z pamiętnika histerycznej matuli*

* matula – urocze określenie, jakim nazywają mnie często małoletni. Po usłyszeniu którego mam natychmiastową wizje zaniedbanej starowiny z popegieerowskiej wsi, wręczającej pajdę razowca w węzełku jedynakowi udającemu się w szeroki świat….

Czwartek

– Lola, czy ja mogę z tobą iść na rozpoczęcie roku? Obiecuję, nie założę sukienki w czaszki i w ogóle będę się zachowywać. Jakoś tak czuję, że będę spokojniejsza, jak się rozejrzę w nowej szkole.-

No dobra – Lola zawiesza głos – ale lepiej, żeby nikt nie widział, że jesteś moją matką, OK? –

– O rany, tak się cieszę, Lola. Popatrz, w twojej klasie jest Wojtek, z którym chodziłaś do podstawówki. On jest fajny, nie? O kurcze, mama Zosi! Aaa, idzie do mnie. Oranyrany, żeby tylko Zosia nie zmieniła zdania. Ona jest w innej klasie, prawda? –

– Kobieto, uspokój się – prycha Lola.

Piątek

– Co się dzieje na tych drogach? Dlaczego tu jest wszędzie korek? Myślałam, że jak wyjedziemy 40 minut wcześniej, to cię dowiozę sporo przed czasem. I czemu do cholery jeszcze nie otworzyli tej drogi po remoncie?!-

Nowe gimnazjum Loli mieści się w pobliskim miasteczku. Normalnie droga zajmuje mniej więcej kwadrans. Wiem, bo obok jest mój fryzjer. No, ale do fryzjera nie jeżdżę na ósmą rano…

Za dziesięć ósma, wciąż daleko od szkoły, jestem w stanie histerii i nawet Lola zdaje się być lekko zaniepokojona. Nowa szkoła to moloch, z plątaniną korytarzy i pięter. Odnalezienie sali może zająć trochę czasu, a Lola umówiła się z nowymi koleżankami w szatni. Łamiąc pięć przepisów i omal nie rozjeżdżając staruszek o kulach i ciężarnych, dojeżdżam za dwie ósma. Ręce mi się trzęsą. Ruszam z powrotem i nagle dopada mnie myśl – przecież ona nawet nie wie, gdzie są szatnie. W życiu nie znajdzie tej sali. Nawet nie wiem, czy ona wie, która to ma być sala!

Do domu dojeżdżam rozdygotana i niemal ze szlochem wpadam w ramiona męża, który świętuje ostatni dzień urlopu i za nic nie pojmuje, o co mi chodzi.

Poniedziałek

Opracowuję trasę alternatywną. Z mapą na kolanach tłuczemy się po nieznanych uliczkach, usiłując objechać korki. Gubię się trzy razy. Nerwowo, bo znów krótko z czasem. Ale wyrabiam się. Mimo tego wracam do domu rozpaczliwe zdenerwowana, bo się martwię. Czy Lola znajdzie nowe koleżanki? Czy będzie miała fajnych nauczycieli? Czy to dobry wybór? Kawa nie pomaga. Pije melisę.

Wieczorem znów wpadam w dygot – Lola, czemu się jeszcze nie spakowałaś? A wzięłaś rzeczy na basen? I napisz tę prace z polskiego. Co z tego, że na pojutrze? Mogłabyś się bardziej zainteresować szkołą.-

– A ty mniej – mamrocze pod nosem moja zblazowana córka.

Wtorek

Po konsultacjach z siostrą, która codziennie dojeżdża do miasteczka, stwarzam trasę idealną, bezkorkową i niemal bezdziurową. Na tyle idealną, że dowożę Lolę dwadzieścia minut przed czasem. Z zaskoczenia niemal przestaję się martwić.

Wieczorem Lola oznajmia: – Fajne dziewczyny. Zakolegowałam się z taką Anią na basenie. Będę chodzić na kółko fotograficzne i plastyczne. I na warsztaty dziennikarskie. A pani od matematyki pokazała nam świetny sposób na obliczanie dwucyfrowych potęg. I wiesz co? Zrozumiałam. –

No to teraz mam problem. Jak wrócić do wizerunku twardego matczynego macho? Niezłomnej matuli, bez drgnienia powieką przyjmującej kolejne wieści o jedynkach i innych szkolnych porażkach? Takiej, co to „szkoła nie jest najważniejsza, spoko luz i jakoś to będzie”?

Bo chyba przez te pierwsze dni szkoły nieźle nadszarpnęłam sobie reputację….

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s