Zamknęłam duże dziecko w złotej klatce. Zasadniczo rzecz biorąc, raczej w więziennej celi, ale całkiem komfortowej. Misiek od tygodnia zdycha. Do szkoły się nie nadaje od tygodnia, łazi po domu jak zombie, czerwony, spuchnięty i zasmarkany, bo jakieś gówno pyli teraz nieumiarkowanie i złośliwie. Żadne krople, tabletki i inne cuda na kiju nie pomagają.
Dzisiaj się w końcu wkurzyłam. Odwaliłam pedantyczne porządki w jego pokoju, z myciem okiem, praniem pościeli i zmywaniem wszystkiego na mokro, po czym zamknęłam na głucho drzwi i okna, podłączyłam Cudowny Oczyszczacz powietrza, pożyczony od Loli i zabarykadowałam dzieciątko w tej izolatce, zabroniwszy mu wychodzić na dłużej niż pół godziny. Chyba wreszcie pomogło, przynajmniej mi, bo słabiej słyszę smarkanie i stłumione przekleństwa.
Lola pisze wypracowanie: Jakie cechy rozwija we mnie moja pasja? Mamrocze pod nosem, a ja, szypułkując w pobliżu pięć kilo truskawek, jestem niestety biernym słuchaczem.
„Moją pasją są zwierzęta. Dzięki opiece nad kotami rozwijam cierpliwość…” – Nie wyszło mi!#@ Aaaa!! Krzywo! (tu pięć minut szlochu) – „cierpliwość i spokój. Zajmowanie się zwierzętami rozwija…rozwija…” – Mamooo, jak się nazywa? No co się jak nazywa?!!! No to!!!!!#@ Co z tego, że jesteś zajęta, powiedz mi zaraz, natychmiast! To, że ktoś się wczuwa, nie rozumiesz?! Ach, tak – „rozwija empatię i tolerancję….” – Znowu nie wyszło! Brzydko!!! Krzywo!! (tu dwie minuty łkania).
Wycieram ręce. Wychodzę i wracam z zaspaną Lukrecją na rękach. Po czym wciskam kota na kolana Loli i proponuję bardzo łagodnie: – Porozwijaj sobie jeszcze te cechy, zanim skończysz wypracowanie, OK?-
Jakby ciut nerwowa mi się córka robi i nieco chwiejna emocjonalnie. Kilka dni temu zastałam ją rozszlochaną nad Gazetą Wyborczą. – Czemu ryczysz? – spytałam wyrozumiale, bo w końcu ja też czasem mam ochotę zapłakać nad wiadomościami z kraju.
– Bo Japończyk umarł – wyjęczało dziecko.
– Mam wrażenie, że codziennie umiera jakiś Japończyk –
– Ale to był najstarszy człowiek świata! –
– Aaa, ten…ale wiesz, on naprawdę długo żył, wyrobił normę, można powiedzieć –
– Wiem, ale się boję, że ja nie dożyję stu lat…bo prowadzę strasznie niezdrowy tryb życia! –
Hmm. Podobno rodzice, jak zdradzani małżonkowie, dowiadują się na końcu…Po szybkim wywiadzie, kiedy już upewniłam się, że Lola jednak nie pije, nie pali, nie prowadzi ryzykownych kontaktów towarzyskich i nie zarywa nocy, mogłam ją z czystym sumieniem upewnić, że ma całkiem spore szanse na setkę, jeśli nie obniży standardów prowadzenia się.
A te truskawki to szypułkowałam na dżem. DWADZIEŚCIA słoiczków dżemu truskawkowego! Ledwie żyję. Niestety rodzina nie przyjmuje do wiadomości argumentów o ekonomicznym bezsensie domowej produkcji dżemów, żądając hurtowych ilości przetworów.
PS Opryskałam ogród specjalnym płynem „Pożegnanie z komarem”. Po czym popsikana obficie Offem, objedzona wit B i posmarowana strategicznie cytryną za uszami i na czole wyszłam obciąć przekwitły jaśmin. Po pięciu minutach nieco skrzywione i zdegustowane komary starannie okleiły wszystkie słabiej posmarowane części mojego ciała, chwiejąc się w gęstych gronach pod kolanami i w okolicy nerek. Dobrze wiedzieć, że ktoś jest wobec nas tak niezachwianie lojalny i wierny!