A w Mediolanie

W Mediolanie jest bardzo dużo psów. I te psy, słuchajcie, łażą wszędzie. I tak jak bez zaskoczenia przyjęłam psy w sklepach, nawet z porcelaną, i w knajpach, to na widok kilku piesków na niedzielnej mszy w kościele to się nawet trochę zdziwiłam. Ale to jeszcze nic, bo w Mediolanie ludzie po tych psach sprzątają! I to dopiero był dla mnie szok kulturowy….

Mediolańczycy, poza miłością do psów, mają też chyba hopla na punkcie mumii. Jako żywo, w życiu nie widziałam w kościołach tylu sarkofagów z gustownie odzianymi szkieletami.

Nawet mąż się zdziwił, bo on w Mediolanie był chyba kilkadziesiąt razy i przyznał, że jakoś wcześniej tych mumii nie widział. Ha! Ja mam nosa do takich spraw. Instynktownie ciągnie mnie do zwłok i różnych  kryptopodobnych rozrywek.

Tak mi się skojarzyło…W Duomo, największej katedrze, od razu wyczaiłam kolejkę przed wejściem do podziemi. Ustawiłam męża i poleciałam sprawdzić, za czym stoimy (taki nawyk z komunizmu mi został). Według informacji na tabliczce staliśmy za świętym Karolem. Może być, byle odpowiednio zmumifikowany. Za nami ustawiła się para Rosjan w podobnym chyba odruchu.

– Eto toalieta? – spytał z nadzieją zażywny Rosjanin małżonkę, która tak jak ja poszła sprawdzić początek kolejki

– Niet, eto kripta – z rozczarowaniem odparła równie zażywna małżonka.

Ten słodki dialog sprawił, że nie mogłam zachować należytej powagi i chichotałam w krypcie jak głupia. Zwłaszcza, że mąż ponuro mamrotał cały czas pod nosem – Nie mogę uwierzyć, że to robię. Czy ja naprawdę muszę to oglądać? – Może po cichu też miał nadzieję, że to jednak toalieta będzie?

Poza tym bez przerwy piliśmy espresso o konsystencji syropu w takich ilościach, że ciśnienie krwi ustabilizowało mi się chyba na poziomie 240. Już rozumiem, skąd się bierze ten włoski temperament! Jedliśmy też pizzę, tak dobrą, że zaczęłam na serio rozważać kupienie domowego pieca do pizzy, żeby osiągnąć podobny smak. Chyba przekonam rodzinę, żebyśmy sobie taki sprawili pod choinkę.

Chcieliśmy zobaczyć Ostatnią Wieczerzę, ale okazało się, że tak z marszu to się nie da. Trzeba takie rzeczy planować z miesięcznym wyprzedzeniem. Na otarcie łez obejrzeliśmy szkice Leonarda i tym razem ja wyrozumiale czekałam,  aż zafascynowany mąż oderwie się wreszcie od wizualizacji machin oblężniczych i fortyfikacji.

A podsumowując, okazało się jednakowoż, ze rozciągnięte dżinsy i bluza dresowa nie spełniają standardów mediolańskiej ulicy. Ale jak one do cholery, mogą pomykać na tych obcasach cały dzień? I jak im się te kremowe płaszczyki wełniane nie syfią w metrze? To jedna z tych niezgłębionych zagadek natury, taka jak to, że nawet jak wychodzę świeża i wypacykowana z domu, to po godzinie coś mi się już wichrzy, plami, rozmazuje albo obrywa. Fatum takie, ot co. Nie mogę przecież walczyć z przeznaczeniem..

Dlatego, kiedy wybierzemy się następnym razem do Mediolanu, a przecież musimy całą rodziną, bo chcę Loli pokazać te pieski w słodkich ubrankach, a Miśkowi świętego Karola, z determinacją zabiorę bluzę i trampki. Muszę się pogodzić z własną niedoskonałością.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s