęta i błyszczące futerka, powiedziała, że znajdzie im domy w ciągu paru godzin. Co też uczyniła, ku mojej bezmiernej uldze i radości…Lola cieszyła się nieco mniej, ale przynajmniej nie płakała rzęsistymi łzami, czego się w duchu bałam. Grunt, że trochę spokoju wreszcie będzie.

Mąż miał wczoraj chemię. Naszpikowany zarówno tajemniczymi substancjami, jak z wiedzą z Internetu wrócił, siadł i pogrążył się w obserwowaniu swego wnętrza. Twierdził, że to naukowa ciekawość. Mnie jednak nieodparcie kojarzył się z ciężarną, wsłuchaną w pierwsze hipotetyczne kopnięcia. Mąż był w idealnej formie, jednakowoż dość niespokojny. Niepokoił go mianowicie fakt, że czuł się DOBRZE. Bo takiego przypadku Internet nie odnotował.

Na szczęście dzisiaj wstał z ulgą, że jednak nie odbiega od normy. Mega kac – tak generalnie można opisać stan po chemii. Mąż pije hektolitry wody i cierpi regulaminowo i zgodnie z Internetem, co na pewno nieco koi jego naukową dociekliwość. Tym bardziej, że jak rozumiem, czuje się ciutkę rozżalony. Bo, trzymając się analogii położniczych, TAKI kac bez pijaństwa, to jak ciąża bez seksu. Niby wszystko OK, a człowiek ma wrażenie, że coś go ominęło.

A ja spieprzyłam koncertowo pyzy. Pierwszy raz w życiu chciałam zrobić. Pracochłonne to cholerstwo jak nie wiem. Ale to dla męża (tu Asia szlocha rozdzierająco), z miłości chciałam zrobić, żeby mu regenerację umilić.

I dupa. Narobiłam się przy farszu. W końcu zmieszałam te surowe ziemniaczki, z tymi gotowanymi, z jajeczkiem i paroma łyżkami mąki. Mieszam. Glut. Więcej mąki – więcej gluta. Wsypałam PÓŁ KILO  tej przeklętej mąki i nic, między palcyma przecieka jak błoto z ogródka. Prędzej zrobiłabym z tego okłady na cellulit niż zawinęła choć łyżkę nadzienia.  Miałam w desperacji wyciepać całość na kompost, ale mąż litościwie zasugerował ugotowanie w tej ciapowatej postaci. Ugotowałam gluty metodą klusek kładzionych. Wyglądały o-hyd-nie! Ale okazało się, że pokrojone w plasterki i podsmażone są jadalne, a nawet smaczne.

Acha – gdyby ktoś chciał pouczyć mnie, co źle zrobiłam…to już wiem. Ale bez przesady. To naprawdę taka wielka różnica, że dałam mąkę pszenną zamiast ziemniaczanej?!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s