Bolek i Lolek

Ameryka ma Sandy, a my mamy śnieg. Zaje..tego..fajnie.

Jak prąd zdechł w sobotę w południe, to się był reanimował w niedzielę wieczorem. A tu u nas, panocku, jak w Dziadach (ciemno wszędzie, co to będzie). W kominku buzowało, aż miło, i dzięki temu nie zamarzliśmy. Myć się ostatecznie nie trzeba, wszak do Bożego Narodzenia jeszcze daleko. A ponieważ gotowanie odpadało, przynajmniej zasiliśmy budżety okolicznych knajp.

Tyle plusów. Z minusów – nękające mnie poczucie winy za zaległą recenzję płynnie podążyło za mną w poniedziałek, kiedy i tak z trudem odgarniałam rzeczywistość spod nóg.

Rzeczywistość najbardziej namolnie pchała mi się przed oczy pod postacią dwóch małych, milusich  koteczków, roboczo nazwanych przez mnie Bolek i Lolek. Bracia wylądowali w ogródku moich rodziców, wprost z błękitnego nieba albo, jak przyziemnie sugerował ojciec, ze śmieciarki. Zgarnęłam koty z ogródka i zawiozłyśmy z Lolą do kociego azylu, gdzie pani poinformowała mnie, że musiałaby te kocięta trzymać pod sufitem, bo miejsca brak. Po czym zaproponowała, że mogłybyśmy potrzymać kotki z tydzień, aż znajdą się chętni do adopcji.

No i trzymamy. Jak zwykle, nie byłam w stanie skonfrontować się z błagalnymi oczami Loli. Bolek i Lolek pochłaniają połowę mojego budżetu na kocie żarcie, przemianę materii mają, aż miło kuwetę czyścić, i są naprawdę milutkie.

Tylko w głowie kołacze mi myśl – co ja zrobię, jak nikt ich nie zechce w najbliższym czasie?

Mąż, aczkolwiek życzliwie nastawiony do poturbowanych przez los kolesi, Kategorycznie ( przez bardzo duże K) odmówił zwiększenia pogłowia kotów w naszym domu.

W sumie nie dziwię mu się. Napycham teraz pięć kocich żołądków, które pakują przed zimą jak kulturyści. Przestaję wyrabiać finansowo….No i cholernie to czasochłonne się stało. Karmić, sprzątać, wpuścić, wypuścić. I tak w kółko. Piszę więc ogłoszenia w tonie z deczka błagalnym, uruchamiając cały swój talent literacki do poruszenia ludzkich serc. Jak to jest, że ja zawsze wpakuję się w coś takiego, do licha?

A mąż wczoraj miał scyntygrafię. Dumnie obwieścił, że ma połowiczny okres rozpadu po sześciu godzinach, więc po powrocie do domu nadal opromieniał nas blaskiem swej chwały i izotopów. Na wszelki wypadek nie tuliłam go do łona zbyt czule…jeszcze na mnie te rady czy polony przeskoczą. Ale z daleka bardzo mu współczułam:-)

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s