klątwa olinkluzif

Nie było mnie. A potem byłam, ale mnie nie było przy kompie. A potem byłam przy kompie, ale odwalałam Sprawy. I tyle tłumaczenia się:-).

Sobota

Wyjeżdżamy. Reisefieber w rozkwicie. Im jestem starsza, tym gorzej. Zwłaszcza przed podróżą samolotem. Latać się nie boję, skąd, mam za mało wyobraźni, żeby się bać, że spadniemy. Ale po godzinie lotu jestem wysuszona jak peruwiańska mumia, zamiera mi krążenie w łydkach, a od przebywania w małej przestrzeni z dużą ilością ludzi dostaje regularnej schizy. Cztery i pół godziny tortur.

Niedziela

Egipski hotel wygląda jak wyjęty  z disnejowskich dekoracji. Jedziesz szarą, brudną pustynią, mijając sterty śmieci, rozklekotane ciężarówki i wojskowe posterunki i nagle, tuż za bramą hotelu, wjeżdżasz na plan filmowy „Baśni z tysiąca i jednej nocy”,  tandentny, jak scenografia „Klątwy doliny węży”, ale jednakowoż uroczy. Małoletni rejestrują na szybko baseny, palmy i polski kanał w TV. – Mamo, Pingwiny! Będziemy oglądać Pingwiny z Madagaskaru!! – Znaczy, damy radę przeżyć ten wypoczynek.

Poniedziałek

Basen czy morze? Ten jakże dramatyczny dylemat towarzyszy nam odtąd każdego dnia. Oto czym są rodzinne wakacje – nieustannym konfliktem interesów. Misiek do morza nie chce. Ja basenów nie cierpię. Lola chce nad morze, ale nie chce się kąpać.  Mąż chce pooglądać rafę pod wodą. Mozolnie wypracowujemy kompromisy. Na skutek czego we wtorek…

Wtorek

Misiek spędza przedpołudnie w barze przy plaży, sącząc, mam nadzieję, bezalkoholowe drinki i czytając męczeńsko „Kamienie na szaniec”. Mąż uczy Lolę snorkelingować. Zbocze rafy kończy się pięciometrową głębią. Schizuję, ganiając po pomoście i napominając nieustannie męża, że ma nie spuszczac córki z oczu.Okazuje się, że Lola w masce pływa jak ryba i mogę sobie odpuścić. Wracam do baru czytać „I’m not a serial killer” – bardzo relaksująca lektura na wakacje.

Środa

Przez osmozę zaczynam mówić po rosyjsku. Hotel jest opanowany przez naszych sąsiadów, którzy najwyraźniej zakładają, że rosyjski jest drugim urzędowym językiem w Egipcie i posługują się wyłącznie nim. Niestety, napisy przy potrawach w restauracji są po angielsku. Mąż cierpliwie tłumaczy kilka razy dziennie zagubionym Rosjankom – Eto riba. A eto pielmieni –

Rosjanie nie pytają o jedzenie, tylko o picie. Darmowe drinki i piwo płyną szerokim strumieniem, wprawiając gości w nastrój euforyczny. Mąż zaczyna regularne turnieje siatkówki wodnej z trzeźwymi Rosjanami.

Czwartek

– Kiedy wracamy – cichutko pyta Lola.

Lola tęskni za kotami. Ja tęsknię za ogrodem. Misiek za kompem.

Zaczynam układać ubrania w szafie kolorami i przecierać z kurzu biurko.

Mąż i Misiek rozgrywają turnieje siatkówki wodnej z pijanymi Rosjankami. Nikt sie nie utopił, co można uznać za sukces w kontaktach międzynarodowych.

Mąż zaprzyjaźnia się z rybami, które łaszą mu się do stóp i jedzą z ręki.

Piątek

– Kiedy wracamy? – śmiało i odważnie dopytują małoletni, którzy chyba mają przesyt basenów, zjeżdżalni i temperatur. Ja nie pytam, tylko ukradkiem zaczynam segregować brudne ciuchy  i robić listy rzeczy do zrobienia po powrocie. 

Ryby przybijają z mężem piątkę i mówią mu po imieniu.

Lola, która od przyjazdu jada wyłącznie pieczone ziemniaki i suchy ryż, powoli zamienia się w grudkę krochmalu.

Misiek przeczytał „Kamienie na szaniec” i przypiekł sobie za bardzo ramiona. Ostatnio trudno mi zgadnąć, czy ta typowa cierpiętnicza mina nastolatka to poza, czy faktycznie się męczy. Małomówny się zrobił.

Sobota

W nastroju euforycznym pakuję nasze klamoty.

Misiek ostatnim rzutem na taśmę załapał sie na klątwę faraona i dyplomatycznie rzecz ujmując, nie ma zbyt wiele czasu na przyswojenie posiłków. Przynajmniej teraz jego poza męczennika ma uzasadnienie.

Lola co godzinę pyta – za ile godzin będziemy w domu? – wcale mnie tym nie irytując.

Mąż spalony na brąz, z zarostem i w słomianym kapelutku wygląda toćka w toćkę jak Hemingway. Idzie żegnać się z rybami (mam nadzieję, że nie z Rosjankami).

Wytrzymuję wszystko. Nawet podróż samolotem i powrót o drugiej w nocy.

Ogród nocą, cały spowity w cienie i zapachy, wita nas miękką trawą, powalającym aromatem kwitnących śliw i odrealnionymi kolorami tulipanów.

Lubimy wyjeżdżać. Wbrew pozorom wszyscy i razem. Każdy z nas bierze z tych wyjazdów, to co chce i potrafi. Ja na przykład uwielbiam wracać.

Rany, jak dobrze jest w domu!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s