sernik na osłodę

Muszę przyznać, że sernik wyszedł mi genialny. Aczkolwiek nie polecam chyba aż tego poziomu spontaniczności kulinarnej.

Nie jadamy serników, więc nigdy ich nie robię, ale ten smętny kawałek sera w lodówce wołał o litość, a przepis z Moich wypieków wydawał się prosty jak budowa cepa. Zmieliłam więc twaróg i dopiero później zważyłam, odkrywając, że mam go o połowę za mało na choćby niewielki serniczek. Trzymając miskę na wadze, wydłubywałam do niej kolejne resztki, choćby z grubsza przypominające biały ser: mascarpone, twarożek kanapkowy, kwaśną śmietanę i jogurt, żeby osiągnąć wymagane przepisem 450 g. Po tej heroicznej walce zajęłam się spodem z ciasteczek, odkrywając, że ich także mam za mało. W blenderze wylądowały więc herbatniki maślane, reszta ciasteczek korzennych z Lidla, kilka ocalałych Digestive i paczuszka Belvita, ukradzionych ze śniadaniówki Loli. 

Okazało się, że jak w hodowli psów, mieszanki ras mogą dać niespodziewanie dobre rezultaty. Mąż zeżarł pół sernika (którego normalnie nie lubi i nie jada), i po krótkim namyśle oznajmił: – To przesądza sprawę. Nie mogę się z tobą rozwieść. –

Małżeństwo mam więc stabilne i pewne. Hurra.

Ale za tozaraz zacznę mieć syndrom pustego gniazda.

Misiek – mój słodki mały Miś pluszowy – miał studniówkę w ten weekend. W związku z tym po raz pierwszy w życiu zobaczyłam mojego syna w garniturze. Wyglądał jak, mmm, no po prostu, Bond, Misiek Bond. Z czerwona muszką, choć bez martini. Uroczo wręcz i mówię to, rzecz jasna, z całkowitym obiektywizmem zaślepionej macierzyńskim uczuciem mamusi.

Zaraz matura, studia i dziecko mi wyfrunie w szeroki świat. Jak dobrze, że mam drugie, zapasowe……

No dobrze. Idę poszukać zaginionego kółka od odkurzacza i pomartwić się brakiem pracy (mojej, bo obiecałam mężowi, że brakiem JEGO pracy zacznę się martwić dopiero w lutym). Sernik polecam. Pomaga na nieskomplikowane smutki. Na te większe, to już chyba tylko brownie da radę. Podwójnie czekoladowe…..

Netf(l)iksacja

Oto typowa polska rodzina. Bezrobotny, łysiejący mężczyzna  siedzi na kanapie popijając z obtłuczonego kubka i gapiąc się w ekran. Zazwyczaj dołącza do niego niepracująca partnerka, zapuszczona kobieta z obgryzionymi paznokciami, ubrana niegustownie w dres z Lidla. Też coś  pije, z kubka w tandetne mikołaje. Kiedy nadchodzi wieczór, dołączają do nich produkty pięćsetplusowe, aczkolwiek z racji wieku nieobjęte pomocą rządową. Nie dotowana przez państwo rodzina i ich  zwierzęta domowe tłoczą się na jednej kanapie pod skotłowanymi kocami, wpatrzeni w migoczący niebieskawo ekran. W powietrzu unosi się zapach popcornu, pod kanapą kłębią się koty kurzu i skarpetki, i próżno szukać tu powiewu intelektualnej świeżości.

Oto, drodzy państwo, efekt netf(l)ksacji. Rodzina, do tej pory lekceważąca ekran TV i skupiona na bardziej indywidualnym rozwoju, czyli każdy przy własnym laptopie czy innym smartfonie, została obdarowana dostępem do Netfliksa, co znacząco zmieniło oblicze tej podstawowej komórki społecznej. Teraz spędzają czas razem, choć w różnych kombinacjach.

Mama i córka oglądają Gilmore girls. Kochają ten serial z całego serca. Śpiewają razem piosenkę z czołówki i spędzają godziny na dyskusjach, czy Rory słusznie puściła kantem Deana i czy Lorelai powinna tak się zachowywać w stosunku do Luke’a.  Gilmore girls są urocze, zabawne i mądre. I są definitywnie idealnym serialem dla matki i jej nastoletniej córki. Niewiarygodne, jak bardzo mogą się poprawić relacje między nimi, jak wiele rzeczy łatwiej powiedzieć i zrozumieć, mając podpórkę w postaci skomplikowanych relacji w rodzinie Gilmore.

Mąż i żona oglądają Outlandera. Bez głębszej motywacji. Ot po prostu trzymają się za ręce, zachwycają się przepięknymi kostiumami i scenografią i szkockim akcentem bohaterów. No fakt, żona ma wartość dodaną w postaci tych umięśnionych Szkotów w kiltach, ale mąż nie narzeka, też ma na co popatrzeć.

Wieczorami cała rodzina porzuca swoje zajęcia, jakieś nudne wysyłanie CV, szukanie pracy, odrabianie lekcji, wkuwanie do matury,a nawet grę w Empire Earth. Robią góry popcornu i hektolitry herbaty. Oglądają wspólnie wybrane seriale, z kilkoma tylko warunkami, żeby było wciągające, emocjonujące dla wszystkich i w oryginale. Tłumaczą sobie nawzajem niedosłyszane czy niezrozumiane zwroty. Komentują złośliwie głupie fragmenty – no, komentowali, coraz bardziej soczyście, oglądając Under the dome, ale że teraz oglądają Sherlocka, więc jest błyskotliwie i dowcipnie.

Oto zwykła polska rodzina. Trochę szarzy, troszkę smutni, ciutkę na krawędzi. Ale dzięki Netfliksowi mają z tej krawędzi takie ciekawe widoki!

Optujemy więc za hasłem: dostęp do Netfliksa dla każdego bezrobotnego w Polsce. Wzrostu zatrudnienia z tego nie będzie, ale społeczeństwo szczęśliwsze, a to też wartość, prawda?

(czytała Krystyna Czubówna)

 

 

wigilia ciut zmartwiona

Przed domem łosifer w świątecznej krasie

łosifer

Anioły majtają się na nieco chaotycznej choince

choinka

A my szykujemy się do wigilii. To znaczy ja maluję paznokcie, Lola zabarykadowała się w pokoju, żeby spakować prezenty, Misiek brzdąka na gitarze, a mąż relaksuje się przy kompie. Przed wyjściem do siostry upiekę łososia, spakuję pudełka z ciastem i torbę z prezentami i to zasadniczo będzie mój tegoroczny wkład w święta.

I dobrze, bo na nic więcej nie mam energii.

To będą dobre i złe święta. Dobre, bo jesteśmy zdrowi, bo dzieci rosną i mądrzeją tak jak trzeba, bo mamy zadziwiająco udane po tylu latach małżeństwo, mamy wsparcie rodziny i przyjaciół. Złe, bo przyszłość może być kiepska. Mąż od prawie dwóch miesięcy nie ma pracy. Ja nie mam  zleceń i nie mogę znaleźć pracy. Co chwila zwala nam się na głowę nowy, zazwyczaj finansowy problem.

Generalnie mam jakby kryzys. I jedyne, na co mam ochotę, to schować się pod kocem jak mój kot.

lulu

Ale w końcu dziś jest wigilia. Wyjdę spod koca. Objem się do wypęku pierogów i łązanek. Powydurniam się z siostrą i bratem. Będę szczęśliwa.

Wesołych świąt, kochani, wesołych świąt! 

kapibary

Ostatnio dużo czytam o kapibarach. Doszłam do wniosku, że nie chcę mieć kapibary. 

Co za ulga. Musiałabym zbudować jej basen.

Chociaż trochę żal. Nic tak nie rozjaśni ponurych listopadowych dni, jak twoja własna kapibara.

A przydało by się znaczące rozjaśnienie – może przynajmniej pasemka sobie zrobię, skoro nie stać mnie na kapibarę. Małoletni nie rozjaśniają ani ciut ciut.

Lola sobie odpuszcza. Szkołę, to wiadomo, ostatecznie cóż ją może obchodzić fakt, że za trzy lata podwojony rocznik wystartuje do liceów i rywalizacja będzie gigantyczna? I że jeśli nie zacznie się nalitośćboskadocholery uczyć, to dostanie się co najwyżej do pobliskiej zawodówki odzieżowej, a nie umie nawet przyszyć guzika. 

Harcerstwo też zaczyna ją rozczarowywać. Miała wizję bardziej szkoły przetrwania, niż zabaw towarzyskich. Wbrew sobie, bo ideologicznie bardzo mi nie po drodze z tą formacją, namawiam ja do poczekania do wiosny. Może się doczeka tego ganiania po lesie i budowania szałasów?

Na fali sukcesu edukacyjnego (pamiętacie dekalog i arkę? Lola dostała z tej klasówki piątkę) wykazała przez chwilę zainteresowanie religią.

Ale – niespodzianka – Lola, jak prymitywne plemiona z amazońskiej dżungli, całkowicie nie może pojąć konceptu trójcy świętej. Dla mnie obserwowanie jej procesów myślowych było niemal równie fascynujące, jak życie kapibary. Okazało się, że dla Loli główne założenia katolicyzmu są całkowicie absurdalne i nie do ogarnięcia intelektem:

– Ale że jak? Maria zaszła w ciążę z Bogiem i urodziła tego samego Boga? Równocześnie? I dlaczego Bóg uznał, że się rozdwoi i pozwolił się zabić ludziom, żeby udowodnić samemu sobie, że tych właśnie ludzi trzeba zbawić? Skoro przecież nic mu to nie dało, bo i tak ludzie czasem idą do piekła, a czasem do nieba, tak? Czyli nie wszystkich zbawił? Czy jak?

Męczyła mnie cały wieczór, w końcu się poddała i uznała, że starożytni Grecy jednak sensowniej to sobie wymyślili. Ja też się poddałam i machnęłam ręką na duchowy rozwój dziecka. W końcu i tak już nic z niej nie będzie – ma konto na Facebooku, czyta Politykę i chodzi z matką na Czarne Marsze.

Misiek, mój pierworodny ukochany syn, pisze właśnie próbne matury. Dzięki czemu zaczyna mieć refleksje na temat swojej przyszłości. Mrocznej, bo on też padnie ofiarą reformy systemu. Czyli pewnie nie dostanie się na żadne sensowne studia, bo przyjmą tylko garstkę najlepszych. A Misiek nie jest najlepszy. I chyba odrobię zaczyna się martwić, to znaczy on, bo ja martwię sie już od jakiegoś czasu.

Chciałabym być kapibarą.

Kapibary mają grube tyłki, ale nikomu to nie przeszkadza. Cały dzień nurzają te tyłki w wodzie albo wygrzewają na słońcu, a czują się spełnione i zadowolone z życia. Swoją obecność zaznaczają wypróżnieniami. Nie muszą pisać książek, robić kariery w korpo, wyszywać „Bitwy pod Grunwaldem” haftem krzyżykowym czy działać w komitecie rodzicielskim.

Po prostu obesrają teren naokoło i czują, że to ich miejsce na ziemi i nikt się już nie będzie czepiał. No serio. Kto nie chciałby być kapibarą?

O pastafarianach i facebooku

Lola dzisiaj miała w szkole Dzień Tolerancji. Z poleceniem przebrania się za jakąś prześladowaną i nietolerowaną mniejszość. 

Początkowo planowała wystąpić jako laktoza – z każdym dniem zwiększa się ilość ludzi, którzy jej nie tolerują, więc biedna laktoza musi się czuć z tym fatalnie.

Po namyśle Lola uznała jednak, że istotniejsze jest zwrócenie uwagi na problemy mniejszości religijnej, z którą od dawna rodzinnie sympatyzujemy. Przebrała się najwyraźniej czytelnie, skoro sam dyrektor szkoły, ujrzawszy ją na korytarzu, zakrzyknął z zadowoleniem: – A ty musisz być pastafarianką! – 

Lubię dyrektora tego gimnazjum. Chyba podziela naszą miłość do spaghetti. 

Nie lubię natomiast Facebooka za jego zaiste odrażający system proponowanych stron. W niedzielę wtoczyłam się na kanapę po dzikim urodzinowym obżarstwie i cóż moje oczy ujrzały w proponowanych? Tak, oczywiście:  „moja walka z anoreksją”.

A ten ich wywiad? Lepszy niż ruscy szpiedzy! Oglądałam sobie w necie(całkowicie rekreacyjnie, słowo zucha) cudnej urody botki Vagabond. I sekundę potem na fejsie powitała mnie ciepła notka ze sklepu obuwniczego z zaproszeniem do nabycia tychże botków „którymi niedawno się interesowałaś, Joanno”. No dajcie spokój, człowiek niedługo się będzie bał posurfować gdziekolwiek poza Minimini i sklepem z kocią karmą.

Tak w ogóle to dwa dni temu miałam urodziny. W dość ponurej okołożyciowej otoczce, o której innym razem napiszę. Ale mąż kupił mi misia, który jest misiem monstrualnie wręcz cudnym i ogromnym, jest The Misiem Stulecia

mis

Który ma wszystkie pluszaki pod sobą. Pomijam już fakt, że miś miał na łapce przypięty wymarzony przeze mnie zegarek, ale sam fakt kupienia pluszaka żonie na 45 urodziny świadczy o tym, że po dwudziestu latach mąż zaczyna wreszcie łapać, o co chodzi i z jak dziwną kobietą się ożenił.

o piecu i jesieni

No i się spieprzył. Dlaczego ja przewidziałam, że jak się ma spieprzyć, to na pewno tuż przed zimą?

I teraz mamy tak: – Słuchaj, kochanie, uważnie, bo pan Marek wszystko mi wytłumaczył przez telefon.  Czemu przez telefon? Bo pan Marek i tak teraz nie przyjedzie, bo wszystkim się piece psują przed zimą. Zresztą, do czego tu się spieszyć? Powiedział, że jak przyjedzie, to od razu co najmniej z tysiąca wyskoczymy, a tyle to nawet od dzieci nie możemy pożyczyć. No ale słuchaj, co mówię, bo jak dobrze wykombinujemy, to przeżyjemy jeszcze tę zimę. Trzeba po prostu co chwila latać do pieca i sprawdzać ten wskaźniczek. I jak poleci za wysoko, to trzeba spuścić trochę wody z kaloryferów. Bo będzie ciekło z zaworka. I tu kliknąć z boku, żeby nie wybuchło, czy co. A najlepiej po prostu nie włączać ogrzewania. Że zimno będzie? Mamy kominek i ciepłe koce, a w ogóle nie słyszałeś o globalnym ociepleniu? –

Ciepłolubny mąż ciut jakby podłamany. Ale bez przesady, ma od cholery swetrów w szafie, niech mu się wreszcie zamortyzują.

Żałuję, że pieca nie da się naprawić srebrną taśmą. Jestem mistrzem taśmy. Cały mój dom trzyma się na srebrną taśmę klejącą, łącznie z laptopem, kuchennymi szafkami i szczotką do włosów.

Chociaż…właśnie kupiłam sobie na urodziny pistolet do kleju i czuję, że gdybym tylko dostała się do tych popsutych elementów pieca z moim pistoletem i taśmą, mogłabym nawet skonstruować super duper nowy piec z napędem wodorowym i pozytywką.

Po cichu licze jednak na to, że zima nigdy nie nadejdzie. Przecież nie musi, prawda? Komu do cholery przeszkadza taka jesień?

lola

kot

trawa

artefakty w arce

Czyli o negatywnych skutkach ateistycznego modelu wychowania.

– Mamo – Lola bez zapału uczyła siędo jutrzejszej klasówki z historii – co to jest exodus? I Arka Przymierza? – 

Spojrzałam na nią wstrząśnięta – Naprawdę nie wiesz czy się nabijasz? –

– A, już pamiętam. Arka Przymierza to z tego filmu o Indianie Jonesie, tak? I tam w środku były jakieś artefakty? –

– Dziecko, może ja cię odpytam przed tą klasówką – powiedziałam słabo – bo wstyd będzie –

Lola, jak się okazało, posiadała całkiem solidną wiedzę na temat zigguratów, kodeksu Hammurabiego, pisma demotycznego i niuansów mumifikacji. Nie miała natomiast pojęcia o absolutnie podstawowych według mnie pojęciach z zakresu biblii i judaizmu.

– Bo mnie nie było wtedy w szkole – tłumaczyła się Lola widząc zgrozę w moich oczach

– Ale wiesz, to są rzeczy, które zasadniczo powinnaś wiedzieć tak po prostu –

– Niby skąd? – zapytała całkiem rozsądnie Lola – Przecież ja nie chodzę na religię –

– Przeczytaj sobie ten rozdział w książce, OK? I jak nie będziesz czegoś wiedziała, to pytaj. –

Po pięciu minutach Lola podnosi głowę znad książki – Mamo, co to jest dekalog? –

 Zdegustowana uznałam, że muszę w przyspieszonym tempie nadrobić braki w religijnej edukacji dziecięcia. Spędziłam więc wieczór na snuciu barwnych historii o Mojżeszu w koszyczku, gorejących krzakach i kamiennych tablicach.

Lola słuchała z dużym zainteresowaniem, chociaż miała spore obiekcje co do rozwiązań fabularnych (ale przecież ten koszyk z dzieckiem by zatonął? a skąd Żydzi wiedzieli, że Mojżesz sobie nie wymyślił tych przykazań? a ten pomór bydła był naprawdę wredny, przecież krowy Bogu nie szkodziły), i na koniec podsumowała triumfalnie – Mówiłam ci, że w tej arce to były artefakty! – 

długo i technicznie, a protest tylko w tle…

Wracając z protestu, upadł mi telefon…

No wiem, wiem. Ale ta konstrukcja sama mi się pchała pod klawiaturę, przysięgam.

Ręce miałam zgrabiałe z zimna, a w butach chlupotała mi woda. Telefon upadł więc był w kałużę  (znowu mi gramatyka szaleje) z rozmachem i na tyle skutecznie, że się odrobinę zepsuł. W sensie, że przestał odbierać i wysyłać esemesy.

Rekompensując sobie niesprawny telefon i przemoczone buty, postanowiłam następnego dnia zmienić hasło w mojej poczcie – dodajmy, na koncie założonym jakieś piętnaście lat temu i do tej pory śmigającym na tym samym prościutkim hasełku.

Oczywiście, gdy wieczorem postanowiłam sprawdzić pocztę, odkryłam, że niezwykle-proste-i-oczywiste nowe hasło wymazałam z pamięci całkowicie. I odcięłam sobie dostęp do mojego głównego kontaktu ze światem.

Odzyskaj hasło – kusiła mnie poczta. No ale, droga poczto, kiedy zakładałam konto, opcji powiadomień telefonicznych nie było, a, jak się okazało, moje podstępne i błyskotliwe pytanie pomocnicze brzmiało: ulubione wakacje. 

Konia z rzędem temu, kto potrafiłby zgadnąć, co Asia mogła mieć na myśli. Odruchowo wpisałam „kanapa”, ale okazało się, że chyba kiedyś zdarzały mi się jakieś inne formy aktywności.

Mój ukochany Wielki Edukator Google podpowiedział, że mogę napisać bezpośrednio do serwisu portalu. Otarłam pot z czoła, gdy okazało się, że cudem pamiętam hasło do mojego drugiego, prawie nieużywanego konta. Napisałam. Obgryzłam wszystkie paznokcie i zjadłam paczkę trufli, czekając na odpowiedź do następnego poranka.

– Tak, droga sklerotyczna użytkowniczko – pisał mój portal – mamy na to radę. Możesz zadzwonić pod podany numer, a my cię uratujemy –

Podany numer, zaczynający się uroczą kombinacją 703…, okazał się jednak niewydzwanialny.

Zapobiegliwa Asia zablokowała bowiem przed laty możliwość wykonywania takich telefonów na swoim aparacie, telefonach dzieci, zaraz ……aaaaaa……i na stacjonarnym też?????

 Operator mojej komórki nie przewidywał kontaktu telefonicznego z klientem, sugerując w zamian wypełnienie formularza. Nie wytrzymałabym jednakowoż kolejnej doby czekania, zwłaszcza, że skończyły mi się paznokcie i trufle.

Miła pani ze stacjonarnego Orange zasugerowała termin 24 godzinny na zdjęcie blokady. Rzewną historią mojej głupoty wzruszyłam ją jednak na tyle, że blokadę zdjęła pospiesznie i od ręki.

Z ulgą zadzwoniłam wreszcie na podany numer. Wyrecytowałam różne dane. Wreszcie pani oznajmiła – Wszystko się zgadza. Wyślemy pani kod do nowego hasła. Esemesem. –

Eee…jak to było na początku? „Wracając z pochodu, upadł mi telefon.”?

Spieszę was uspokoić – ta wstrząsająca historia zakończyła się  dobrze. Telefon, poddany okładom, masażom i psychoterapii, odzyskał zdolność esemesowania (chociaż nadal nie działa mu klawisz „1” i pokazuje czas dalekowschodni).

Odzyskałam swoje konto, a nowe hasło zapisałam skrupulatnie (chociaż nie pamiętam już gdzie).

Triumfalnie otworzyłam pocztę, gdzie czekało na mnie czterdzieści osiem nowych wiadomości:

 

– Świerszczyk, zamów prenumeratę od zaraz

– Ci duże pieniądze od dziś

– Pobierz kupony i wybierz się do MacDonald

– Wzwód na zawołanie

– Masz dość głodowej pensji?

– Testuj internet!

– Zobacz prawdziwe czołgi w War Thunder

– Czy jesteś gotowy na start Ligi Mistrzów?

– Masz na Facebooku więcej znajomych niż myślisz.

 

 

Zaiste. Okno na świat. Warto było stoczyć tę walkę.

 

o karaluchu luzem i zmęczeniu

Zawsze uważałam, że sklepy zoologiczne to jaskinie zła i rozpusty. Te tętniące podejrzanym życiem mroczne akwaria, mnóstwo absurdalnie zbędnych, acz kuszących gadżetów (nie wiem, jak długo zdołam się jeszcze powstrzymać przed nabyciem gumowego piszczącego kurczaka), eskalacja promiskuityzmu  i zepsucia (Niby jak się pozyskuje kolejne myszki i chomiczki do sprzedaży? A widzieliście te klatki, w których beztrosko kicają wspólnie świnki morskie i króliki? Nawet nie chcę sobie wyobrażać, co tam się dzieje po zgaszeniu świateł).

Stałam sobie melancholijnie w alejce tegoż sklepu, czekając, aż minie obiecane Loli pięć minut, podczas których moja córka nasycała wzrok widokiem legwanów, żółwi, szczurów i papużek.

Nagle ze zgrozą zauważyłam gigantycznego karalucha, refleksyjnie pełznącego po podłodze, prosto na moje buty. – Lola – zapytałam zdławionym głosem – czy ty go widzisz? –

– Ojej – pisnęła Lola – jaki piękny, chyba się zgubił… –

– Już wiem, co będzie mi się dzisiaj śniło – wymamrotałam. – Przepraszam – wciąż miałam niejakie trudności z dykcją, więc pan z obsługi spojrzał na mnie zdziwiony – chyba wam coś pełza w tamtej alejce. On tak powinien luzem? –

– Aaa, to karaluch madagaskarski  – ucieszył się pan, biorąc (normalnie go tak gołą ręką wziął, oboszszsz..) upiornego robala – ładniutki okaz, prawda? Znowu ktoś nie przykrył akwarium –

Znowu???!!  Następnym razem chyba poczekam przed sklepem….

Tak w ogóle to Lola już się zmęczyła chodzeniem do szkoły: – Mamo, czy ja mogę już rzucić szkołę i zostać hedonistką? – 

Misiek natomiast chyba jeszcze się nie zorientował, że szkoła się już zaczęła: – W środę mam trening, a mecz w niedziele rano. Ale nie wiem, czy pójdę, bo w piątek mam imprezę i wrócę tym porannym pociągiem w sobotę, potem jadę do Lublina i wrócę w nocy. Ach, i zaczynam znów próby zespołu. Do fryzjera? Nie wiem, czy dam radę, zarobiony jestem…. –

A mnie głowa boli już trzeci dzień i ciągle chce mi się spać. Jakiś kryzys mam  szkolno jesienny. I zasadniczo wieczorami mam taką minę, jak Inka przyłapana na wylizywaniu własnego ogona w cudzej pościeli. 

„I czego się gapicie? A dajcie wy mi wszyscy święty spokój!”

inka

z pamiętnika histerycznej matuli*

* matula – urocze określenie, jakim nazywają mnie często małoletni. Po usłyszeniu którego mam natychmiastową wizje zaniedbanej starowiny z popegieerowskiej wsi, wręczającej pajdę razowca w węzełku jedynakowi udającemu się w szeroki świat….

Czwartek

– Lola, czy ja mogę z tobą iść na rozpoczęcie roku? Obiecuję, nie założę sukienki w czaszki i w ogóle będę się zachowywać. Jakoś tak czuję, że będę spokojniejsza, jak się rozejrzę w nowej szkole.-

No dobra – Lola zawiesza głos – ale lepiej, żeby nikt nie widział, że jesteś moją matką, OK? –

– O rany, tak się cieszę, Lola. Popatrz, w twojej klasie jest Wojtek, z którym chodziłaś do podstawówki. On jest fajny, nie? O kurcze, mama Zosi! Aaa, idzie do mnie. Oranyrany, żeby tylko Zosia nie zmieniła zdania. Ona jest w innej klasie, prawda? –

– Kobieto, uspokój się – prycha Lola.

Piątek

– Co się dzieje na tych drogach? Dlaczego tu jest wszędzie korek? Myślałam, że jak wyjedziemy 40 minut wcześniej, to cię dowiozę sporo przed czasem. I czemu do cholery jeszcze nie otworzyli tej drogi po remoncie?!-

Nowe gimnazjum Loli mieści się w pobliskim miasteczku. Normalnie droga zajmuje mniej więcej kwadrans. Wiem, bo obok jest mój fryzjer. No, ale do fryzjera nie jeżdżę na ósmą rano…

Za dziesięć ósma, wciąż daleko od szkoły, jestem w stanie histerii i nawet Lola zdaje się być lekko zaniepokojona. Nowa szkoła to moloch, z plątaniną korytarzy i pięter. Odnalezienie sali może zająć trochę czasu, a Lola umówiła się z nowymi koleżankami w szatni. Łamiąc pięć przepisów i omal nie rozjeżdżając staruszek o kulach i ciężarnych, dojeżdżam za dwie ósma. Ręce mi się trzęsą. Ruszam z powrotem i nagle dopada mnie myśl – przecież ona nawet nie wie, gdzie są szatnie. W życiu nie znajdzie tej sali. Nawet nie wiem, czy ona wie, która to ma być sala!

Do domu dojeżdżam rozdygotana i niemal ze szlochem wpadam w ramiona męża, który świętuje ostatni dzień urlopu i za nic nie pojmuje, o co mi chodzi.

Poniedziałek

Opracowuję trasę alternatywną. Z mapą na kolanach tłuczemy się po nieznanych uliczkach, usiłując objechać korki. Gubię się trzy razy. Nerwowo, bo znów krótko z czasem. Ale wyrabiam się. Mimo tego wracam do domu rozpaczliwe zdenerwowana, bo się martwię. Czy Lola znajdzie nowe koleżanki? Czy będzie miała fajnych nauczycieli? Czy to dobry wybór? Kawa nie pomaga. Pije melisę.

Wieczorem znów wpadam w dygot – Lola, czemu się jeszcze nie spakowałaś? A wzięłaś rzeczy na basen? I napisz tę prace z polskiego. Co z tego, że na pojutrze? Mogłabyś się bardziej zainteresować szkołą.-

– A ty mniej – mamrocze pod nosem moja zblazowana córka.

Wtorek

Po konsultacjach z siostrą, która codziennie dojeżdża do miasteczka, stwarzam trasę idealną, bezkorkową i niemal bezdziurową. Na tyle idealną, że dowożę Lolę dwadzieścia minut przed czasem. Z zaskoczenia niemal przestaję się martwić.

Wieczorem Lola oznajmia: – Fajne dziewczyny. Zakolegowałam się z taką Anią na basenie. Będę chodzić na kółko fotograficzne i plastyczne. I na warsztaty dziennikarskie. A pani od matematyki pokazała nam świetny sposób na obliczanie dwucyfrowych potęg. I wiesz co? Zrozumiałam. –

No to teraz mam problem. Jak wrócić do wizerunku twardego matczynego macho? Niezłomnej matuli, bez drgnienia powieką przyjmującej kolejne wieści o jedynkach i innych szkolnych porażkach? Takiej, co to „szkoła nie jest najważniejsza, spoko luz i jakoś to będzie”?

Bo chyba przez te pierwsze dni szkoły nieźle nadszarpnęłam sobie reputację….