żaba i makarena

 Przyspawało mnie do „Starcia królów” i oderwać się nie mogę. A obiecywałam sobie po pierwszej części „Gry o tron”, że już nie ruszę tego uzależniającego cholerstwa. Najgorsze jest to, że już wiem, że Martin beztrosko uśmierca akurat tych bohaterów, do których się przywiązałam. I teraz boję się nawiązać więź emocjonalną, bo nie wiem, kto za chwilę padnie trupem…(nie, błagam, NIE piszcie, KTO, bo mi psychika całkiem siądzie).

Pogoda jest, jaka jest. Niektórym odpowiada. Takim komarom na przykład. Wychodzę do ogrodu w grubych dżinsach, kurtce przeciwdeszczowej i trampkach, opryskawszy się starannie repelentem, a one krążą wokół mnie jak fanki wokół Justina Biebera, usiłując uszczknąć choćby kąsek. I dopadają, gdzie się da. Mam pogryzione uszy, nadgarstki i palce u rąk.

Ale….przeczytałam właśnie, że żaby zjadają larwy komarów. W związku z tym na gwałt zwiększam użabienie mojego terenu. Jestem dość zdesperowana. Wczoraj zobaczyłam śliczniutką żabusię w ogródku sąsiadów. Uczciwie zgłosiłam się do sąsiadki z płazem w garści i spytałam – czy ta żaba jest ci potrzebna? –

Ponieważ sąsiadka z lekkim wstrętem  odpowiedziała, że niekoniecznie, z czystym sumieniem wpuściłam kolejną żabę w moje grządki.

Co jeszcze zjada komary? Zanim one zjedzą mnie? Bo mam wrażenie, że za chwilę będę potrzebowała transfuzji albo przeszczepu skóry.

Chociaż, skoro przeżyłam przedstawienie szkolne na dzień matki, przeżyję i atak owadów.

Lola stała w pierwszym rzędzie, bo nieduża. Stała, i na oczach licznie zgromadzonej publiczności nieustannie drapała się po łydkach (ją tez komary lubią). Pomimo dekoncentracji zagrała z subtelnym wdziękiem „Kurki trzy” na cymbałkach, wywołując we mnie falę ulgi i wdzięczności, jako że przez ostatni tydzień przeżyłam już dzikie wrzaski (nigdy się nie nauczę), rzucanie cymbałkami (urwała tylko wysokie C, niepotrzebne wszak do Kurek), szloch i darcie włosów z rozpaczy.

Dobra, Kurki zaliczone. Tańczyć nie tańczyła, bo jej partner zdezerterował. Może i dobrze, bo gdy zobaczyłam układ jej klasy, żywcem zerżnięty z West Side Story (no dobra, to było West Side Story w  wykonaniu głuchoniemych po urazach ortopedycznych), zdeczka osłupiałam. Odblokowało mnie przy występach kolejnej klasy, która tańczyła Makarenę.

Kojarzycie „Wioskę przeklętych”? Te nawiedzone blond dzieciaczki o nieruchomych twarzach? Dodajcie do tego ruchy C3-PO z „Gwiednych wojen” pomnożone przez dwadzieścia ciałek wywijających kończynami w nieustannym dysonansie do rytmu oooo, makarena!

Zakryłam twarz torebką i śmiałam się niekontrolowanie do bólu brzucha.

Minęły eony tańców, piosenek i występów solowych, zanim wreszcie fala dzieciątek ruszyła na nas jak na Turków pod Wiedniem, każde z torebeczką w dłoni. Z torebeczki każdy rodzic ze wzruszeniem wyłowił jakieś rękodzieło swojego potomka i książkę „Jak wychować zdolne dziecko”.

– Trochę już na to za późno, nie sądzi pani? – zauważyła sarkastycznie elegancka mama, siedząca obok, oglądając okładkę wspomnianego dzieła. Doprawdy, nie wiem, co mogła mieć na myśli.

Te dzieci mają niewątpliwie ogromny potencjał!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s