k mi nie wchodzi

Czasu nie  miałam. Cały ubiegły tydzień pracowicie zarabiałam na waciki i może jeszcze krem (raczej Ziaja niż Dior, niestety). A  mój staruszek laptop ma jakieś przewlekłe zapalenie klawiatury i „k”  nie wchodzi. Wchodzi znaczy, jak walnę kciukiem i złapię po drodze sąsiednie klawisze. To niedobry moment, jeśli recenzuje się polski scenariusz, gdzie cytaty siłą rzeczy wyglądały tak „.urwa, dlaczego  s.urwysyny te .urewskie .oła mi zdjęli?”. Nawet nie wiecie, jakie to się stało skomplikowane, taki zwykły blogowy wpis….

Nic to, chyba zacznę powoli sugerować mężowi bolesną konieczność wymiany sprzętu.

A mąż, pytacie? Mąż zasadniczo ozdrowiał. Nawet już się ze mną zdążył pokłócić, więc liryczny okres czułej pielęgniarki i znękanego pacjenta mamy szczęśliwie za sobą.

No ale do licha, JAK można tak obelżywie wyrażać się o True Blood? To, że krew tryska i po podłodze toczą się odcięte głowy, nie przekreśla przecież zasadniczych walorów tego pouczającego serialu. A czołówka jest prze-ge-nial-na! I żaden mąż nie będzie mi tu imputował patologicznych odchyłów kory mózgowej, które według niego sa potrzebne do zniesienia takiej ilości juchy na ekranie.

Na razie mąż wyjechał. Natychmiast po uzyskaniu informacji od onkologa, że chwilowo może uważać się za zdrowego, spakował się i znikł do czwartku. Spokojnie, tylko na delegację. Wróci (tak myślę… bo nie zabrał ulubionych butów i Ipada).

Zasadniczo czuję pewną ulgę. Od dłuższego czasu mam wrażenie, że bez przerwy stoję przy garach (a to dopiero człowieka odmóżdża, nie taki uroczy serialik). Żywienie mojej rodziny stało się skomplikowane jak definicje w książce do fizyki.

Misiek jada na kilogramy, ale wąską grupę potraw. Lola nie je mięsa, i generalnie jada raczej w homeopatycznych ilościach. Mąż nie lubi większości rzeczy, które jadają dzieci, w dodatku ostatnio starałam się go rozpieszczać zdrowymi, ale lubianymi daniami. Ja od trzech miesięcy jestem prawie weganką. Jadam raz na tydzień jajko albo rybę, a poza tym same warzywa i kasze (teraz macie odpowiedź, jak udało mi się schudnąć…).

W związku z tym rozrzutem gotuję niemal bez przerwy, zazwyczaj trzy obiady dziennie i dostaję już lekkiego świra. Jeszcze nie wpadłam na pomysł, jak to wszystko sharmonizować, więc chwilowa nieobecność męża w porze obiadowej oznacza jeden posiłek mniej, jakkolwiek wrednie to zabrzmi:-). Ech, i tak znowu od pół godziny tłucze mi się po głowie pytanie: czym dziś nakarmić małoletnich?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s