na szybko

Chodzi za mną. Od miesiąca. Niespodziewanie wyskakuje mi w uchu i w mózgu w zupełnie niespodziewanych sytuacjach. A nie oglądałam już sto lat, więc nie wiem, o co biega…

Mąż zaczyna chemię za 10 dni. Wyczytałam się informacji po dziurki w nosie i zaraz mogę robić habilitację z chemioterapii. Mam syndrom pacjenta – im więcej czytam, tym bardziej się boję. Mąż za to, odkąd przeczytał, że niekoniecznie straci bujne pukle i że może nawet po wlewach sam wracać do domu, jakby poweselał. Ale w sumie to nawet nie ma czasu, żeby się martwić, fakt.

Strasznie dużo ostatnio się dzieje. Niemal równocześnie z operacją przewaliło nam się jak burza parę niespodziewanych i dziwnych życiowych zwrotów, które wymagają szybkiego działania. Zaczęłam robić sobie listy, o czym muszę pogadać z mężem, jak już wróci z roboty, i lecę po punktach, kiedy biedak przełyka obiad. Czysty romantyzm w związku.

A w szafce leżą Amaretti i zaraz oszaleję. Mam nieopanowany pociąg do Amaretti i prawie już zlizałam nadruk na folijce (no dobra, pół paczki zjadłam, są jakieś granice ludzkiej  wytrzymałości).

Oraz – kupiłam trzy (trzy!!) ogromne dynie. Nie mogłam się powstrzymać, bo tanie były, i teraz się zastanawiam, jak długo taką dynię można przechowywać. Bo w zamrażarce mi się nie zmieści, ni hu..ni huhu! Ja je chyba na wszelki wypadek zeżrę w dowolnej formie. Przynajmniej nie będę się martwić, że się zepsują.

Jedna pójdzie na lampion halołynowy.

Wprawdzie Misiek złowieszczo poinformował mnie, że u nich w szkole wisi kartka „Świętowanie Halloween to otwieranie drzwi Szatanowi”, ale chyba zaryzykuję. Zresztą, pogoda ostatnio taka, że nawet szatana żal, jakby tak stał pod drzwiami i pukał….

Druga – w formie paćki, na zupkę. Fanatyczni zwolennicy wersji słodkiej, czyli mąż i Lola dostaną swoją dolę, a ja zjem na ostro, mmm, może z mleczkiem kokosowym? I jeszcze na tartę dyniową wystarczy. Bo Lola planuje imprezę. W menu – mrożona ręka upiora w soku, paluchy czarownicy i gałki oczne w galaretce. Ciasto będzie jak znalazł…

Ale co z trzecią, to już nie wiem. Jedyna szansa, że jakiś czas wytrzyma na strychu. 

Miałam napisać, jak było w centrum onkologii, gdzie byłam z mężem na badaniach, ale jak widać, nie mogę. Nigdy nie wierzyłam w bełkot o złej energii budynków, ale po godzinie w tamtym szpitalu byłam wręcz fizycznie chora. Boję się o tym pisać, myśleć i pamiętać. Więc nie będę. Na złość.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s