śnieg i kot, czyli nic specjalnego

Już w momencie, kiedy wsypałam kocią karmę do pojemnika na proszek w pralce, wiedziałam, że ten dzień nie może być udany. Wyskrobywanie karmy było pracochłonne, lecz konieczne, bo zapach tuńczyka na świeżo upranych ciuchach wydawał mi się jednak przesadą.

Po kawie odzyskałam przytomność umysłu, ale Lulu kawy najwyraźniej nie piła. Udało jej się wsadzić ogon do zamykanej właśnie przez męża szuflady łazienkowej. Dziki wrzask z dwóch gardeł podniósł na baczność cały dom. Z dwóch – bo Lulu, łapiąc oparcie, wbiła z całej siły pazury w bosą stopę męża. Pocieszanie wstrząśniętego kota, opatrywanie męża i zmywanie śladów krwi z podłogi zajęło mi tyle czasu, że pranie, bez aromatu tuńczyka, zdążyło się uprać.

Ledwie ogarnęłam pobojowisko wokół siebie, wypadł kolejny problem. Lukrecja zaginęła. Myślałam, że leczy traumę w kąciku, ale nawet wyskrobany z pralki tuńczyk nie skusił jej do miseczki.

Racjonalnie podchodząc do sprawy, przeszukałam możliwe miejsca, gdzie mógł schować się kot: parapety, kaloryfery za zasłoną, łóżka pod kołdrami, pudełka i torby, półki oraz stosy ubrań na fotelach. Nic. Wypiłam kolejną kawę i uznałam, że kot został gdzieś zamknięty. Idąc tropem miejsc, gdzie udało nam się do tej pory zamknąć Lulu, zajrzałam do szuflad łazienkowych, szaf, kuchennych szafek, schowków, kosza na pranie i kosza na śmieci. Lukrecji nigdzie nie było.

Na trop naprowadziło nas ciche, eteryczne można by rzec, pomiaukiwanie. Wszyscy chodzili z zadartą głową, szukając Lulu na lampach i karniszach, ale okazało się, że Lulu cichcem podążyła za mężem na strych i tam dała się zamknąć jak ostatnia frajerka. Ściąganie kota ze złożonych schodów na strych, w które wczepiła się kurczowo, skończyło się kolejnymi ranami ciętymi, tym razem moimi.

Mam obawy, żeby w końcu Lukrecja nie stała się żywą ilustracja powiedzenia „curiosity killed the cat”.

A mnie zabija śnieg. Psychicznie póki co, chociaż wczoraj, kiedy na zakręcie obróciło mnie pięknie o 360 stopni, przez chwilę myślałam, że na traumie psychicznej się nie skończy. Zawisłam jednak zgrabnie nad rowem, w bezpiecznej odległości od samochodu naprzeciwko, i klęłam. Klęłam barwnie, soczyście i z fasonem, nie mogąc opanować drżenia rąk.

Obiecałam sobie, że kiedy w końcu ten biały syf zlezie z ulic, zacznę biegać.  Nie umiem biegać, nie lubię biegać, ale śniegu też nie lubię. Nie wiem, czego powinnam chcieć. To chyba się nazywa ambiwalencja uczuć. A tłumacząc na polski – jakby nie patrzeć, z każdej strony dupa.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s