wysiadła mi bateria

Po raz kolejny potwierdza się moja teoria – jestem króliczkiem Duracella na baterie słoneczne. Przy pełnym zachmurzeniu (i opadzie białej papki)  energii wystarcza mi wyłącznie na podtrzymanie podstawowych funkcji życiowych. Do mózgu docierają nędzne resztki.

Ta nędzne, że nawet w kłótni z mężem zabrakło mi argumentów, co normalnie się nie zdarza. W argumenty zazwyczaj jestem bogata, że hej, i mogę dostarczyć dowolną ilość zaiprzeciwów na zadany temat.

No, bo dlaczego to JA nie mogę pojechać z Miśkiem do ortodonty? Sytuacja awaryjna – Miśkowi coś się odkleiło (w sensie aparatu, a nie części ciała) i trzeba rzeczonego ortodontę złapać w innym niż normalnie gabinecie.

Ale ten gabinet jest na URSYNOWIE! A przecież wszyscy wiedzą (no, teraz to już wszyscy), że ja się na Ursynowie gubię. Regularnie i za każdym razem. Nie umiem przejechać z punktu A do punktu B w obrębie tej dzielnicy nie gubiąc się przynajmniej raz.

Czy męża nic nie nauczyło zdarzenie sprzed kilku lat, kiedy to zadzwoniłam do niego z któregoś z ursynowskich skrzyżowań  i wywrzeszczałam do słuchawki – Powiedz mi natychmiast do cholery, gdzie ja jestem! –

A mąż bagatelizuje, wyobraźcie sobie, i twierdzi, że prawo jazdy mam i co to za problem…

Szkoda, że nie przyszły mi do głowy przynajmniej jakieś wyrafinowane wyzwiska. Szlag.

O śniegu NIE napiszę, bo mam odruch wymiotny i drga mi powieka. Czy jest jakaś fobia albo psychoza związana ze śniegiem? Bo właśnie się jej nabawiam.

Za to napiszę o nowym papieżu. Śliczne ma uszy, nieprawdaż?

 

 

światełka w ponurej rzeczywistości

Na wstępie przepraszam, że nie odpisywałam na komentarze (w poprzednim wpisie też), ale Internet mi się zbiesił. Wieszał mi się na próbie wpisania komentarzy, wieszał mi się przy otwieraniu waszych blogów, nawet na moich ulubionych Wielodzietnych się wieszał… W sumie mu się nie dziwię, też miałam ochotę się wieszać, na czym popadnie. Ale wyszłam na leniwego niechluja – skądinąd prawidłowo, ale tym razem jednak niesłusznie.

Wciąż unosi się nade mną wielka, bura przedwiośniana deprecha, skutkująca na zmianę agresją i apatią. Mąż obrywa po uszach za krzywe spojrzenie, dzieci schodzą mi z drogi i same sobie robią kolację, a koty nerwowo kładą uszy po sobie, kiedy się zbliżam. Nawet ciasta, pieczone w ilościach niemal weselnych, nie pomagają. Jest źle.

Ociupinkę poprawiło mi się przy czytaniu dwóch, o cudzie, dobrych polskich książek. „Starsza pani wnika”, Anny Fryczkowskiej, której „Kobietą bez twarzy” zachwyciłam się jakiś czas temu – bardzo porządna książka, bardzo. I „Tymczasowa”, Małgorzaty Hayles  – też solidna, nieoczywista, mocno kobieca, ale nie wcale nie babska proza.

I oczywiście, jest też Telewizja Puls, która  nieustannie opromienia mnie blaskiem swych przebojów wieczornych, które  też znacząco podnoszą poziom endorfin. Ostatni seans – żebym nie przekręciła tego cudnego tytułu – „Mega rekin kontra krokozaur” skusił nawet resztę rodziny, która może nie w takim upojeniu jak ja, ale jednak z uciechą oglądała. Nawet mąż, preferujący bardziej intelektualną rozrywkę, radośnie rechotał przy dialogu naukowców: ” Znajdźmy jego jaja. To jego słaby punkt” (biedny mega krokodyl rozsiewał te jaja, jak żaba ikrę, a monstrualny rekin ganiał za nim po amerykańskim wybrzeżu, zżerając je jak pisanki wielkanocne i demolując co popadnie mu pod szczękę).

Oczywiście miało to też nie-tak-wesołe reperkusje. Lola przyznała mi się, że podczas lekcji „Zawody i zainteresowania naszych rodziców” pogodnie i bez oporów poinformowała panią i klasę: – Moja mama lubi czytać horrory  i oglądać filmy katastroficzne o wielkich krokodylach pożerających ludzi –

Kiedy spłoszona spytałam, jaka była reakcja, odpowiedziała refleksyjnie: – dzieci się śmiały, bo myślały, że żartuję, ale pani się jakoś nie śmiała. Dziwne, nie?-

Oczekuję w najbliższym czasie telefonu od szkolnego pedagoga. A sądząc po ostatnich wydarzeniach medialnych, tuż po tym telefonie małoletnich zabiorą w bezpieczne miejsce, gdzie ktoś im zrobi kolację, sprawdzi czystość mundurka i pozwoli oglądać jedynie Minimini.

Muszę przyznać, że w moim aktualnym stanie ducha nie wydaje  się to zbyt przerażającą perspektywą. I tak jestem zbyt skupiona na nie-patrzeniu w okna i przykrywaniu głowy kocem. I jedzeniu ciasta, oczywiście.

 

 

 

 

 

śnieg i kot, czyli nic specjalnego

Już w momencie, kiedy wsypałam kocią karmę do pojemnika na proszek w pralce, wiedziałam, że ten dzień nie może być udany. Wyskrobywanie karmy było pracochłonne, lecz konieczne, bo zapach tuńczyka na świeżo upranych ciuchach wydawał mi się jednak przesadą.

Po kawie odzyskałam przytomność umysłu, ale Lulu kawy najwyraźniej nie piła. Udało jej się wsadzić ogon do zamykanej właśnie przez męża szuflady łazienkowej. Dziki wrzask z dwóch gardeł podniósł na baczność cały dom. Z dwóch – bo Lulu, łapiąc oparcie, wbiła z całej siły pazury w bosą stopę męża. Pocieszanie wstrząśniętego kota, opatrywanie męża i zmywanie śladów krwi z podłogi zajęło mi tyle czasu, że pranie, bez aromatu tuńczyka, zdążyło się uprać.

Ledwie ogarnęłam pobojowisko wokół siebie, wypadł kolejny problem. Lukrecja zaginęła. Myślałam, że leczy traumę w kąciku, ale nawet wyskrobany z pralki tuńczyk nie skusił jej do miseczki.

Racjonalnie podchodząc do sprawy, przeszukałam możliwe miejsca, gdzie mógł schować się kot: parapety, kaloryfery za zasłoną, łóżka pod kołdrami, pudełka i torby, półki oraz stosy ubrań na fotelach. Nic. Wypiłam kolejną kawę i uznałam, że kot został gdzieś zamknięty. Idąc tropem miejsc, gdzie udało nam się do tej pory zamknąć Lulu, zajrzałam do szuflad łazienkowych, szaf, kuchennych szafek, schowków, kosza na pranie i kosza na śmieci. Lukrecji nigdzie nie było.

Na trop naprowadziło nas ciche, eteryczne można by rzec, pomiaukiwanie. Wszyscy chodzili z zadartą głową, szukając Lulu na lampach i karniszach, ale okazało się, że Lulu cichcem podążyła za mężem na strych i tam dała się zamknąć jak ostatnia frajerka. Ściąganie kota ze złożonych schodów na strych, w które wczepiła się kurczowo, skończyło się kolejnymi ranami ciętymi, tym razem moimi.

Mam obawy, żeby w końcu Lukrecja nie stała się żywą ilustracja powiedzenia „curiosity killed the cat”.

A mnie zabija śnieg. Psychicznie póki co, chociaż wczoraj, kiedy na zakręcie obróciło mnie pięknie o 360 stopni, przez chwilę myślałam, że na traumie psychicznej się nie skończy. Zawisłam jednak zgrabnie nad rowem, w bezpiecznej odległości od samochodu naprzeciwko, i klęłam. Klęłam barwnie, soczyście i z fasonem, nie mogąc opanować drżenia rąk.

Obiecałam sobie, że kiedy w końcu ten biały syf zlezie z ulic, zacznę biegać.  Nie umiem biegać, nie lubię biegać, ale śniegu też nie lubię. Nie wiem, czego powinnam chcieć. To chyba się nazywa ambiwalencja uczuć. A tłumacząc na polski – jakby nie patrzeć, z każdej strony dupa.

gówniany problem

Powoli spod szarego śniegu zaczęły wyglądać bure płaty czegoś, co w zeszłym sezonie było trawą. Wyszłam, żeby oszacować sytuację. Bez czapki wyszłam, co samo w sobie oznacza, że zima się kończy.

Rzeczywiście, coraz większą powierzchnię ogrodu zajmuje pseudo trawa. A na niej, jak grzybki w leśnym poszyciu, czają się  kupki.  Nie dziwne w sumie, bo nawet zdeterminowany kot z saperką nie przebiłby się do gleby, żeby to i owo zakopać. Ale coś zrobić trzeba z tą dekoracją, zanim wniesiemy ją na butach do domu.

Przyszło mi do głowy jedno, oczywiste rozwiązanie, po wielokroć wypróbowane wszak przez naszych drogowców. Wzięłam patyczki i zaczęłam oznaczać newralgiczne lokalizacje, planując już doczepienie do nich karteczek ze znakiem „uwaga, odchody, maksymalna prędkość 2 km/h”.

Zrezygnowałam, bo patyczki też nie wchodziły w ziemię. No tak, drogowcy są mądrzejsi, wbijają znaki wiosną, żeby było gotowe na najbliższą zimę.

Przez chwilę rozważałam, czy nie przerzucić gówienek do ogródka sąsiadów. To rozwiązanie, praktykowane z kolei na szeroką skalę przez naszych polityków, też wydaje się sprawdzać na krótką metę.

Niestety, wszczepione w młodości zachowania prospołeczne, które nie pozwoliły mi zająć się polityką, i teraz dały o sobie znać. Z rezygnacją wyzbierałam więc produkty przemiany materii i wyrzuciłam do kontenera.

Mięczak ze mnie.

Mąż dziś wraca. Byłam w związku z tym wczoraj u fryzjera i aktualnie posiadam na głowie złocisty brąz, czyli coś w rodzaju wypłowiałej po zimie wiewiórki. To nie był strzał w dziesiątkę, przyznaję, chociaż doczekałam się porażającego celnością komplementu od panów pod całodobowym (dlaczego oni zawsze muszą być pijani?!!). „Niezła dupa” – wyrazili się mianowicie panowie z browarami, trafiając w punkt, bo zasadniczo to jedyna część mojego ciała, która i owszem, jest całkiem OK.

Nawet chciałam im pogratulować spostrzegawczości, ale się zreflektowałam, że to przecież uwłaczające, szowinistyczne, męskoświniowe i antyfeministyczne  sprowadzenie kobiety do  przedmiotu seksualnego, pomijające walory jej ducha i umysłu. Ograniczyłam się więc do pogardliwego spojrzenia, machnęłam wyliniałą wiewiórką na głowie i potuptałam dalej po śniegowym błotku.

przesilenie wiosenne

Poniedziałek.

Pada śnieg. Na moją już-roztopioną-i-wcale-nie-śliską ścieżkę przed domem. Odśnieżam. Mąż wyszedł szukać pracy. Lola ma rekolekcje, czyli siedzi w domu i się nudzi. Misiek odmawia pójścia do szkoły, zostaje tam zawieziony przy pomocy gróźb słownych, bo nie mam siły na użycie siły. Półkot nie wrócił. Upiekłam kruche ciasteczka.

Wtorek.

Pada śnieg. Odśnieżam. I znowu. Nie pomaga, ciągle pada. Mąż wyszedł szukać pracy. Lola się nudzi, każę jej odrabiać lekcje na czwartek i piątek. Misiek został w domu, bo nie miał nawet siły się kłócić, że nie ma siły iść do szkoły. Półkota nie ma. Upiekłam brownie.

Środa.

Pada. I zamarza. Znowu pada. Mąż popłynął na zakręcie. Samochód stracił zderzak. Ale to nic, dzisiaj mąż wyjeżdża, po cholerę mu zderzak. Lola w domu – odrabia lekcje na przyszły tydzień, bo powiedziałam, że zabiję, jak usłyszę słowo na N. Misiek w domu – nadal cierpi na syndrom „nie mam siły i cierpię w milczeniu”. Nawet śladu łapek Półkota na śniegu. Upiekłam tartę z kremem z białej czekolady.

Czwartek.

Prószy, jakże by inaczej. Boję się ruszyć samochodu, bo pływa jak surfer po tym lodzie. Mąż wysłał esemesa – poznał w samolocie właścicielkę kliniki chirurgii plastycznej. Lolę zawiózł do szkoły sąsiad. Kwadrans po tym, jak odkryła, co mogłaby robić przez ostatnie trzy dni. Misiek, wciąż bez sił, też idzie do szkoły, bo inaczej go uduszę. Trudno, najwyżej przypełznie z powrotem. Tęsknię za Półkotem, moje kotki chyba też, bo ostatecznie nic tak nie łączy jak wspólny wróg. Zaraz upiekę owsiane ciasteczka.

Piątek.

„W podwarszawskim domu znaleziono zwłoki gospodyni domowej, która popełniła samobójstwo poprzez spożycie zbyt dużej ilości ciast.

Zostawiła list pożegnalny: „To przez ten cholerny śnieg. Wystawiajcie miskę dla Półkota, może wróci. Dzieci, myjcie zęby i ścielcie łóżka. Mężu, nie daj się namówić tej z kliniki na botoks. Twoje zmarszczki przy oczach są seksowne”.

Ten dramat poruszył sąsiadów, którzy wypowiadali się w podobnym tonie: To była taka spokojna, niepozorna kobieta. A tyle razy prosiliśmy, żeby odśnieżać regularnie osiedle. Czy trzeba było tragedii, żeby na ulice ruszył wreszcie spychacz?”

 

maniery i żarówka

Rzadko udajemy się „w gości”, więc jest to swego rodzaju wydarzenie w zyciu rodziny.

Już w samochodzie przeszło mi przez myśl, że moje dzieci w stanie naturalnym nie zawsze są wizytówką moich metod wychowawczych, zwłaszcza w zakresie manier przy stole i ogłady towarzyskiej,  i pospiesznie postanowiłam to nadrobić.

– Słuchajcie – zaczęłam z namaszczeniem – porozmawiajmy o zachowaniu się w towarzystwie  –

Z tyłu dobiegł mnie chóralny jęk, ale niezrażona ciągnęłam dalej – Pamiętacie, żeby nie siorbać, nie marudzić, nie bić się i nie obrzucać obelgami. Oraz nie biegać, nie wrzeszczeć, nie jęczeć i prezentować ogólnie wyższy niz normalnie poziom kultury. Acha – dodałam pospiesznie – i nie oblizywać palców przy jedzeniu –

 Z tyłu zapadła cisza pełna grozy. – A jak będzie KFC, to można oblizywać, jak w reklamie? („KFC, palce lizać!”) – zapytał Misiek tonem grobowym.

– A jak będzie pizza, to można poprosić o ketchup? – dodała Lola równie żałobnym tonem.

– A jak będzie pikantny, to można poprosić o łagodny? –

– A będzie można poprosić wodę, jak będzie sok? –

– A jak będzie woda, to można prosić dolewkę? –

Małoletni się rozkręcali, a ja z coraz większym przerażeniem odpowiadałam sumiennie na kolejne wątpliwości. Chyba poległam na całej linii jako matka, skoro zadają TAKIE pytania.

– A jak będę musiał do łazienki, to spytać o toaletę, czy po kolei zaglądać do każdego pomieszczenia, aż znajdę? –

Ze zgrozą w oczach obejrzałam się na Miśka. I ujrzałam moje dzieci,  powstrzymujące się od chichotu, kiedy robiły sobie ubaw moim kosztem. Odetchnęłam z pewną, przyznaję, ulgą.

Małoletni zachowywali się całkiem poprawnie, do momentu, kiedy stłukli żarówkę w pokoju córki gospodarzy.

– Pogadamy po powrocie – wymamrotałam złowieszczo do Loli

– Ale nic nie mówiłaś o tłuczeniu żarówek – wyszeptało moje dziecko, patrząc na mnie z bezbrzeżną niewinnością w oczach….

Na drugi raz zrobię sobie listę. Baaardzo długą listę, obejmującą także podpalenie, skok z balkonu i zrywanie paneli podłogowych.

 

Wszystko czerwone

Czy wam też mamusia mówiła, że najlepszy sposób na czyszczenie rękawiczek to pranie ich założonych na ręce? Tak? No to NIE PRÓBUJCIE tego zrobić z czerwonymi skórzanymi rękawiczkami.

Całkiem ładnie się umyły, owszem. Wszelako po ich zdjęciu odkryłam, że moje dłonie po nadgarstki przypominają świeżo ugotowanego homara albo rękawiczki chirurga po przeprowadzeniu transplantacji.

Okazało się też, że farba, która bez problemu spłynęła z rękawiczek, jest absolutnie niezmywalna z rąk przy pomocy:

– wściekle gorącej wody z mydłem

– zmywacza do paznokci

– soku z cytryny

– rozpuszczalnika

i kilku innych substancji, którymi, coraz bardziej zdesperowana, przy wtórze szyderczych komentarzy rodziny, traktowałam moje purpurowe dłonie.

Nie pozostało mi nic innego, jak tylko pójść wieczorem na basen. Woda z chlorem nieco zredukowała intensywność koloru, chociaż trenerka aquaerobiku też sobie nie darowała:

– A cóż to się w rączki stało? To oparzenie?

– Ha, ha, to tylko rękawiczki, ha, ha, niezaraźliwe wcale –

– No mam nadzieję, ha, ha, że jutro nie przeczytam w gazecie o morderstwie w afekcie, bo to wygląda jak krew-

Jasne. Ha, ha.

Przed północą rączki potraktowałam jeszcze pilingiem do stóp, moczeniem w Domestosie i oszlifowałam paznokcie do połysku. Dzieki czemu dzisiaj wyglądają (i pachną) nieco tylko gorzej niż zazwyczaj. Na czym mi zależało, bo jedziemy zaraz do przyjaciół oglądać świeżo narodzone potomstwo i nie chciałabym być posądzona o jakąś chorobę skórną, co gorsza zakaźną.

Ale o ile wiem, głupota nie zaraża. Na marginesie, moja matka, której się pożaliłam na fatalną metodę, odparła z politowaniem, że  nie mówiła o praniu rękawiczek skórzanych.

A Spike zeżarł swoją pierwszą muchę! Którą troskliwie osobiście odłowiłam z szyby i zapodałam pęsetką wprost do zębatej mordki. Mordka łapczywie się zamknęła, i dałabym sobie purpurową rękę uciąć, że usłyszałam cichutkie błogie mlaśniecię. Czuję coś w rodzaju macierzyńskiej dumy.

PS Widać, że z mężem OK? Onkolog wczoraj zawyrokował, że mąż może czuć się zdrowy przez następne dwa miesiące. Co sprawiło mi na tyle dużą ulgę, że dziś W OGÓLE nie komentuję faktu, że od rana siedzi na kanapie i czyta, zamiast naprawiać komodę. Ale spokojnie, okres ochronny zaraz się skończy. I noże! Noże ma naostrzyć! I kominek wyczyścić!

 

problemy zastępcze

Mąż i Lola odkopali samochód z zakopiańskiego śniegu i wrócili do domu. Lola, która oczywiście natychmiast po wyjeździe rozłożyła się na jakiegoś paskudnego wirusa, w przerwach między gorączkowaniem i kaszlem nauczyła się jeździć na nartach. Całkiem dobrze, o dziwo.

Rzecz jasna, wróciła już całkowicie zdrowa. Najwyraźniej chciała dołożyć tatusiowi dodatkową rozrywkę na wyjeździe, zeby zapomniał o kłopotach. Udało się, bo mąż przyznał, że większość czasu spędził na pielęgnowaniu rzężącej córki.

Mąż zaczął maraton onkologiczny. Kiedy już odpracuje wszystkie ciałografie, mózgografie i inne zaawansowane technologicznie badania, wszystko będzie wiadome. Ciekawe, czy wytrzymam w równowadze ducha do końca tygodnia? Chyba zacznę pić, chociaż niechętnie. Zdaje się, że mam jakiś alkoholowstręt ostatnio. Bardzo nieporęczny moment, doprawdy.

W mojej łazience mieszka rybik cukrowy i muchołówka amerykańska. Rybik przyszedł nie wiadomo skąd, ma na imię Zenek i zaczynam go właśnie oswajać. Muchołówka, kupiona przez Lolę w supermarkecie (swoją drogą, zadziwiający asortyment mają w Auchan) ma na imię Spike, kilka zębatych otwartych mordek i pustą na razie pęsetkę przy doniczce. Lola jest niepocieszona, że nie może zapodać pupilowi przysmaku, bo muchy jeszcze śpią. Chyba śpią – nie bardzo wiem,co muchy robią w zimie, nie odlatują przecież do ciepłych krajów, co?

W każdym razie boję się malutkiego konfliktu interesów. Czy Lola nie wpadnie na pomysł, że nakarmić Spike’a Zenkiem? Czy Zenek nie skubnie Spike’a w tyłek, kiedy ten się odwróci? Ach, te wieczne dylematy hodowców!

W dodatku Półkot zniknął. Nie pojawił się od dziewięciu dni i zaczynam się poważnie martwić, gdzie ta cholera polazła.

Jak widać, szukam sobie problemów zastępczych. Całkiem dobrze mi idzie, więc nie spuszczam ich z oka i kreuję co dzień nowe.

PS Po aquaaerobiku bolą zupełnie inne mięśnie niż po jodze i pilates. Zaraz zabraknie mi mięśni do zakwasów, chyba że uruchomię jeszcze te, które wczoraj precyzyjnie opisała pani na pilatesie: – A teraz proszę zacisnąć mięśnie w dole brzucha. Jak? No, jakby to wam wytłumaczyć..jakbyście próbowały wciągnąć do środka tampon-

Acha. Już wiem, co ćwiczyła bohaterka słynnego wątku „Tampon z Gdańska”

niemartwięsięwcale

Chyba wzrósł mi poziom testosteronu. Zatraciłam typową kobiecą wielozadaniowość i idę prawie jednotorowo. Skupiam się na ruchu i na niemartwieniusię.

Latam na jogę, pilates i basen. Wszystko mnie bezustannie boli, mimo zapewnień, że przejdzie, więc olewam jakiekolwiek inne aktywności. W domu brudno, jem, co pod rękę podleci i nie ucieka oraz czytam. Dzięki uprzejmości Auchan, który rzucił na wyprzedaż książki po parę złotych, łykam tony chłamu – urban fantasy, kryminałki i romansidła, z równie beznamiętnym łakomstwem, jak frytki z MacDonaldsa.

Mąż z Lolą na nartach. Z jednej strony się cieszę. Ostatnie dni w byłej już pracy dały mu w kość i widziałam, że był strasznie przeczołgany psychicznie. Parę dni poznawania Instrukcji Emocjonalnej Obsługi Loli w pewnością postawi go na nogi, a przynajmniej zapewni mu zajęcie dla ciała i ducha.

 Z drugiej strony..no dobra, martwię się jednak. Niestabilność życiowa wprawia mnie w stan nieustannego leciutkiego poddenerwowania, z którym trudno mi się uporać. Na szczęście mam na miejscu Miśka, którego muszę strzec przed syndromem Przyrośnięcia Do Komputera, co także zapewnia mi wysiłek fizyczny i umysłowy.

Chodzimy więc na spacery, jeździmy na rowerach i oglądamy filmy o kosmitach, zagładzie Ziemi i rozlicznych epidemiach, co jak wiadomo, doskonale podnosi poziom serotoniny.

Mimo tych przypływów serotoniny ciągle chodzę lekko otumaniona, jak po Aviomarinie, i strasznie trudno skoncentrować mi się na tyle długo, żeby wysmażyć wpis na blogu. Jakikolwiek, co dopiero lekki czy dowcipny. Mam tylko w zapasie sympatyczny dialog między małoletnimi sprzed kilku dni, żeby zapewnić minimalne podniesienie poziomu humoru we wpisie. Później, jeśli nic się nie zmieni, moje wpisy będą równie lotne jak pingwiny czy też inne strusie. Do czasu już-za-zakrętem-i-całkiem-na-prostej.

 

 

Rozbieżność między podejściem dietetycznym i naukowym:

– Misiek, a mandarynka jest zdrowa? – pyta ufnie Lola

– Nie wiem – mówi Misiek zaniepokojonym tonem – trzeba ją przebadać –

 

 

tortury receptą na stres

– Nogi silne. Stopy skręcone. Rotujemy miednicę.. i skłon. I ciaągniemy dłoń do góry, ciągniemy! –

No dobra. Jest jednak tortura gorsza niż pilates. Joga. Tak niewinnie brzmi, prawda?  Nie dał mi do myślenia nawet wstępny wykład pani, która skręciła ciało w zgrabny precel, owijając się wokół swojej stopy, po czym promiennie oznajmiła, że pozycje jogi są niezwykle relaksujące i zostały stworzone do medytacji.

Ha! Jeśli tylko ktoś potrafi medytować z łydkami dygoczącymi z wysiłku i z ciałem, które bezwładnie rozjeżdża się na boki, nie mogąc utrzymać się w pionie, ani nawet w poziomie, to i owszem.

A jednak medytowałam przez całe zajęcia. Na przykład o tym, co mnie do cholery skłoniło, żeby tu przyjść?

I jeszcze o tym, co zrobię, jak mi w końcu trzaśnie to niemiłosiernie wykręcane, biedne ciało, które powinno spoczywać na kanapie pod kocem…

Nie trzasnęło. Dokuśtykałam do domu, zapodałam sobie kawę i batonik i porzucając resztki godności doczołgałam się do kanapy, gdzie zaległam bezsilnie.

Jakby się ktoś pytał – tak, zamierzam to powtórzyć. Będę się znęcać nad sobą bezlitośnie.  To bardzo pomaga na odstresowanie. Stres mi narasta galopująco od tygodnia i coraz bardziej bezskutecznie przykrywam go beztroską paplaniną.

Mąż traci pracę. Za kilka miesięcy będziemy parą bezrobotnych, bo ja ze swoich dochodów mogę co najwyżej wykarmić koty.

W sumie nie wiem, czemu się tak martwię. Zawsze pracę znajdował bez problemu, znajdzie i tym razem, więc powinnam byc spokojna.

A nie jestem. Z tyłu głowy cichutko kołacze mi myśl o kontrolnych badaniach, które go czekają za dwa tygodnie i robi mi się jakby zimniej i zimniej.

Mam wrażenie, że na ten niepokój nawet rotowanie miednicy nie pomoże. Ale kto wie? Idę się wygiąć w pałączek, zobaczymy, czy zadziała…