Ksawery i okolice

Zmęczył mnie Ksawery, oj, zmęczył. Pomijając już trzydobową mega migrenę i furię, jaka mną miotała, czułam się normalnie jak w więzieniu.

Najbardziej wykończył mnie piątek. Mąż gdzieś tam, hen daleko, za firanami śnieżnej zadymki. A ja w domu z Lolą, której temperatura rosła tak galopująco, że dreszcze rzucały nią po kanapie. Wicher dął, gałęzie spadały w ogrodzie, śnieg oblepił mi szczelnie okna, światło coraz bardziej migało, a ja rozpaczliwie usiłowałam rozpalić w kominku. Wizja siedzenia po ciemku w wyziębionym domu z dzieckiem prawie majaczącym w gorączce, była tak osłabiająca, że dorzucałam kolejne szczapki i rozpałki, chlipiąc cichutko, żeby jeszcze małoletnich nie straszyć.

Ale dałam radę, co tam, w raptem trzy godziny udało mi się wreszcie rozhajcować ogień, spędzić Loli temperaturę do poziomów akceptowalnych i nie oszaleć.

Co do tego ostatniego mam jednakowoż wątpliwości. Ostatnio odwiedziłam bezpośrednio niemal po sobie dentystę i ginekologa. I podczas borowania naszła mnie taka refleksja, że dużo łatwiejsze emocjonalnie i mniej krępujące wydaje mi się rozłożenie nóg niż otwarcie paszczy przed obcym człowiekiem. Ekhmm…wolałabym chyba, żeby nikt nie analizował zbyt skrupulatnie meandrów mojej psychiki…Bo później (a dokładniej cztery minuty i jedną plombę później) doszłam do wniosku, że stomatolog jest po prostu jakby bardziej bolący…No!

Lola wyzdrowiała natychmiast, gdy odkryłyśmy, że jej dawno temu wysłana do pewnej redakcji długa opowieść o Lukrecji została wydrukowana. W prawdziwej, kolorowej, ogólnopolskiej gazecie!

Mąż z wrażenia wykupił chyba cały nakład, Misiek subtelnie sugerował, że on przecież w gazetce szkolnej…od dawna…a my nic, Lola z wypiekami na twarzy tłumaczyła Lukrecji, że teraz jest sławnym kotem, bo tylko to uznała za istotne, a ja uściskałam dziecko, pochwaliłam, i zapędziłam do matematyki, żeby przywrócić równowagę w przyrodzie.

Ta matma jest koszmarem nie tylko dla Loli. To jakaś klątwa chyba! Pamiętam, jak pod koniec liceum z rozkoszą podarłam podręcznik na strzępy, przysięgając sobie, że już nigdy więcej nie uruchomię tej części mózgu.  W tej chwili chyba osiągam próg swoich możliwości intelektualnych: dzielenie pisemne przez liczby wielocyfrowe. Ciągle się zawieszam, co zrobić z zerami, które mi się plączą po równaniu, a Lola patrzy na mnie powątpiewająco i prosi, żebym sprawdziła na kalkulatorze. Przysięgam, że gdy dojdziemy do zamieniania ułamków, wynajmę jej korepetytora.

PS Jedliście kiedykolwiek perliczkę? Kupiłam dziś w Lidlu i chodzę wokół niej nerwowo. Traktować ją jak kurczaka? Czy bardziej jak kaczkę? Co się robi z perliczką, poza snobowaniem się na jadanie perliczek?

 

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s