O Loli więcej, bo Misiek smarka

Zamknęłam duże dziecko w złotej klatce. Zasadniczo rzecz biorąc, raczej w więziennej celi, ale całkiem komfortowej. Misiek od tygodnia zdycha. Do szkoły się nie nadaje od tygodnia, łazi po domu jak zombie, czerwony, spuchnięty i zasmarkany, bo jakieś gówno pyli teraz nieumiarkowanie i złośliwie. Żadne krople, tabletki i inne cuda na kiju nie pomagają.

Dzisiaj się w końcu wkurzyłam. Odwaliłam pedantyczne porządki w jego pokoju, z myciem okiem, praniem pościeli i zmywaniem wszystkiego na mokro, po czym zamknęłam na głucho drzwi i okna, podłączyłam Cudowny Oczyszczacz powietrza, pożyczony od Loli i zabarykadowałam dzieciątko w tej izolatce, zabroniwszy mu wychodzić na dłużej niż pół godziny. Chyba wreszcie pomogło, przynajmniej mi, bo słabiej słyszę smarkanie i stłumione przekleństwa.

Lola pisze wypracowanie: Jakie cechy rozwija we mnie moja pasja? Mamrocze pod nosem, a ja, szypułkując w pobliżu pięć kilo truskawek, jestem niestety biernym słuchaczem.

„Moją pasją są zwierzęta. Dzięki opiece nad kotami rozwijam cierpliwość…” – Nie wyszło mi!#@ Aaaa!! Krzywo! (tu pięć minut szlochu) – „cierpliwość i spokój. Zajmowanie się zwierzętami rozwija…rozwija…” – Mamooo, jak się nazywa? No co się jak nazywa?!!! No to!!!!!#@ Co z tego, że jesteś zajęta, powiedz mi zaraz, natychmiast! To, że ktoś się wczuwa, nie rozumiesz?! Ach, tak – „rozwija empatię i tolerancję….” – Znowu nie wyszło! Brzydko!!! Krzywo!! (tu dwie minuty łkania).

Wycieram ręce. Wychodzę i wracam z zaspaną Lukrecją na rękach. Po czym wciskam kota na kolana Loli i proponuję bardzo łagodnie: – Porozwijaj sobie jeszcze te cechy, zanim skończysz wypracowanie, OK?-

Jakby ciut nerwowa mi się córka robi i nieco chwiejna emocjonalnie. Kilka dni temu zastałam ją rozszlochaną nad Gazetą Wyborczą. – Czemu ryczysz? – spytałam wyrozumiale, bo w końcu ja też czasem mam ochotę zapłakać nad wiadomościami z kraju.

– Bo Japończyk umarł – wyjęczało dziecko.

– Mam wrażenie, że codziennie umiera jakiś Japończyk –

– Ale to był najstarszy człowiek świata! –

– Aaa, ten…ale wiesz, on naprawdę długo żył, wyrobił normę, można powiedzieć –

– Wiem, ale się boję, że ja nie dożyję stu lat…bo prowadzę strasznie niezdrowy tryb życia! –

Hmm. Podobno rodzice, jak zdradzani małżonkowie, dowiadują się na końcu…Po szybkim wywiadzie, kiedy już upewniłam się, że Lola jednak nie pije, nie pali, nie prowadzi ryzykownych kontaktów towarzyskich i nie zarywa nocy, mogłam ją z czystym sumieniem upewnić, że ma całkiem spore szanse na setkę, jeśli nie obniży standardów prowadzenia się.

A te truskawki to szypułkowałam na dżem. DWADZIEŚCIA słoiczków dżemu truskawkowego! Ledwie żyję. Niestety rodzina nie przyjmuje do wiadomości argumentów o ekonomicznym bezsensie domowej produkcji dżemów, żądając hurtowych ilości przetworów.

PS Opryskałam ogród specjalnym płynem „Pożegnanie z komarem”. Po czym popsikana obficie Offem, objedzona wit B i posmarowana strategicznie cytryną za uszami i na czole wyszłam obciąć przekwitły jaśmin. Po pięciu minutach nieco skrzywione i zdegustowane komary starannie okleiły wszystkie słabiej posmarowane części mojego ciała, chwiejąc się w gęstych gronach pod kolanami i w okolicy nerek. Dobrze wiedzieć, że ktoś jest wobec nas tak niezachwianie lojalny i wierny!

 

żaba i makarena

 Przyspawało mnie do „Starcia królów” i oderwać się nie mogę. A obiecywałam sobie po pierwszej części „Gry o tron”, że już nie ruszę tego uzależniającego cholerstwa. Najgorsze jest to, że już wiem, że Martin beztrosko uśmierca akurat tych bohaterów, do których się przywiązałam. I teraz boję się nawiązać więź emocjonalną, bo nie wiem, kto za chwilę padnie trupem…(nie, błagam, NIE piszcie, KTO, bo mi psychika całkiem siądzie).

Pogoda jest, jaka jest. Niektórym odpowiada. Takim komarom na przykład. Wychodzę do ogrodu w grubych dżinsach, kurtce przeciwdeszczowej i trampkach, opryskawszy się starannie repelentem, a one krążą wokół mnie jak fanki wokół Justina Biebera, usiłując uszczknąć choćby kąsek. I dopadają, gdzie się da. Mam pogryzione uszy, nadgarstki i palce u rąk.

Ale….przeczytałam właśnie, że żaby zjadają larwy komarów. W związku z tym na gwałt zwiększam użabienie mojego terenu. Jestem dość zdesperowana. Wczoraj zobaczyłam śliczniutką żabusię w ogródku sąsiadów. Uczciwie zgłosiłam się do sąsiadki z płazem w garści i spytałam – czy ta żaba jest ci potrzebna? –

Ponieważ sąsiadka z lekkim wstrętem  odpowiedziała, że niekoniecznie, z czystym sumieniem wpuściłam kolejną żabę w moje grządki.

Co jeszcze zjada komary? Zanim one zjedzą mnie? Bo mam wrażenie, że za chwilę będę potrzebowała transfuzji albo przeszczepu skóry.

Chociaż, skoro przeżyłam przedstawienie szkolne na dzień matki, przeżyję i atak owadów.

Lola stała w pierwszym rzędzie, bo nieduża. Stała, i na oczach licznie zgromadzonej publiczności nieustannie drapała się po łydkach (ją tez komary lubią). Pomimo dekoncentracji zagrała z subtelnym wdziękiem „Kurki trzy” na cymbałkach, wywołując we mnie falę ulgi i wdzięczności, jako że przez ostatni tydzień przeżyłam już dzikie wrzaski (nigdy się nie nauczę), rzucanie cymbałkami (urwała tylko wysokie C, niepotrzebne wszak do Kurek), szloch i darcie włosów z rozpaczy.

Dobra, Kurki zaliczone. Tańczyć nie tańczyła, bo jej partner zdezerterował. Może i dobrze, bo gdy zobaczyłam układ jej klasy, żywcem zerżnięty z West Side Story (no dobra, to było West Side Story w  wykonaniu głuchoniemych po urazach ortopedycznych), zdeczka osłupiałam. Odblokowało mnie przy występach kolejnej klasy, która tańczyła Makarenę.

Kojarzycie „Wioskę przeklętych”? Te nawiedzone blond dzieciaczki o nieruchomych twarzach? Dodajcie do tego ruchy C3-PO z „Gwiednych wojen” pomnożone przez dwadzieścia ciałek wywijających kończynami w nieustannym dysonansie do rytmu oooo, makarena!

Zakryłam twarz torebką i śmiałam się niekontrolowanie do bólu brzucha.

Minęły eony tańców, piosenek i występów solowych, zanim wreszcie fala dzieciątek ruszyła na nas jak na Turków pod Wiedniem, każde z torebeczką w dłoni. Z torebeczki każdy rodzic ze wzruszeniem wyłowił jakieś rękodzieło swojego potomka i książkę „Jak wychować zdolne dziecko”.

– Trochę już na to za późno, nie sądzi pani? – zauważyła sarkastycznie elegancka mama, siedząca obok, oglądając okładkę wspomnianego dzieła. Doprawdy, nie wiem, co mogła mieć na myśli.

Te dzieci mają niewątpliwie ogromny potencjał!

dzień dużego dziecka

Jesteśmy rodzicami, którzy lubią uszczęśliwiać dzieci nawet wbrew ich własnych chęciom. Toteż dzielnie oparliśmy się z pewnością fałszywym sugestiom, że ich marzeniem na dzień dziecka jest kupienie nowej gry czy też innej miałkiej rozrywki. Nie, nie, my wiemy, że nasze maleństwa kochają podróże i poznawanie nowych miejsc. Pomimo jęków i cichych protestów zapakowaliśmy więc dziatwę do samochodu i ruszyliśmy  na zachód.

Punkt pierwszy, czyli Jurapark w Krasiejowie koło Opola, sprawił nam wiele radości. Świetnie zrobione dinusie wielkości naturalnej na terenie dawnej żwirowni, znakomite stanowisko paleontologiczne z prawdziwymi szkieletami naszych polskich dinozaurów i Tunel Czasu z bardzo edukacyjnym filmem o początkach Ziemi. Byłam zachwycona Oceanarium, gdzie można oglądać prehistoryczne stwory pływające za szkłem: -Jak żywe, no słowo daję, popatrz Lola, on do nas płynie, aaaa, i otwiera paszczę. Tylko weź mnie za rękę, bo się trochę boję –

Mąż odkrył, że plac zabaw jest znakomicie dostosowany także do dzieci powyżej 170 cm wzrostu i łaził po pojęczynach z lin z wprawą małpy, zjeżdżał i bujał się na stosownych urządzeniach, znakomicie się przy tym bawiąc i nie spychając innych dzieci.

A małoletni? Oni też się nieźle bawili, chociaż widać było, że czasem tracą do nas cierpliwość i woleliby posiedzieć przy lodach i gofrach.

Następnego dnia rano lało.  Mieliśmy zajechać do Ogrodzieńca, poskakać po ruinach, no ale, musimy przecież dbać o komfort naszych pociech. Mąż pospiesznie wyszukał wersję B planu dnia – czyli sztolnie w Tarnowskich Górach, po których pływa się łodzią – w końcu w kopalni nie pada, no nie? Na szczęście małoletni nie protestowali zbyt głośno. Na miejscu okazało się, że do sztolni prowadzi półtorakilometrowy szlak przez piękny las. W deszczu. Oj, bez przesady, nie rozpuścimy się, a ja lubię kopalnie.

Bardzo przyjemny spacer, powiadam wam. Ptaszki, ślimaki, wysokie drzewa, wszystko zatopione w deszczu. Przemoczeni i nieco zmarznięci wsiedliśmy w końcu do tych łodzi. W kopalni, jak to w kopalni, plus dziesięć stoni i kapiąca wilgoć. Udało nam się jednak nie zakłócać zbytnio szczękaniem zębów historii opowiadanych przez przewodnika. Jeden z korytarzy, przez które przepływaliśmy, nosił nazwę Bramy Leniwych, z czym wiązała się fascynująca prawdopodobnie historia, której nie dosłyszałam,, skupiona na opanowaniu wewnętrznego dygotu. Usłyszałam jednak, że kto zastuka trzy razy w ścianę Bramy, wyleczy się z lenistwa. Z łodzi za mną, w której siedział mąż z Miśkiem dobiegł mnie dialog:

– Misiek, stuknąłeś tylko dwa razy, musisz jeszcze raz! –

– Nie chce mi się – ponuro odparł mój potwornie leniwy syn.

Wyszliśmy z kopalni na ulewny deszcz i ruszyliśmy w drogę powrotną przez las.

Misiek szedł, chlupał butami i milczał. W końcu rzekł – Muszę przyznać, że jesteście trochę dziwni. Uznaliście, że najlepszy sposób na spędzenie Dnia Dziecka, zamiast kina, czy lodów,  to wleczenie nas w deszczu do starej kopalni na drugim końcu Polski –

Ciut się spłoszyłam, bo, co tu dużo gadać, ja się bawiłam doskonale. Ale Misiek spojrzał na nas niespodziewanie roześmiany i dokończył: – Macie szczęście, że my też jesteśmy trochę dziwni. Bo to było lepsze niż kino i lody, nie, Lola? –

No dobra. Zaczynam planować następny Dzień Dużego Dziecka. A małoletni załapią się przy okazji.

ranking stresów

To były bardzo męczące dwa tygodnie. Sama nie wiem, co zajęło pierwsze miejsce w moim rankingu stresów.

Czy traumatyczny tydzień przedkomunijny  siostrzenicy, kiedy zastawszy moją siostrę  piorącą maniakalnie i z rozwianym włosem   kocie posłanie ze schowka pod schodami, uznałam, że jednak popadła w obłęd? Zaczęlam się bać, ponieważ moja siostra jest oazą spokoju i harmonii i nigdy nie traci równowagi…

Czy dzień, w którym podejrzewałam męża o zdradę na podstawie niezbitych dowodów wizualnych i mogłam z nim o tym porozmawiać dopiero wieczorem?

Czy fakt, że z powodu regularnych opadów nie mogę skosić trawy, która sięga mi już po pas i za chwilę będę musiała ją potraktować napalmem, bo żadna kosiarka tego nie ruszy?

Czy stres bojowy, kiedy odkryłam, że złowieszcza Owocówka Śliwkóweczka znów chce zawrzeć bliższą znajomość z moimi śliwkami (a rok temu znalazłam jedną!@# nierobaczywą śliwkę na obu drzewkach)

Czy jednak ta potworna chwila, kiedy na dolnej szczęce zakleszczyła mi się metalowa forma z silikonowym wyciskiem i dentystka z paniką w oczach usiłowała ja wydłubać (formę, mam nadzieję, a  nie szczękę). Ona się bała?! Bez żartów, to ja wyglądałabym do końca życia jak przeciwnik Bonda!

Czy wczorajsza niedziela, kiedy Potworna Komunia wreszcie nadeszła, obłęd mojej siostry osiągnął apogeum, a ja miotając  w wysokich szpilkach usiłowałam zdążyć z przystawkami i krojeniem ciast, zanim goście wrócą z kościoła?

Czy dzisiejszy poranek, kiedy wysyłałam moją maleńką, słodką córeczkę pierwszy raz na kilkudniową wycieczkę szkolną i ze stresu nie śpię od piątej rano?

Czy przerażający moment, kiedy odkryłam, że na mojej brodzie rośnie włos?! Czekam na brodawkę na nosie i plamy opadowe, tfu, starcze znaczy.

Zaznaczam, że ani operacja mojego brata, ani uroczyste obchody siedemdziesiątych urodzin mojej teściowej, które także miały miejsce w ciągu tych dwóch tygodni,  nie odbiły się trwałym piętnem na mojej psychice, jednakowoż także pochłonęło pewną część mojej uwagi i czasu.

W związku z tym naprawdę Nie Miałam Czasu na Pisanie.

PS. Ha, wiedziałam, że będziecie ciekawi, co z tym mężem. Wieczorem doczekałam się wyrozumiałego spojrzenia i szczerego współczucia: -biedactwo, musiało cię to męczyć cały dzień, mogłaś zadzwonić,, to bym ci wyjaśnił-. Tym samym wyjął mi broń z ręki, bo gdybym usłyszała: – to nie tak, jak myślisz, kochanie – krawaty fruwałyby po trawniku. Ale też wierzycie, że to koleżanka była, prawda?

palma w oku

Szanownych czytelników, którzy byli uprzejmi zamieścić komentarze, przepraszam za opieszałość w odpowiedzi, ale to z powodu palmy w oku. Wsadziłam sobie liść precyzyjnie w sam środek oka i rozcięłam rogówkę na całej długości, powodując kilkudniową ślepotę.

Nie pytajcie, jak mi sie to udało. Wrodzony talent w połączeniu ze szczyptą szczęścia, ot i tajemnica sukcesu. Zalety zaniewidzenia – wzmożona troskliwość rodziny i wymuszone lenistwo. Wady – Ketonal w stałym użyciu oraz niemożność sięgnięcia po książkę i laptopa.

Chyba nie tylko mnie to zmęczyło. Kiedy opowiadałam mężowi, że muszę na coś tam rzucić okiem, Lola rzekła z troską – Już ty mamo lepiej nie rzucaj nigdzie okiem, bo wiesz…-

Moje cierpienie jednakowoż wczoraj odsunęło się na dalszy plan, gdy Loli zainfekowało sie ucho pod kolczykiem, a Misiek przeorał wślizgiem pół boiska i wrócił z wielką rozciapaną raną na udzie.

Opatrywałam, dezynfekowałam i pocieszałam. Męża też – chociaż on dezynfekował się raczej wewnętrznie. Mąż dostał pracę. Spodziewałam się tego, ale jakoś szybko się sprawy potoczyły,za szybko… 

Nasze słodkie trzy miesiące emeryckiego żywota się skończyły. Dzisiaj mąż wymaszerował w garniaku i pod krawatem w nową świetlaną przyszłość, rzucając znaną mi od lat mantrę – Nie wiem, kiedy wrócę –  A ja poczułam się jak wtedy, gdy odprowadzałam Lolę pierwszy raz do szkoły, i gdy wsadzałam Miśka do autokaru wiozącego go na pierwszy obóz. 

Ech, gdyby tak móc zostać rentierem! I dlaczego żaden  krewny nie był uprzejmy zostawić mi sympatycznego, milionowego spadku? Życie byłoby znacznie przyjemniejsze, gdyby można było robić to, na co ma się ochotę.

Na razie nadrabiam zaległości spowodowane wymuszonym przestojem, więc ciąg dalszy nastąpi później.

klątwa olinkluzif

Nie było mnie. A potem byłam, ale mnie nie było przy kompie. A potem byłam przy kompie, ale odwalałam Sprawy. I tyle tłumaczenia się:-).

Sobota

Wyjeżdżamy. Reisefieber w rozkwicie. Im jestem starsza, tym gorzej. Zwłaszcza przed podróżą samolotem. Latać się nie boję, skąd, mam za mało wyobraźni, żeby się bać, że spadniemy. Ale po godzinie lotu jestem wysuszona jak peruwiańska mumia, zamiera mi krążenie w łydkach, a od przebywania w małej przestrzeni z dużą ilością ludzi dostaje regularnej schizy. Cztery i pół godziny tortur.

Niedziela

Egipski hotel wygląda jak wyjęty  z disnejowskich dekoracji. Jedziesz szarą, brudną pustynią, mijając sterty śmieci, rozklekotane ciężarówki i wojskowe posterunki i nagle, tuż za bramą hotelu, wjeżdżasz na plan filmowy „Baśni z tysiąca i jednej nocy”,  tandentny, jak scenografia „Klątwy doliny węży”, ale jednakowoż uroczy. Małoletni rejestrują na szybko baseny, palmy i polski kanał w TV. – Mamo, Pingwiny! Będziemy oglądać Pingwiny z Madagaskaru!! – Znaczy, damy radę przeżyć ten wypoczynek.

Poniedziałek

Basen czy morze? Ten jakże dramatyczny dylemat towarzyszy nam odtąd każdego dnia. Oto czym są rodzinne wakacje – nieustannym konfliktem interesów. Misiek do morza nie chce. Ja basenów nie cierpię. Lola chce nad morze, ale nie chce się kąpać.  Mąż chce pooglądać rafę pod wodą. Mozolnie wypracowujemy kompromisy. Na skutek czego we wtorek…

Wtorek

Misiek spędza przedpołudnie w barze przy plaży, sącząc, mam nadzieję, bezalkoholowe drinki i czytając męczeńsko „Kamienie na szaniec”. Mąż uczy Lolę snorkelingować. Zbocze rafy kończy się pięciometrową głębią. Schizuję, ganiając po pomoście i napominając nieustannie męża, że ma nie spuszczac córki z oczu.Okazuje się, że Lola w masce pływa jak ryba i mogę sobie odpuścić. Wracam do baru czytać „I’m not a serial killer” – bardzo relaksująca lektura na wakacje.

Środa

Przez osmozę zaczynam mówić po rosyjsku. Hotel jest opanowany przez naszych sąsiadów, którzy najwyraźniej zakładają, że rosyjski jest drugim urzędowym językiem w Egipcie i posługują się wyłącznie nim. Niestety, napisy przy potrawach w restauracji są po angielsku. Mąż cierpliwie tłumaczy kilka razy dziennie zagubionym Rosjankom – Eto riba. A eto pielmieni –

Rosjanie nie pytają o jedzenie, tylko o picie. Darmowe drinki i piwo płyną szerokim strumieniem, wprawiając gości w nastrój euforyczny. Mąż zaczyna regularne turnieje siatkówki wodnej z trzeźwymi Rosjanami.

Czwartek

– Kiedy wracamy – cichutko pyta Lola.

Lola tęskni za kotami. Ja tęsknię za ogrodem. Misiek za kompem.

Zaczynam układać ubrania w szafie kolorami i przecierać z kurzu biurko.

Mąż i Misiek rozgrywają turnieje siatkówki wodnej z pijanymi Rosjankami. Nikt sie nie utopił, co można uznać za sukces w kontaktach międzynarodowych.

Mąż zaprzyjaźnia się z rybami, które łaszą mu się do stóp i jedzą z ręki.

Piątek

– Kiedy wracamy? – śmiało i odważnie dopytują małoletni, którzy chyba mają przesyt basenów, zjeżdżalni i temperatur. Ja nie pytam, tylko ukradkiem zaczynam segregować brudne ciuchy  i robić listy rzeczy do zrobienia po powrocie. 

Ryby przybijają z mężem piątkę i mówią mu po imieniu.

Lola, która od przyjazdu jada wyłącznie pieczone ziemniaki i suchy ryż, powoli zamienia się w grudkę krochmalu.

Misiek przeczytał „Kamienie na szaniec” i przypiekł sobie za bardzo ramiona. Ostatnio trudno mi zgadnąć, czy ta typowa cierpiętnicza mina nastolatka to poza, czy faktycznie się męczy. Małomówny się zrobił.

Sobota

W nastroju euforycznym pakuję nasze klamoty.

Misiek ostatnim rzutem na taśmę załapał sie na klątwę faraona i dyplomatycznie rzecz ujmując, nie ma zbyt wiele czasu na przyswojenie posiłków. Przynajmniej teraz jego poza męczennika ma uzasadnienie.

Lola co godzinę pyta – za ile godzin będziemy w domu? – wcale mnie tym nie irytując.

Mąż spalony na brąz, z zarostem i w słomianym kapelutku wygląda toćka w toćkę jak Hemingway. Idzie żegnać się z rybami (mam nadzieję, że nie z Rosjankami).

Wytrzymuję wszystko. Nawet podróż samolotem i powrót o drugiej w nocy.

Ogród nocą, cały spowity w cienie i zapachy, wita nas miękką trawą, powalającym aromatem kwitnących śliw i odrealnionymi kolorami tulipanów.

Lubimy wyjeżdżać. Wbrew pozorom wszyscy i razem. Każdy z nas bierze z tych wyjazdów, to co chce i potrafi. Ja na przykład uwielbiam wracać.

Rany, jak dobrze jest w domu!

pościgi i iluminacje

– Gdzie on jest? Przeszukaj parapety! I weź tego futrzastego potwora! Odsuń się , Lulu! –

Miotałyśmy sie po pokoju z Lolą, a krok w krok za nami miotał się kot, włażąc pod nogi i węsząc. Chwilę wcześniej Lukrecja wkroczyła do domu i miłośnie złożyła mi do stóp dorodnego żywego gila. Niestety gil nie docenił bycia prezentem i w pośpiechu opuścił pozycje, udając się…no właśnie: gdzie jest gil?!

W pokoju i przy tarasie mam nadmierną ilość biomasy, właściwie coś w rodzaju małej dżungli i znalezienie w niej niewielkiego w końcu ptaszka wydawało się awykonalne, zwłaszcza że Lukrecja też chciała odnaleźć zbiega i ciągle się o nią potykałyśmy.

Nagle Lola wypatrzyła gila wtulonego w fikusa i rzuciła się szczupakiem w tym kierunku. Lukrecja zauważyła go w tym samym momencie i też wystartowała.

Na ten morderczy wyścig załapał się mąż, który zszedł z góry wypachniony, elegancki i nieco spięty, bo właśnie udawał się na rozmowę o pracę.

Mąż zaczął dopingować Lolę, której  udało się wślizgiem przechwycić zdobycz. Ostatecznie przeniosłam ocalałego  gila na najwyższą i najbardziej wiotką gałązkę w ogrodzie, napominając, żeby raczej do nas nie wpadał w tym sezonie.

Mąż strzepnął piórka z garnituru i dużo bardziej zrelaksowany niż wcześniej poszedł załatwiać sobie robotę. Nie ma to jak widowisko dla odprężenia.

Chyba podziałało, bo mam wrażenie, że dostał tę pracę. Boję sie dopytywać, bo to TA robota, której się bałam i nie wiem, czy sie cieszyć, czy nie bardzo. Znowu będę słomianą wdową przez cały tydzień. A już się zaczęłam przyzwyczajać do jego obecności w domu, i on sam zaczął znajdywać radość w slołlajfie.

– Właśnie przeżyłem iluminację – oświadczył wczoraj uroczyście, wracając z dwugodzinnej nasiadówki na tarasie, w której to nasiadówce pewna rolę odgrywała też szklaneczka whisky.

– Czy to bolało? – zatroszczyła się Lola

– Zaraz, moment – spławiliśmy go z Miśkiem, bo akurat Kapitan Ameryka tłukł Lokiego po łbie (Avengersi – potwornie głupie było, ale zabawne).

– I co z tą iluminacją?- zainteresowałam się w końcu.

– Mam takie szczęście w życiu – rozrzewnił się mąż – żonę dobrą i dzieci fajne. I dom taki przyjemny. I ogród –

– I koty też fajne? – upomniała się Lola

– I to ta iluminacja była? – spytałam zdziwiona

– Czy to legalne? Znaczy to co brałeś?  – zainteresował się Misiek złośliwie

Ech, te iluminacje. Tak trudno je docenić.

A Lulu dostała obróżkę z dzwoneczkiem. Może ptaszki maja dobry słuch?

życie rodzinne i inne

Lola ma dziś urodziny, więc wesołe zróbcie miny…i się cieszcie w głos i w duszy, że Loli przekłułam uszy!

Właściwie nie ja, tylko kosmetyczka. – Boję się – rzekła Lola na fotelu.

– To złaź, ja ci nie każę uszu dziurawić –

– Nie, zostanę – rzekło mężnie dziecko. I zostało, chociaż…- Bolało -chlipnęła na koniec – ale nie szkodzi –

No, to jak w dowcipie o teściowej, na te urodziny tylko uszy jej  przekłułam. A złote kolczyki za rok.

Czy wiecie, co robią dziesięciolatki na urodziny? Oprócz, jak widać, dziurawienia małżowin? Dziesięciolatki zapraszają przyjaciółki do kawiarni, gdzie delektują się smakołykami i plotkują uroczo. Za osiem lat… wstaw zamiast kawiarni zadymiony pub, zamiast smakołyków piwo, a zamiast przyjaciółek kudłatych młodzieńców i będzie prawie to samo.Nie rozumiem, czemu oni tak szybko dorastają?

Miśkowi się dowcip wyostrza jak sekator na wiosnę.

– Nie rozumiem, czemu Chelsea może zdobyć tylko jedną bramkę, a Kazań musi aż trzy? – nieopatrznie wtrąciłam się do żywej dyskusji sportowej między ojcem i synem.

Mąż juz tchu nabierał, żeby mi z wyżyn swej mądrości udzielić wyjaśnień, ale Misiek się wciął zgryźliwie  – Daj spokój, tato, to byłby poziom „superekspert”. Na poziomie „ekspert” możesz jej spróbować wytłumaczyć, co to jest spalony –

– Phi – obruszyłam się zirytowana – spalone to mi z ręki jadły, jak cię jeszcze na świecie nie było – Ale dobra, faktycznie wciąż nie wiem, co ten ten spalony (poza oczywistym skojarzeniem z obiadem), więc nie rozwijałam tematu. 

 Z zemsty podczas gry w kalambury kazałam mu zgadywać przysłowie „Wielki jak brzoza, a głupi jak koza”. A  przy okazji  usłyszałam od męża przyjemny komplement – Kochanie, jak ty ładnie robisz pingwina – (i nie, to NIE jest pozycja seksualna)

Mąż jest rozdarty w swej bezrobotności  jako ta brzoza, tfu, sosna (sosna była u Żeromskiego, prawda, że sosna, błagam?!). Napalił się na jedną taką  robotę jak szczerbaty na suchary. Ja się boję jak cholera, bo robota bardzo, hmm,  stresująca, i taka, że na bank będzie go nie lubić całkiem duża rzesza ludzi. Ale rozumiecie, mąż twierdzi, że ciekawa i rozwijająca. Ja tego męża nie rozumiem czasami, jak słowo daję.

 Dla mnie przekleństwo „Obyś żył w ciekawych czasach” jest najgorszym z możliwych. Kocham nudę, pławię się w codzienności, napawam rutyną. JAK można dobrowolnie wchodzić w ciemną uliczkę, radośnie czekając, z której strony dostaniesz w łeb? No dobra, przesadzam.  Ale  na wszelki wypadek rozszerzyłam zakres moich  standardowych lęków o ewentualność dostania tej pracy.

PS.  Mąż ma i-de-al-ne wyniki badań kontrolnych. No. Tym się nie martwię przynajmniej.

PS 2. Nie ma śniegu. Nie ma śniegu. Nie ma śniegu. Nie ma śniegu. Nie ma śniegu……

mam nowy laptop

Że co? Że nie piszę? Gdybym pisała, nikt nie chciałby tego czytać. Stwierdziłam, że że moja meteoropatia przeradza się w odśniegowo zimowy obłęd, a studium powolnego popadania w szaleństwo to nie jest coś, czym chciałabym się dzielić z resztą świata. Ale już mi lepiej. Świeci słońce i topi co trzeba. Uwierzyłam w wiosnę.

Obejrzałam wreszcie „2012”. Straszny chłam, więc się ucieszyłam, bo lubię takie,  ale i tak najbardziej mnie ubawiło, że dwugodzinna epopeja o zagładzie ludzkości kończy się zdaniem – „Już nie potrzebuję pieluch” czy jakoś tak…Ja potrzebowałam, w obliczu realnego zagrożenia posikaniem się ze śmiechu. Swoją drogą, naprawdę jestem ciekawa, jak oni sobie radzili na tej arce przez miesiąc z podwójnym kompletem pasażerów na pokładzie..racjonowali żarcie, wodę i wyjścia do kibla? I wszyscy latali przez miesiąc w tych samych ciuchach i bez kąpieli?  Chyba wolałabym jednak to mega tsunami, ,przynajmniej szybka śmierć.

Mam nowego laptopa. Trochę mnie niepokoi, bo taki cichy jest i nic w nim nie lata. Czuję się nieswojo bez tych znajomych zgrzytów, wycia i trzasków klawiatury. I cały czas mam tendencje do walenia w k, tak odruchowo, więc mam nadzieję, że przynajmniej jeden klawisz doprowadzę szybko  do stanu swojskiej rujnacji.

A kupowałam go opornie,  doprowadzając konsekwetnie do rozpaczy i sprzedającego laptopy  znajomego i szwagra pośredniczącego w sprzedaży. Znajomy rozpostarł przede mną wizje potencjalnych możliwości, jakie oferuje nowy sprzęt, a ja żałośnie domagałam się – Takiego zwykłego chcę, żeby tylko miał zapas Internetu i żebym mogła sobie coś popisać –

Znajomy odpowiedział tajemniczym kodem, z którego zrozumiałam tylko: USB trzy zero, giga i karta graficzna ileś tam. Szwagier miłosiernie przetłumaczył mi to na polski, ale niestety, nadal wlepiałam w niego wzrok błędny jak po kawie bezkofeinowej. Znajomy w desperacji rozpakował mi trzy laptopy, wierząc, że widok tych cudeniek rozpali we mnie wreszcie żądzę posiadania.

I udało się! – Tego chcę! – dziubnęłam palcem w nieco podniszczony, poserwisowy sprzęt.

Panowie zawiesili na mnie przerażony wzrok – ale on ma tylko…(tu wyrecytowali coś co brzmiało jak fragment pism esseńskich w oryginale)..i w dodatku ma otarcie na klawiaturze (i dziubnęli palcem w milimetrowy odprysk). Czemu właśnie ten?! –

– Internet ma w obfitości? Worda da się zainstalować? Można obejrzeć film tak, żeby było widać tło za aktorami? No to, o co chodzi? Właśnie taki chciałam –

Im sie nie przyznałam. Uparłam się i tyle, wyszarpując niemal sprzęt wstrząśniętemu znajomemu. Ale wam się mogę przyznać – Mój nowy laptopik ma podświetlaną klawiaturę! Nawet nie wiecie, jak rozkosznie wygląda takie świecące na niebiesko k! –

 

ulewam sobie

Wyszłam na spacer. Gdyby ktoś mi powiedział miesiąc temu, że trzy dni przed świętami będę maszerować w kurtce puchowej, szaliku, czapce i rękawiczkach, to bym śmiechem zabiła.

Enyłej, wyszłam. Ponieważ poza tym rynsztunkiem miałam też ocieplane walonki z Lidla, tłuste włosy i zero makijażu (czyli mordę gustownie przyozdobioną sińcami pod oczami, siecią naczynek i czym tam jeszcze natura hojnie na przedwiośniu obdarza), oczywiste było, że już po stu metrach wpadłam na Koleżankę, której nie widziałam z rok co najmniej.

Koleżanka obrzuciła mnie spojrzeniem przeciągłym, rozpromieniła się i do końca (zbyt długiej, wierzcie mi, rozmowy) nie spuszczała ze mnie uszczęśliwionego wzroku.

Wcale się jej nie dziwię. Dziwię się za to sobie, że starannie stłumilam instynt morderczy i wytrzymałam wszystko. Nawet zwierzenia, że Koleżanka „dziecią” żałować nie bedzie i zapisała je na angielski, i że nauczyciel nie chciał przyjeżdżać do domu, ale dzieci „bynajmniej” mają blisko.

Koleżanka niemal lubieżnie zatapiała wzrok w moich niedostatkach (te walonki chyba ją trząchły), a ja, słowo daję, wcale nie przytopiłam jej w pobliskim kanałku (no dobra, był zamarznięty), za włos trefiony nie szarpłam ani pod but Kazara nie splunęłam. Jednak nadal  jestem cywilizowana, przynajmniej na zewnątrz. Bo w domu…

– Wiesz dlaczego kobieta przed okresem wkłada skarpetki do lodówki? – spytałam męża, kiedy zakwestionował jakąś prostą czynnośc domową, którą robiłam. Mąż potulnie czekał na ciąg dalszy.

-Bo tak!!#$&*- ryknęłam.

-Masz PMS? – zdziwił się mąż niewinnie

– Mam AMS, a za chwilę będę miała SMS, MMS i TPSA! A w ogóle rób sam, jak ci się nie podoba!-

Ciężkie życie ma ze mną rodzina.A najbardziej mnie wkurza hurraoptymizm męża: – Daj spokój, przecież słońce świeci. Nie widzisz, jak radośnie na dworze?-

Nic nie rozumiem. Zgodnie z przeczytanym przeze mnie poradnikiem mąż powinien już dawno z fazy sztucznego optymizmu wejść w charakterystyczną dla bezrobotnych apatię i frustrację. A ten się cieszy bezrozumnie nędznym słońcem zza niemiłosiernie brudnych okien.

Chociaż jeden syndrom faktycznie  się zgadza. Wrócilam z Pilatesu parę dni temu umęczona, spocona i głodna, z ufnym przekonaniem, że o 11.30 małżonek przejmie ode mnie obowiązki w stylu odebrania Loli ze szkoły. Dupa. Małżonek właśnie oczęta błękitne  otwierał. Pojechałam więc sama, mamrocąc pod nosem brzydkie słowa i nie omieszkałam w drodze powrotnej poskarżyć się córce. Córka odpowiedziała filozoficznie: – Co ty chcesz, mamo, bezrobotni tak już mają –

Chrzanię. Nie sprzątam. I nie gotuję. Niech jedzą ciastka.