wpis zimowy

Co tydzień dyktuję małoletnim listę zakupów do supermarketu. Ja latam po domu i sprawdzam, czego brakuje, a oni notują, prześcigając się w udziwacznianiu listy. „Sir Szynka”, czyli szynka i żółty ser w wykonaniu Miśka, doczekały się tylko ataku śmiechu przy półce sklepowej. Ale „ramka w cieczy” Loli uziemiła mnie na dłuższą chwilę, zanim skojarzyłam, że to Rama w płynie, której używam do smarowania blach. Skądinąd nie mogę kupić tego dziadostwa od miesiąca i babram się z papierkami po maśle, szlag.

Piję kawę i zastanawiam się, co lepsze – dziesięciocentymetrowy lukier lodowy na asfalcie i minus szesnaście, czy minus osiem i śnieg padający bez przerwy od trzech dni. Dżuma czy cholera?

W sumie co za różnica? Moje wiejskie drogi są śliskie jak tygodniowa szynka z supermarketu, ze śniegiem, czy bez. Najwyraźniej urzędnicy uznali, że skoro poruszamy się furmankami i na traktorach, pługi na drogach to zbędny kaprys. Każdy wyjazd z domu to wyczyn godny angażu w Cirque du Soleil. A przede mną w perspektywie kolejne badanie techniczne… Ponieważ nadal wstydzę się pokazać w tamtej stacji, zwłaszcza po drugiej wpadce, znalazłam inną w okolicy. Oni jeszcze nie wiedzą, że ja nie wiem, gdzie mam światła przeciwmgielne….

A moja rodzina na szczęście nie wie jeszcze, że ja tak naprawdę bardzo lubię odśnieżanie. Więc mam dwa w jednym – ulubioną rozrywkę oraz miłość i wdzięczność współmieszkańców, kiedy wzdychając łapię za szuflę.

Znalazłam fenomenalny sposób na matematykę Loli. Jedna czekolada z Wedla jako cicha łapówka sprawia, że Misiek zamienia się w cierpliwego i kompetentnego pedagoga, gotowego wytłumaczyć siostrze zawiłości geometrii. Bo muszę wyznać, że nienawidzę geometrii! Jeszcze bardziej, niż dzielenia liczb wielocyfrowych.

Trochę mam dość. Śniegu, zimy, uziemienia w domu. Mąż mi się zdrowotnie sypie i muszę opracować plan naprawczy. Misiek trwa w niezłomnym i pozbawionym podstaw optymizmie co do  egzaminów, nie zaprzątając sobie póki co ślicznej główki wyborem liceum. Lola od półtora miesiąca jedzie na takich dawkach sterydów, jak abeesy z siłowni. A ja świruję. Chwilowo nie mam pracy i tyję, martwię się, bo tyję i nie mam pracy, martwię się o małoletnich i męża, bo mam za dużo czasu, bo nie mam pracy, więc tyję. Ha! Nawet nie wiedziałam, że to takie skomplikowane! Wiosno, przyjdź, zanim zwariuję….

 

deprawacja nieletniego?

– Jutro idziemy z klasą do kina – mówi Misiek

– Potrzebujesz kasy? –

– Noo, i jeszcze pisemną zgodę rodziców –

– Dobra, mogę ci podpisać co tam chcesz, ale zaraz… ta zgoda to po co? –

– Chcemy iść na „Wilka z Wall Street” – wyjaśnia z ociąganiem młody – i bez karteczki od rodziców pani nas nie zabierze –

Hmm. Nie interesowałam się póki co tematem, bo z założenia nie chadzam na filmy z Dikapriem  (wiem, świnia jestem nieuczona i małostkowa, ale wizualnie mi chłopina nie podchodzi, co poradzić). Szybka konsultacja z Filmwebem pozwoliła mi dowiedzieć się, że ten świetny, błyskotliwy i ochachsuper film oferuje w gratisie liczne sceny seksu, picia,  zażywania narkotyków i innych niecnych postępków ludzi dorosłych i zepsutych.

– No chyba żartujesz, dziecko?! –

– Mamooo, wszyscy idą, daj spokój, mam już PRAWIE szesnaście lat i w ogóle –

– Wiesz co, chora jestem, nie chce mi się z tobą kłócić. Jeśli uda ci się przekonać ojca, to pójdziesz, ja się nie wtrącam. Ale mam jeden warunek – musisz mu szczerze powiedzieć, co to za film –

Mąż wraca znużony i od progu zostaje opromieniony blaskiem stuwatowego uśmiechu swego jedynego syna

– Tato, mam dla ciebie wspaniałe wieści. Czy wiesz, że przeszedłem kolejny etap olimpiady? I jestem czwarty w województwie? –

Mąż jest słusznie oszołomiony/wzruszony/dumny i werbalizuje z zapałem powyższe. Ja robię cichy fejspalm, bo zapomniałam, że mąż nie wie i teraz Misiek go walkowerem bierze.

– A jutro idziemy do kina! W dodatku na taki pożyteczny film! –

Mąż żywo zainteresowany, na czym polega pożyteczność filmu.

– Bo to o giełdzie jest. Baardzo pouczające i będę mógł poznać mechanizmy rynku giełdowego i akurat mi się przyda do kolejnego etapu olimpiady i w ogóle –

Mąż docieka, bo okazuje się, że sam chciał iść na ten film, a może i mnie zabrać (mimo mej niechęci do Dikapria).

– Nie, tato, mamy to nie zainteresuje, bo tam podobno są przekleństwa i trochę gołych biustów, i seksu, no, i narkotyki, ale – pospiesznie dodaje potomek – pokazane w bardzo złym świetle i od razu będę wiedział, że tak nie można, bo bohatera spotyka za to kara, tak czytałem –

Milczę, powalona makiawelicznymi manewrami Miśka, który dokonał niemożliwego. Powiedział wszystko, co powinien, a jednak…

Mąż pyta przytomnie – A mama się zgodziła? –

– Powiedziała, żebym spytał ciebie, bo ty decydujesz – podlizuje się Misiek bezczelnie, przypieczętowując decyzję, bo w końcu faktycznie sama odebrałam sobie prawo głosu.

I pojechał. Obejrzał. I wrócił.

– Czy wiesz, mamo – poinformował mnie usłużnie – że w prawie każdym zdaniu tego filmu było  przynajmniej jedno przekleństwo? I strasznie dużo golizny było, i ciągle wszyscy wciągali kokę, i na jedną imprezę to on zaprosił sto prostytutek? –

-Ale później spotkała go za to kara, tak? I dlatego to miało wartość edukacyjną, nieprawdaż? – spytałam chłodno

-Tak – rozpromienił się Misiek – dokładnie. Bardzo pouczający film! –

– Jeszcze słowo, a do końca roku nie obejrzysz nic poza „Reksiem” i „Bobem Budowniczym” –

 

Oglądaliście „Wilka”? Czy mój syn ma jeszcze szansę na normalne życie, czy zrujnowałam jego morale swoją nierozważną decyzją? Na razie, w ramach detoksykacji jego młodocianego, zdeprawowanego umysłu mam ochotę zmusić go do przeczytania „Ani z Zielonego Wzgórza”, „Polyanny” i poprawić rocznikiem „Rycerza Niepokalanej”.

 

gdzie mnie boli, gdzie uwiera

Tiaaa, żyje, żyję….

Ale co to za życie.

Mąż ma zupełnie nową, ładną jednostkę chorobową. Okazało się, że chemioterapia i regularnie wlewany do żył kontrast nie są obojętne dla organizmu, na przykład trwale rozwalają nerki. I kiedy mąż zaniemógł tydzień temu, lekarz zdiagnozował mu sympatyczne, nieuleczalne schorzenie. Da się z tym żyć i unikać ataków, ALE  na przykład należałoby stosować specjalną dietę.

Na łożu boleści mąż zgodził się całkiem pokornie na ewentualne ograniczenia. Do czasu, kiedy odkrył, że ograniczenie dotyczą jego ulubionych przysmaków, hmmm, większości składników jego jadłospisu. Kiedy przeczytałam mu listę potraw zakazanych, rzucił kapciem, powstał z martwych i z kanapy, a potem kategorycznie wyparł się diety, choroby, bólu, cud, że nie dzieci własnych. Po czym ozdrowiał. I odmówił przyjęcia do wiadomości faktu, że cos mu dolega.

Znając jego upór, faktycznie wyzdrowieje.

Ja za to biorę właśnie trzecią serię antybiotyku, żeby moje zatoki wreszcie raczyły załapać, że już czas się wyleczyć. Mam kompletnie rozpieprzony żołądek, a wraz z bakteriami wybiłam też chyba szare komórki, bo moje procesy myślowe są płytkie i ubogie w życie jak Zatoka Pucka.

Nie mogę, no po prostu nie mogę napisać zabawnego ani błyskotliwego, co tam, nawet gramatycznie składnego nie potrafię. Za to dyszę wchodząc na czwarty stopień i łapię oddech przy zawiązywaniu butów. Już wiem, jak będę się czuła jako siedemdziesięciolatka z otyłością kliniczną.

Tak więc sobie żyjemy po emerycku, tu nas kłuje, tam nas boli. Czas zapisać się na nfztowską listę do sanatorium albo na prezentację garnków.

Dobra, czas, żeby posapując, przygotować zdrowy posiłek, przemycając mężowi zalecane produkty. A potem może obejrzę „Klan” albo powtórkę „Dynastii”, bo krzyżówki już poza moim zasięgiem. Jeśli sytuacja nie ulegnie zmianie, spodziewajcie się wygaśnięcia bloga albo zmiany tytułu na „Gdzie mnie dziś boli i co to może być”

 

Dobry początek roku

Jak spędziłyście Sylwestra? Dobrze się bawiłyście?

Bo ja umiarkowanie. Się przeziębiłam na tej Teneryfie. Mała ta wyspa, a skoki temperatur mordercze. Na plaży niemieckie emerytki wystawiają pomarszczone ciała do słońca, a w górach, czyli dwa kroki dalej, niemieccy emeryci pomykają w kożuszkach i markowych kombinezonach alpejskich.

Jak się rozchorować raz, a porządnie:

Dostałam kataru jak Niagara. Szybciutko więc (skupcie się, bo nie będę powtarzać przepisu) zaliczyłam całodniowy wypad pod ośnieżony wulkan i do wąwozu Masca, gdzie piździło jak w kieleckiem na przedwiośniu. I następnego dnia (pamiętajcie, żeby nie dawać organizmowi zbyt dużo szans na regenerację) odbyłam sześciogodzinny lot z przesiadką, czyli dwa starty i lądowania, z obłożonymi zatokami i katarem, który w międzyczasie przeszedł w formę utrwaloną. Pierwszy raz w życiu płakałam przy lądowaniu, wtórując dwulatkom desperacko międlącym butelkę, żeby odblokować uszy.

I w taki oto sposób obudziłam się w Sylwestra w domu z galopującym zapaleniem zatok i oskrzeli. W związku z tym o 22 wczołgałam się w malignie do łoża boleści, mając totalnie w odwłoku szampana, fajerwerki i odchudzoną Marylę Rodowicz.

Dopiero dzisiaj, obżarta antybiotykami, czuje się na tyle przytomna, żeby zaraportować, że żyję. Jakoś mi umknął cały ten początek roku, do licha.

Mój ojciec podsumował ponuro – mogłaś zachorować w domu, taniej by wyszło. W sumie prawda, ale i tak uważam, że było warto.

Czy wiecie, że na Teneryfie wszędzie rosną kaktusy? Tak jak chwasty, na ugorach i poboczach? Jarało mnie to do tego stopnia, że po dwóch dniach cała rodzina znużonym chórem uprzedzała moje zachwyty – tak, tak, wiemy, kaktusy jak chwasty-

kaktus

(no dobra, to raczej opuncja, ale opuncja to też kaktus, tak?)

Ale nawet oni nie oparli się urokom Monkey Park, gdzie przesłodziusieńkie (na pewno jest takie słowo!) lemury i małpki łaziły nam po głowach i wyjadały z ręki kukurydzę. Dla rodziny, która wielbi króla Juliana, było to przeżycie doniosłe…

lemury

Daruję nawet temu cholernemu wulkanowi, bo był niezmiernie dekoracyjny, gnojek jeden, zachorowujący niewinnych ludzi!

wulkan

 Tak więc, podsumowując operacja się udała, chociaż pacjent słabuje.

I wiem, że późno i mizernie to zabrzmi, ale i tak życzę wam dobrego roku, bez dramatycznych zwrotów wydarzeń, które dobrze wyglądają tylko w serialach, za to z dużą porcją całkiem nowych radości i wzruszeń. Ściskam,

Wasza niezmiennie, choć wciąż zasmarkana Asia.

 

Analiza i wnioski

Zastanówmy się:

porządki przed i po świąteczne –

lawirowanie po zatłoczonych sklepach celem nabycia dóbr konsumpcyjnych –

przyrządzenie posiłków i wypieków na święta –

Wigilia u teściów w pakiecie z potwornie niewygodnym noclegiem –

obróbka choinki i codziennie zbieranie igieł –

dekoracje świetlne i wieszanie tychże w gródku –

trzy kilo na plusie po kilku dniach przyswajania węglowodanów złożonych –

Nie mogę znaleźć słabych punktów naszego planu.

Plan dojrzewał w głowie męża tak długo, że niemal się rozpadł na kawałki przy wyciąganiu. Bo jakby trochę za późno zaczęliśmy wszystko załatwiać, więc coś może nie wypalić.

Po wstępnym sprzeciwie i późniejszej analizie (patrz wyżej) doszłam do wniosku, że jestem za. Miśkowi jak zwykle wszystko jedno. Lola się stawia, no ale ona przeżyła raptem dziesięć Wigilii i jeszcze jej nie spowszedniało. Trudno, przekupię ją karmieniem małpek i plażą.

Wyjeżdżamy na Święta. Raczej wygląda mi to na ucieczkę, ale uznajmy, że to planowy odwrót z zabezpieczaniem tyłów (kotów zwłaszcza). Pierwszy raz w życiu (długim życiu, zaznaczmy) nie będę na Wigilii u rodziny, nie spożyje rytualnych obiadów świątecznych i nie upiekę nawet jednego ciasta. Choinki tez nie kupuję, a co! Jak szaleć, to szaleć.

Zamiast tego będę łazić po czarnych, skalistych plażach Teneryfy, patrzeć na różne takie zielone i bujnie kwitnące i zakładać koszulkę z krótkim rękawem.

Musza czacha! To będą naprawdę czadowe święta!

PS Ale świecącego na niebiesko reniferka na tarasie muszę postawić. No nie da rady. To ostatni element dziecinnej magii świąt, który mi jeszcze został.

 

Ksawery i okolice

Zmęczył mnie Ksawery, oj, zmęczył. Pomijając już trzydobową mega migrenę i furię, jaka mną miotała, czułam się normalnie jak w więzieniu.

Najbardziej wykończył mnie piątek. Mąż gdzieś tam, hen daleko, za firanami śnieżnej zadymki. A ja w domu z Lolą, której temperatura rosła tak galopująco, że dreszcze rzucały nią po kanapie. Wicher dął, gałęzie spadały w ogrodzie, śnieg oblepił mi szczelnie okna, światło coraz bardziej migało, a ja rozpaczliwie usiłowałam rozpalić w kominku. Wizja siedzenia po ciemku w wyziębionym domu z dzieckiem prawie majaczącym w gorączce, była tak osłabiająca, że dorzucałam kolejne szczapki i rozpałki, chlipiąc cichutko, żeby jeszcze małoletnich nie straszyć.

Ale dałam radę, co tam, w raptem trzy godziny udało mi się wreszcie rozhajcować ogień, spędzić Loli temperaturę do poziomów akceptowalnych i nie oszaleć.

Co do tego ostatniego mam jednakowoż wątpliwości. Ostatnio odwiedziłam bezpośrednio niemal po sobie dentystę i ginekologa. I podczas borowania naszła mnie taka refleksja, że dużo łatwiejsze emocjonalnie i mniej krępujące wydaje mi się rozłożenie nóg niż otwarcie paszczy przed obcym człowiekiem. Ekhmm…wolałabym chyba, żeby nikt nie analizował zbyt skrupulatnie meandrów mojej psychiki…Bo później (a dokładniej cztery minuty i jedną plombę później) doszłam do wniosku, że stomatolog jest po prostu jakby bardziej bolący…No!

Lola wyzdrowiała natychmiast, gdy odkryłyśmy, że jej dawno temu wysłana do pewnej redakcji długa opowieść o Lukrecji została wydrukowana. W prawdziwej, kolorowej, ogólnopolskiej gazecie!

Mąż z wrażenia wykupił chyba cały nakład, Misiek subtelnie sugerował, że on przecież w gazetce szkolnej…od dawna…a my nic, Lola z wypiekami na twarzy tłumaczyła Lukrecji, że teraz jest sławnym kotem, bo tylko to uznała za istotne, a ja uściskałam dziecko, pochwaliłam, i zapędziłam do matematyki, żeby przywrócić równowagę w przyrodzie.

Ta matma jest koszmarem nie tylko dla Loli. To jakaś klątwa chyba! Pamiętam, jak pod koniec liceum z rozkoszą podarłam podręcznik na strzępy, przysięgając sobie, że już nigdy więcej nie uruchomię tej części mózgu.  W tej chwili chyba osiągam próg swoich możliwości intelektualnych: dzielenie pisemne przez liczby wielocyfrowe. Ciągle się zawieszam, co zrobić z zerami, które mi się plączą po równaniu, a Lola patrzy na mnie powątpiewająco i prosi, żebym sprawdziła na kalkulatorze. Przysięgam, że gdy dojdziemy do zamieniania ułamków, wynajmę jej korepetytora.

PS Jedliście kiedykolwiek perliczkę? Kupiłam dziś w Lidlu i chodzę wokół niej nerwowo. Traktować ją jak kurczaka? Czy bardziej jak kaczkę? Co się robi z perliczką, poza snobowaniem się na jadanie perliczek?

 

 

 

refleksja wychowawcza

– Zhańbiłem naszą rodzinę – oznajmił Misiek po powrocie do domu

Uniosłam brwi wysoko (skądinąd jednym z moich niedościgłych marzeń jest umiejętność unoszenia JEDNEJ brwi).

– Po raz pierwszy w życiu ściągałem na klasówce z geografii i zostałem przyłapany – ciągnął ponuro Misiek.

Pozostawiłam brwi w wymuszonej pozycji, pospiesznie analizując wypowiedź pierworodnego: Czy to oznacza, że pierwszy raz w życiu ściągał? Czy też pierwszy raz ściągał na geografii? Czy może pierwszy raz został przyłapany?

– Dostałeś pałę? – spytałam neutralnie

– Tak –

– Poprawisz? –

– Tak –

– Ściąganie jest złe. Przyłapanie na ściąganiu też niedobre – podsumowałam swoje pospieszną analizę. – Chcesz do obiadu ryż czy ziemniaki? –

– Makaron – powiedział z ulgą Misiek i westchnął głęboko – pouczę się po obiedzie. I więcej tego nie zrobię –

Nie spytałam, czy nie będzie ściągał, czy nie da się złapać. W sumie powinien sam wiedzieć, prawda?

 Chwilami mam jednak wrażenie, że moje dzieci wychowują się nie dzięki mnie, a raczej wbrew moim działaniom….

zwolniłam

Zwolnienie  tempa na polu prac intelektualnych naturalną koleją rzeczy zaowocowało zwolnieniem procesów myślowych. Dlatego stojąc w kolejce w mięsnym długo nie mogłam przyswoić informacji, że patrzę oto na „pachwinę wiejską”. Nawet nieźle wyglądała, ta pachwina, ale jakoś głupio było mi poprosić: „Pani Marysiu, poproszę pachwinkę”. Ale może jeszcze się przełamię?

Prezenty zamówione. Cała pensja poszła (no, nie oszukujmy się, przy moich aktualnych zarobkach to nie świadczy znowu o zbytniej hojności). Tylko prezent dla męża mi został. Obmyślam coś równie perwersyjnie idiotycznego i użytecznego jednocześnie, jak świecący obrotowy wieszak na krawaty. Chyba już mam nawet pomysł.

A Misiek ostatnio coraz mroczniejszy i warkliwszy. Chociaż kłótnie z nim zawsze bardziej mnie bawią niż złoszczą, więc słabo wypadam jako rodzic autorytarny. Pod koniec awantury Misiek warczy zdesperowany – Jest jakaś szansa, że zostałem adoptowany? –

– Nie licz na to, dziecko, ale zaczynam wierzyć, że cię w szpitalu podmienili –

– No, to przynajmniej by tłumaczyło moją przewagę intelektualną – prycha Misiek

Nie jestem w stanie się nie śmiać. Masakra jakaś. Powinnam go do pionu ustawić, ale ponieważ on sam zaczyna rechotać, psujemy każdą porządną kłótnię. Żenada.

Byliśmy ostatnio u teściów. Dzięki tej wizycie staliśmy się szczęśliwymi posiadaczami odkurzacza piorącego marki Welmax i dwóch kompletów pościeli z wełny jakiegoś nieznanego bliżej ssaka. Ponieważ doskonale wiedzieli, że odmówimy kategorycznie, postawili nas przed faktem dokonanym i dostaliśmy taki oto spóźniony prezent rocznicowy. Przecież nie można odmówić przyjęcia prezentu, nieprawdaż?

Jak wytłumaczyć moim łagodnym, ufnym, sympatycznym teściom, że chodzenie na prezentacje jest równie niebezpieczne jak stanięcie na czele pochodu w Dniu Niepodległości?

Pościel gryzie, co pozwala domniemywać, że dawca futra był groźnym drapieżnikiem.

Odkurzacz ma tak skomplikowaną instrukcję jak procedura startu Challengera i niestety, jego obsługa całkowicie przerasta moje zdolności manualno – intelektualne.

Teściowie wydali jakąś przepotworną kupę kasy ze swoich nauczycielskich emerytur.

A nam jest łyso i nawet odezwać się nie możemy, bo urazimy ich uczucia.

I tyle.

A. Wytłumaczcie mi jeszcze, dlaczego mój kot jest takim psychopatycznym chamem. Leżę sobie. Na mnie Inka. Głaszczę ją sobie powolutku i w zamyśleniu. Nagle Inka wstaje, wbija z całej siły kły w moją rękę  i pospiesznie się oddala. Byłam tak zaskoczona, że jedyne, co mi przyszło do głowy, to żałosny jęk – Ale za co? – zamiast zaserwowania futrzakowi kopa w stosowną część ciała. Nie może jak człowiek powiedzieć, że coś jest nie halo? Tylko tak od razu z przemocą leci? Jestem oburzona. Chyba założę TOOZ (Towarzystwo Opieki nad Opiekunami Zwierząt). Ktoś nas musi bronić przed tymi bestiami.

przymiarka do prezentów

Jakiś podły wirus rozjechał mi męża, jak nie przymierzając jeża na autostradzie. A wierzcie mi, łatwiej znieść grypę z powikłaniami na własnym organizmie, niż przeziębienie u najdroższego małżonka, i to nie z powodu mojej nadmiernie rozwiniętej empatii.

Lola kaszle rytmicznie i miarowo jak młot pneumatyczny. I nie wiem, czy to astma, czy tenże wirus, bo pierwszy wolny termin do pulmonologa jest 20 grudnia. Do tego czasu Lola wyzdrowieje albo…albo nie i wtedy będę wiedziała, że to astma. Niech żyją związki przyczynowo skutkowe i terminy w służbie zdrowia.

Misiek wyjątkowo nie daje się wirusom. Po obejrzeniu „Wałęsy” dał się za to uwieść muzyce filmowej i teraz mój dom wypełniają wieczorami dźwięki KSU, Tiltu i Chłopców z Placu Broni. Dość rozczulający powrót do lat młodości, przyznaję. W każdym razie zdecydowanie przyjemniejszy dla mojego ucha niż Rammstein czy Rage against the machine.

Przez ostatni tydzień znowu  pracowałam na akord jak w fabryce krówek. Nawet nie miałam czasu zajrzeć na bloga. Teraz znajdę czas, bo się zbuntowałam i zażądałam tygodnia wolnego. Kurczę, na etacie mogłabym przynajmniej iść na chorobowe.

Ale kasa pilnie mi jest potrzebna, bo ludzie, sezon na prezenty się zaczął. A to już nie te czasy, kiedy dzieciątka satysfakcjonowała nowa grzechotka albo pluszak.

Małoletnim już zapowiedziałam, że zamierzam nabyć im prezenty kosztowne, lecz praktyczne do bólu, żeby dwa razy nie wydawać kasy (ciepła kurtka i plecak szkolny). Ale lista życzeń moich siostrzeńców obejmuje połowę asortymentu firmy produkującej Lego, które jak się okazuje, jest cenniejsze niż sukienka do chrztu małego Żorża Brytyjskiego.

Googlam więc kolejne numerki zestawów i dygoczę nerwowo. Podejrzewam, że w tym Lego musi coś być. Kryształy Swarovskiego? Cyrkonie chociażby? Wyciąg z Kopi Luvak?

Bo przecież to niemożliwe, żeby plastik tyle kosztował?

A w Mediolanie

W Mediolanie jest bardzo dużo psów. I te psy, słuchajcie, łażą wszędzie. I tak jak bez zaskoczenia przyjęłam psy w sklepach, nawet z porcelaną, i w knajpach, to na widok kilku piesków na niedzielnej mszy w kościele to się nawet trochę zdziwiłam. Ale to jeszcze nic, bo w Mediolanie ludzie po tych psach sprzątają! I to dopiero był dla mnie szok kulturowy….

Mediolańczycy, poza miłością do psów, mają też chyba hopla na punkcie mumii. Jako żywo, w życiu nie widziałam w kościołach tylu sarkofagów z gustownie odzianymi szkieletami.

Nawet mąż się zdziwił, bo on w Mediolanie był chyba kilkadziesiąt razy i przyznał, że jakoś wcześniej tych mumii nie widział. Ha! Ja mam nosa do takich spraw. Instynktownie ciągnie mnie do zwłok i różnych  kryptopodobnych rozrywek.

Tak mi się skojarzyło…W Duomo, największej katedrze, od razu wyczaiłam kolejkę przed wejściem do podziemi. Ustawiłam męża i poleciałam sprawdzić, za czym stoimy (taki nawyk z komunizmu mi został). Według informacji na tabliczce staliśmy za świętym Karolem. Może być, byle odpowiednio zmumifikowany. Za nami ustawiła się para Rosjan w podobnym chyba odruchu.

– Eto toalieta? – spytał z nadzieją zażywny Rosjanin małżonkę, która tak jak ja poszła sprawdzić początek kolejki

– Niet, eto kripta – z rozczarowaniem odparła równie zażywna małżonka.

Ten słodki dialog sprawił, że nie mogłam zachować należytej powagi i chichotałam w krypcie jak głupia. Zwłaszcza, że mąż ponuro mamrotał cały czas pod nosem – Nie mogę uwierzyć, że to robię. Czy ja naprawdę muszę to oglądać? – Może po cichu też miał nadzieję, że to jednak toalieta będzie?

Poza tym bez przerwy piliśmy espresso o konsystencji syropu w takich ilościach, że ciśnienie krwi ustabilizowało mi się chyba na poziomie 240. Już rozumiem, skąd się bierze ten włoski temperament! Jedliśmy też pizzę, tak dobrą, że zaczęłam na serio rozważać kupienie domowego pieca do pizzy, żeby osiągnąć podobny smak. Chyba przekonam rodzinę, żebyśmy sobie taki sprawili pod choinkę.

Chcieliśmy zobaczyć Ostatnią Wieczerzę, ale okazało się, że tak z marszu to się nie da. Trzeba takie rzeczy planować z miesięcznym wyprzedzeniem. Na otarcie łez obejrzeliśmy szkice Leonarda i tym razem ja wyrozumiale czekałam,  aż zafascynowany mąż oderwie się wreszcie od wizualizacji machin oblężniczych i fortyfikacji.

A podsumowując, okazało się jednakowoż, ze rozciągnięte dżinsy i bluza dresowa nie spełniają standardów mediolańskiej ulicy. Ale jak one do cholery, mogą pomykać na tych obcasach cały dzień? I jak im się te kremowe płaszczyki wełniane nie syfią w metrze? To jedna z tych niezgłębionych zagadek natury, taka jak to, że nawet jak wychodzę świeża i wypacykowana z domu, to po godzinie coś mi się już wichrzy, plami, rozmazuje albo obrywa. Fatum takie, ot co. Nie mogę przecież walczyć z przeznaczeniem..

Dlatego, kiedy wybierzemy się następnym razem do Mediolanu, a przecież musimy całą rodziną, bo chcę Loli pokazać te pieski w słodkich ubrankach, a Miśkowi świętego Karola, z determinacją zabiorę bluzę i trampki. Muszę się pogodzić z własną niedoskonałością.