wpis zimowy

Co tydzień dyktuję małoletnim listę zakupów do supermarketu. Ja latam po domu i sprawdzam, czego brakuje, a oni notują, prześcigając się w udziwacznianiu listy. „Sir Szynka”, czyli szynka i żółty ser w wykonaniu Miśka, doczekały się tylko ataku śmiechu przy półce sklepowej. Ale „ramka w cieczy” Loli uziemiła mnie na dłuższą chwilę, zanim skojarzyłam, że to Rama w płynie, której używam do smarowania blach. Skądinąd nie mogę kupić tego dziadostwa od miesiąca i babram się z papierkami po maśle, szlag.

Piję kawę i zastanawiam się, co lepsze – dziesięciocentymetrowy lukier lodowy na asfalcie i minus szesnaście, czy minus osiem i śnieg padający bez przerwy od trzech dni. Dżuma czy cholera?

W sumie co za różnica? Moje wiejskie drogi są śliskie jak tygodniowa szynka z supermarketu, ze śniegiem, czy bez. Najwyraźniej urzędnicy uznali, że skoro poruszamy się furmankami i na traktorach, pługi na drogach to zbędny kaprys. Każdy wyjazd z domu to wyczyn godny angażu w Cirque du Soleil. A przede mną w perspektywie kolejne badanie techniczne… Ponieważ nadal wstydzę się pokazać w tamtej stacji, zwłaszcza po drugiej wpadce, znalazłam inną w okolicy. Oni jeszcze nie wiedzą, że ja nie wiem, gdzie mam światła przeciwmgielne….

A moja rodzina na szczęście nie wie jeszcze, że ja tak naprawdę bardzo lubię odśnieżanie. Więc mam dwa w jednym – ulubioną rozrywkę oraz miłość i wdzięczność współmieszkańców, kiedy wzdychając łapię za szuflę.

Znalazłam fenomenalny sposób na matematykę Loli. Jedna czekolada z Wedla jako cicha łapówka sprawia, że Misiek zamienia się w cierpliwego i kompetentnego pedagoga, gotowego wytłumaczyć siostrze zawiłości geometrii. Bo muszę wyznać, że nienawidzę geometrii! Jeszcze bardziej, niż dzielenia liczb wielocyfrowych.

Trochę mam dość. Śniegu, zimy, uziemienia w domu. Mąż mi się zdrowotnie sypie i muszę opracować plan naprawczy. Misiek trwa w niezłomnym i pozbawionym podstaw optymizmie co do  egzaminów, nie zaprzątając sobie póki co ślicznej główki wyborem liceum. Lola od półtora miesiąca jedzie na takich dawkach sterydów, jak abeesy z siłowni. A ja świruję. Chwilowo nie mam pracy i tyję, martwię się, bo tyję i nie mam pracy, martwię się o małoletnich i męża, bo mam za dużo czasu, bo nie mam pracy, więc tyję. Ha! Nawet nie wiedziałam, że to takie skomplikowane! Wiosno, przyjdź, zanim zwariuję….

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s