Moja fryzjerka się rozwodzi

Mam trochę nietypowy układ z moją fryzjerką. To znaczy, ona mi się zwierza, a ja słucham i potakuję. Bardzo nam to pasuje. Ja lubię słuchać. Pani Jola lubi mówić. I wszystko gra.

Do rzeczy przechodzimy po tradycyjnej wymianie uwag na temat aktualnie robionego przeze mnie serialu, gdyż pani Jola jest wytrawnym koneserem produkcji filmowej i zawsze muszę wysłuchać stosownej porcji krytyki bądź pochwał za ostatnio oglądane odcinki.

– Pani Asiu – zaczęła tym razem z namaszczeniem pani Jola po skomentowaniu bieżących przygód Manuelli – postanowiłam się rozwieść –

Tu zawiesiła głos i rzuciła na mnie niepewne spojrzenie. Ponieważ zazwyczaj nie poruszamy tematów światopoglądowych i moralnych, uznałam, że obawia się mojej nieprzychylnej reakcji. Pospieszyłam więc z zapewnieniem, że rozwody według mnie są OK. Ale, i teraz ja rzuciłam na nią niepewne spojrzenie, ciekawa jestem, skąd ta nagła decyzja? Bo jeszcze dwa miesiące temu nic na temat męża nie słyszałam, nic złego znaczy…

– Och – westchnęła pani Jola – to nie było łatwe. To jest w sumie taki porządny człowiek, więc nigdy nie narzekałam głośno… –

Wydałam zachęcające mruknięcie, podczas kiedy pani Jola mazała mi włosy burą mazią (zmrożona porzeczka z kasztanem, przynajmniej według napisu na opakowaniu).

– Jest dobrym ojcem, bo dzieci nie bije. No..i w sumie właściwie nie pije. Pracuje, zarabia – widziałam, że pani Jola zaczyna się łamać pod ciężarem własnych argumentów.

– No, pani Jolu, ale przecież coś się musiało stać? To na pewno nie była łatwa decyzja, przy czwórce dzieci…to najmłodsze to przeciez dopiero do przedszkola poszło? –

– No tak – zakłopotała się pani Jola – wie pani, trochę sie od siebie oddaliśmy –

– To normalne – westchnęłam  – czasem tak się zdarza –

– Ale pani Asiu, on cały czas mówi, że jestem za gruba – chlipnęła pani Jola – i że mam cellulit, i że o siebie nie dbam. Śmieje się z moich ubrań  i mówi, że nie umiem wychować dzieci. Nie pozwala mi nigdzie wychodzić. Dokucza moim koleżankom. Nie sypiamy ze sobą – pani Jola ściszyła głos – już prawie trzy lata. Nie odzywa się do mnie całymi tygodniami. A jak się odezwie, to cały czas mówi przykre rzeczy. Na święta kupił mi czerwone koronkowe stringi…..w rozmiarze XXXL. Trzy razy mogłam się nimi okręcić, ale on powiedział, że będą w sam raz na moją grubą dupę –

Zastygłam. Odkręciłam fotel i spojrzałam na śliczną, filigranową, elegancką panią Jolę, która zawsze szalenie przypominała mi Audrey Tatou. A teraz stała lekko rozchwiana i niepewna, czy na pewno dobrze robi, rozwodząc się z facetem, który dręczy ją i upokarza od kilku co najmniej lat.

– Czy może mi pani powiedzieć, pani Jolu, dlaczego dopiero teraz postanowiła się pani rozwieść? – spytałam bardzo grzecznie, bo nie chciałam stracić naprawdę dobrej fryzjerki.

– Bo to w sumie dobry człowiek jest – zamyśliła się pani Jola…

 

Mam nadzieję, że pani Jola weźmie rozwód. Więcej moralizowania nie będzie. Bo przyznaję, że trochę mną to wstrząsnęło.

boję się zatytułować ten wpis tak jakbym chciała

Bo wiecie co się stanie i gdzie ten wpis wyląduje….I jakich komentarzy się doczekam?

Rzecz w tym, że Lola uwielbia księży. Mówią ładnym językiem, noszą fantastyczne czarne sukienki i kolorowe szaliki oraz potrafią śpiewać głosem podniosłym i natchnionym. To wystarczy, żeby wprowadzić Lolkę w stan zachwytu.

W związku z tym:

Moje dziecko, które nie chciało usiąść na kolanach Mikołajowi w przedszkolu, nie ma żadnych oporów, żeby całkowicie nieznanego księdza powitać okrzykiem: jaki cudny szalik!, po czym starannie sprawdzić hafty na stule…

Moje dziecko, które niechętnie opowiada lekarzowi o bólu gardła, kilka lat temu przy kolędzie poufnie poinformowało księdza na wstępie: a wiesz, ja mam taki problem z sikaniem…Po czym, nie zważając na ogólne zakłopotanie, wdało się w szczegóły, jak nie przymierzając emerytka w autobusie…

Moje dziecko kiedyś zdominowało kolędę do tego stopnia, że ksiądz został zapoznany z dziejami rodzinnymi do trzeciego pokolenia wstecz,poznał imiona wszystkich misiów, a na koniec słabo obronił się przed natychmiastową demonstracją przebierania lalki Barbie (heh, i tak był dzielny, przyznaję)

W sumie nie widzę jednak powodu, żeby tę aktywność rozrywkową Loli ograniczać. Robimy to przecież tylko dla niej.

Naprawdę nie są to proste decyzje. Czas kolędy w rodzinie zróżnicowanej światopoglądowo jest czasem wyborów i dylematów. Mamy na stanie jedną wierzącą katoliczkę, która wszakże prawo do wizyty swojego duszpasterza posiada. Katoliczka jako małoletnia księdza sama przyjąć nie może. Abstrahując od jakichkolwiek brzydkich posądzeń niektórych, nie jestem pewna, czy w ogóle w pojmowaniu Kościoła mieści się sytuacja, kiedy ateistyczni rodzice mają  wierzące dziecko.

Mamy taki wybór: nie przyjąć księdza. Dla mnie OK, Lola nieszczęśliwa i smutna.

Przyjąć księdza i udawać katolików: dla Loli OK, dla księdza też. Ja mam niesmak i czuję się zakłamaną świnią.

Przyjąć księdza i powiedzieć, że Lola jest jedynym katolikiem w tym domu: dla mnie OK, dla Loli też. A dla księdza?

 Do tej pory przychodził fajny, młody koleś, znaczy, przepraszam, wikary. Który nie miał nic przeciwko oglądaniu misiów, stuły i modlitwie tylko z dzieckiem. Kolesia już nie ma, a kto będzie, to wielka niewiadoma…Oj, będzie się działo (cytując mistrza)

Pomijam już problemy logistyczne. Teraz Lola akcesoria religijne typu kropidło czy krzyżyk posiada a wręcz z upodobaniem kolekcjonuje. Ale kiedy była młodsza, na 20 minut przed wizytą zorientowałam się, że nie mam żadnego obrazka/ krzyżyka/ symbolu, który można powiesić na ścianie. Nerwowo przeszukując szufladę, znalazłam maleńki, może sześciocentymetrowy krzyżyk, który pieczołowicie zawiesiłam wysoko na ścianie na jedynym wolnym gwoździu. Ksiądz zaczął odmawiać modlitwę, ale zauważyłam, że jakoś tak sie waha i zwalnia. Rzuciłam okiem, żeby sprawdzić, co tak przykuło jego uwagę.

Hmm, no tak. Maleńki krzyżyk, niemal niewidoczny na tle ściany,  wisiał centralnie nad ogromną, rytualną maską aztecką z demonicznie wykrzywioną mordą. Do której właśnie modlił się ksiądz…No tak, jakby troche głupio to wyszło…

W sumie tak sobie myślę z rezygnacją, że gdzie się nie obrócę, z każdej strony dupa. Ale też, że własciwie to już nie ode mnie zależy. Tylko od księdza, czy zechce sobie zachować w stadzie tę pełną zapału owieczkę, czy też ją za grzechy ojców wykopać…

Zmartwychwstałam psa!

I trochę się wystraszyłam własnej potęgi…

No dobra, uczciwie mówiąc,  w swojej bezmyślności wcale się tym nie przejęłam, ale mój ulubiony kolega Maurycy twierdzi, że skrzywdziłam dziecko (o psie nic nie mówił, więc nie wiem).

Rzecz dotyczy Loli i psa. Psa, który jeździł koleją. No i jak wiedzą wszyscy, którzy przebrnęli przez szkolną lekturę, psa, który zginął pod lokomotywą, ratując małą dziewczynkę.

Lola zaparła się na lekturę z półki brata, bo na okładce wesoła psia morda patrzyła na nią przyjaźnie. A Lola, trzeba wam wiedzieć, kocha psy namiętnie, bezgranicznie i fanatycznie. Do tego stopnia, że gdy zawoziłam stare kołdry do schroniska, chciała oddać własną poduszkę dla zmarzniętych psiaków. Co gorsza, ze względu na bardzo silne uczulenie Loli jest to miłość niespełniona i musi się ograniczać do solidnego wygłaskiwania wszystkich spotkanych psów (a potem oczywiście do ratowania spuchniętej i rozkaszlanej Loli).

Wstęp taki długi, no bo muszę się wytłumaczyć, dlaczego, pod żadnym pozorem, po prostu NIE mogłam uśmiercić Lampo!

Z każdym kolejnym rozdziałem zbliżałam się do nieuchronnego i znanego wszystkim końca. Kiedy Lola, cała zasmarkana i rozszlochana, słuchała o tym, jak Lampo został przygnieciony drzwiami i złamał łapkę, zrozumiałam, że kiedy na końcu wleci pod tę cholerną lokomotywę, to mam absolutnie przerąbane. No, nie dałaby mi żyć, nie wspominając o tym, że nocne koszmary byłyby gwarantowane na najbliższe miesiące…Miśkowi pod groźbą gwałtownej śmierci i odcięcia od lektury „Zwiadowców” zabroniłam powiedzieć choćby słowo na temat zakończenia.

Dobrnęłam do ostatnich stron. Lola cała zesztywniała ze zgrozy słuchała, jak dzielny Lampo spycha dziewczynkę z torów, a ja czytałam coraz wolniej, w końcu płynnie, nie zmieniając tonu dokończyłam: „Zwiadowca przeszedł na drugą stronę torów. W krzakach leżał Lampo, trochę potłuczony i podrapany, ale merdał ogonem i był bardzo  z siebie dumny. – Lampo, piesku, jak dobrze, że nic ci się nie stało – odetchnął z ulgą zwiadowca”

Lola też odechnęła z ulgą. I ja też. Czułam się tak, jakbym sama wyskoczyła spod tej lokomotywy. Do czasu.

Do czasu, kiedy to Maurycy uświadomił mi, że prędzej czy później w szkole Lola przeżyje dysonans poznawczy. I zrozumie, że Lampo is dead!

I wtedy moja córka mnie znienawidzi. Wyprowadzi się z domu. Zerwie kontakty i nie zadzwoni nawet na święta.

No dobra, tego już Maurycy nie powiedział. Ale się boję, że tak będzie. A może jej powiem, że miałam starą wersję lektury? Albo że to zupełnie inna książka, a zbieżność imion jest przypadkowa?

Cholera! Rodzicu, pamiętaj, każde kłamstwo ma krótkie nogi…

gwałt niech się gwałtem odciska

Zadano mi gwałt umysłowy i teraz czuję intensywną, choć małostkową, potrzebę publicznej zemsty.

Książkę wypożyczyłam. Do licha. A myślałam, że to dobry pomysł, żeby styczeń poświęcić na czytanie polskich autorów. Nazwiska nie znałam, ale: książka zgodnie z rekomendacją pani bibliotekarki obyczajowa, autorka polska, nazwisko nieznane (a wszak trzeba poszerzać horyzonty).

Trzy bohaterki: kobieta idealna, kobieta upadła i kobieta z mroczną przeszłością. Się przyjaźnią, przynajmniej deklaratywnie. Rozterki mają, problemy życiowe (czytaj – z facetami) i takie różne inne przypadłości.

Czasem napawają się urokami natury: „Rumiane słońce odbijało się w świeżym puchu, w kryształkach śniegu, niczym w zwierciadle, kokieteryjnie sprawdzało swoją niewątpliwą urodę, gładząc przy tym jej smutną twarz. Spojrzała na lazur nieba”

Nawet natura jednak nie daje sobie rady z rozterkami szarpiącymi bohaterkę: „Postanowiła, że jeśli Artur po raz kolejny stanie na jej wyboistej drodze, nie odtrąci go. Zaczęła marzyć o innych niż Piotra męskich oczach”.

No i stało się. Piotruś, były mąż, został odrzucony, jako niegodzien, bo się był oddalił mentalnie. Słusznie prawi mu  bohaterka w ostatniej kłótni: „Zadałeś mi wiele niepotrzebnego i niezasłużonego cierpienia. Nie wyobrażam sobie już życia z tobą, nawet ze względu na dzieci i Boga. Oni też chyba by tego nie chcieli”

Zakładam, że bohaterka ma rację, zwłaszcza jeśli chodzi o interpretację Bożych pragnień. Nie rozumiem jednak, dlaczego nieszczęsny Piotruś ma tak fatalną reputację. Owszem, przeleciał przyjaciółkę ex żony, ale w sumie  „Lidka czuła, że wzbieraja w niej dzikie żądze”, więc dlaczego „zamiast osiągnąć satysfakcję, Lidka poczuła się poniżona. Piotr, nie pytając o zgodę, pozostał w niej do końca”.

Mam w sobie dużo współczucia dla biednego Piotra, który zresztą w następnym rozdziale zachował się bardzo szlachetnie. Bo w ciągu kolejnych kilkunastu stron Lidka zdążyła zajść w ciążę (no tak, został do końca, mógł się jednak zapytać), urodzić, wrócić do porzuconego męża, dziecko zdążyło zachorować na nerki i tutaj, jak znalazł: Piotruś bohatersko nerkę oddaje swemu dziecięciu, a jeszcze dostaje za to powszechną pogardą po mordzie…

Czytałam sobie dość nawet spokojnie, czasem brwi podnosząc, czasem wybuchając wrednym rechotem, do momentu, kiedy zaczęła we mnie dominować ciekawość: kto i w jakich okolicznościach przyrody został nakłoniony do wydania tak potwornego, grafomańskiego i idiotycznego dzieła? No i czytam sobie notkę biograficzną autorki: dwa wydane tomiki poezji, dwie wcześniej wydane książki, kilka nagród, w tym za całokształt twórczości literackiej oraz, uwaga, za wybitne osiągnięcia w dziedzinie twórczości artystycznej!

O ja pier……Lekko się zachłysnęłam z wrażenia, książeczkę odłożyłam, a sama zasiadam przy biurku tworzyć „osiągnięcia w dziedzinie”. No, kochani, nic, absolutnie nic, co napiszę, nie może być gorsze od tego!

I bardzo proszę, nie piszcie mi, żebym teraz sięgnęła po Irvinga czy Cortazara, bo stracę zapał:-)

PS Jednak nie jestem świnia. Widzicie, oparłam się pokusie zamieszczenia nazwiska autorki.

rodzeństwo

Nie wiem dlaczego wydawało mi się, że z dziećmi jest jak z samochodami. Masz już jeden, opanowałeś konieczne czynności manualne, więc poprowadzenie drugiego  wymaga tylko chwili namysłu – gdzie wsteczny, światła i jak radio włączyć.

Figa, drodzy państwo. Jeśli Misiek jest samochodem, to Lola jest co najmniej statkiem kosmicznym z napędem telepatycznym.

Wychowanie Miśka jest proste jak dodawanie. Dużo poczucia humoru, trochę surowych min, mało rodzicielskiego gadania, dużo rozmowy, a w strategicznych momentach włączyć a)poczucie winy, b) poczucie obowiązku. I działa jak złoto.

Lola jest nieprzewidywalna, chaotyczna, wybuchowa i egocentryczna. Połączenie tych cech sprawia, że w ciągu sekundy ze słodkiej dziewczynki, która w fartuszku w kropki ugniata ze mną ciasto, zamienia się w biegająca i wrzeszczącą furię lub rozszlochany kłębek żalu nad sobą. Przy czym nigdy nie wiesz, naciśnięcie jakiego guzika sprowokowało wybuch.

Czynimy pewne postępy dzięki temu, że Lola chodzi do szkoły. Bo jej zakamieniały upór nie pozwala jej wprawdzie tak po prostu przeprosić, ale teraz przecież może to napisać.

Wczoraj w błogą popołudniową ciszę wdarł się histeryczny wrzask Loli:

– Ty durniu! Tu stokrotny durrrniu!! Precz! Wynocha z mojego pokoju!!!!! –

Acha, znaczy Lola pokłóciła się z braciszkiem…Misiek wzruszył ramionami i poszedł do swojego pokoju, gdzie zaczął głosno grać „Zombie” Cranberries na gitarze. Znaczy, wkurzony, ale nie chce mu się kłócić.

Za chwilę do pokoju Miśka wleciał niebieski balonik, na którym mazakiem było napisane: „Pszepraszam”. Po minucie ten sam balonik wleciał do pokoju Loli z dopiskiem: „Ja też przepraszam, Yo:-)”

Przez co najmniej godzinę małoletni bawili się w zgodzie. Nagle – znowu wrzask, Lola jak pocisk przemknęła do swojego pokoju. Za chwilę usłyszałam łupnięcie drzwi, posypało się trochę tynku, a w pokoju został jeszcze dym, który wyleciał Lolce uszami.

– Co znowu? – spytałam Miśka.

– A nic, powiedziałem, że jej petshop jest piękny jak księżniczka – zarechotał Misiek bez żadnego poczucia winy, chociaż wie, potwór jeden, że Lola NIENAWIDZI księżniczek i to słowo jest dla niej obelgą.

Chwilę później do stóp sfrunął nam kolejny balonik, tym razem z namazanym grubo napisem:

„Nie pszepraszam i nie odpisuj!!!!!!!”

Postanowiłam zostawić Lolę w spokoju, żeby trochę ostygła z dymiących emocji, ale kiedy chwilę później z naręczem prania skierowałam się na górę, na schodach przywitał mnie napis:

napis

Nie wierzę, że z wiekiem Loli poprawi się charakter. Ale chyba mogę mieć nadzieję, że przynajmniej poprawi jej się ortografia?

no dobra, obciach – reaktywacja

Pamiętałam! W przeciwieństwie do poprzedniego roku, kiedy to gnałam spóźniona i zestresowana, że za chwilę mnie zamkną w przytulnej celi albo obciążą finansowo równowartością kilku par butów, w tym roku postanowiłam przechytrzyć system. I pamiętałam, i chodziłam dumna, że pamiętam, przez cały ostatni tydzień. I tak się doczekać nie mogłam, upojona własną przemyślnością, że pojechałam na badanie techniczne calutki tydzień wczesniej.

Pomna przeżyć zeszłorocznych, postanowiłam się solidnie przygotować. Sadystom, uwielbiającym czytać o upokorzeniach bliźnich, polecam ten wpis

 Zaparkowałam sobie zgrabnie przed wejściem do biura i oddałam się memoryzowaniu (prawda, jakie ładne słowo?) poszczególnych elementów przeglądowych. Fakt, przyznaję, mogłam wygladać trochę dziwnie, siedząc w samochodzie, gadając do siebie, podnosząc na zmianę obie ręce (lewa, prawa, lewa, prawa, kretynko, prawa to ta od łyżki) i poklepując różne fragmenty deski rozdzielczej. Ale to naprawdę nie tłumaczy tego, że pani z kasy przysunęła fotel do witryny, żeby mieć na mnie lepszy widok.

Za to wjechałam do hali pewna i dumna. Miłego mechanika Władka nie było widać na horyzoncie, za to był starszawy, potwornie ponury koleś, który wyglądał tak, jakby jeszcze przeżywał problemy trawienne z Sylwestra. Ale co tam, tym razem byłam jak żyleta. Nie dość, że wiedziałam, gdzie się otwiera maskę, to jeszcze bezbłędnie rozróżniłam kierunkowskazy i , o cudzie, wiedziałam, gdzie mam światła przeciwmgielne!

Emanowałam taką dumą i samozadowoleniem, że blask mego szczęscia spłynął nawet na ponurasa, który łaskawie uznał, że mój samochód, nawet z przepalonym światłem pozycyjnym, nadaje się do dalszej jazdy i na koniec posłał mi coś w rodzaju ćwierćuśmiechu.

W podskokach i z przyśpiewem podążyłam do kasy, żeby opłacić chwilę mojej satysfakcji. Wprawdzie pani w okienku, pomna dziwacznej pantonimy, jaką odstawiłam wcześniej, spojrzała na mnie ze wstrętem, ale oślepiłam ją blaskiem stuwatowego uśmiechu. Pod wpływem takiej ilości luksów pani stopniała i zaczęła w nastroju przyjaznym wypisywać rachunek. Po czym na koniec dokładnie obejrzała mój dowód rejestracyjny ze świeżutką, jakże zasłużoną pieczątką. Obejrzała, spojrzała na mnie, jeszcze raz na dowód…W końcu bardzo ostrożnie i łagodnie spytała: – A czemu pani właściwie przyjechała na przegląd? Bo wie pani, termin mija w styczniu, ale dopiero za rok…?-

Ehmm. Wczytałam się dokładnie w poprzednią pieczątkę. Cóż, faktycznie, w przyjętym w Polsce systemie zapis 11.01.12 można przeczytać i w ten sposób, czyli jedenastego stycznia roku dwunastego….

Moje sto watów zgasło jak po awarii bezpieczników. Wzięłam od pani dowód, pozamiatałam szybciutko resztki godności własnej z podłogi i oddaliłam się chyłkiem. Ja pitolę!

Teraz mam w dowodzie piecząteczki datowane kolejno na: 11.01 12 i 03.01.12. Kiedy powinnam pojechać na następny przegląd? Może policzyć to za dwa lata i pojawić się w dwutysięcznym trzynastym? Hę?

O fak!

Dopisek do ostatniego wpisu.

Tylko ktoś w poziomie umysłowym krewetki (czyli ja) mógł zapomnieć w ferworze walki z Sylwestrem o jednym maniunim drobiażdżku. Takim mianowicie, że owszem, spędza go w domu, ale z zaproszonymi przez siebie gośćmi……

Wprawdzie to rodzina, czyli moi rodzice, brat i siostra z mężem i potomstwem, ale do licha, jakby nie liczyć, to jedenaście osób do nakarmienia. Zdaje się, że nie pójdą na to, że w ramach protestu przeciwko układom jemy tylko paluszki (których nie mam zresztą)?

Trudno. Tu następuje, niestety nie sponsorowana, reklama produktów trwałych, ze szczególnym uwzględnieniem wyrobów Hortexu i Delekty.

Otwieramy kilka słoików i mamy michę sałatki. Done.

Mieszamy różne tajemnicze proszki z mlekiem/jajkiem/margaryną i mamy apetyczne babeczki, ciasto i kulki czekoladowe (z nutą mięty). Done.

Wyciągamy z tajemniczego, meczowego  schowka męża nachos, popcorn i chipsy i proszę, talerz przekąsek gotowy. Done.

Dzwonimy do mamy i bez większego wysiłku otrzymujemy gar bigosu (no wiem, matka nie jest produktem trwałym, ale za to pewnym jak podatki). Done.

Jeszcze tylko karton barszczyku, zachomikowany przed Miśkiem zapas Coli i voila!

Impra na całego. Dusza mi się buntuje, bo programowo miał być koc i książka („Radio duchów”), ale za to chwilowo przepełnia mnie duma skrzętnej i zapobiegliwej gospodyni. Nie ma to jak świąteczne, niewykorzystane zapasy.

No, i wygląda na to, że nie ma przebacz, do północy oka nie zmrużę:-) A później najwyżej wypowiem słynną kwestię teścia, z którym  łączy mnie niechęć do przedłużających się zabaw:

„No to się pobawiliśmy. Ale zapraszałem na Sylwestra, a tu juz wiecie, Nowy Rok….”

Nienawidzę Sylwestra

No, wreszcie to powiedziałam.

Bez żadnych racjonalnych powodów, z czystej przekory. Bo, cholera, ten przymus bawienia się doprowadza mnie do furii. Dzień wcześniej i dzień później bez problemu z flaszką posiedzę i pół nocy (na całą noc nie ma co liczyć), w Sylwestra już od ósmej popadam w narastająca irytację. Bo nawet gdybym w odruchu słusznego buntu zaszyła się w łóżku o dziewiątej, cały świat będzie mi przypominał o tym, że Wszyscy Się Bawimy W  Ten Wspaniały Kurna Dzień.

– Jutro jest pierwszy dzień nowego roku? – pyta Lola z szeroko otwartymi oczami – I co się wtedy zmieni? –

– Nic, cholera, nic – mamroczę do siebie, nauczona wieloletnim doświadczeniem.

Dawno temu jeszcze próbowałam. Mój pierwszy Sylwester z wtedy jeszcze nie mężem skończył się naszą pierwszą karczemną awanturą. Sylwester w jakimś kieleckim ośrodku kultury – porażka. Sylwester w hotelu – masakra. Sylwester  z przyjaciółmi – kłócili się oni, co też było frustrujące.

Dlatego od lat konsekwentnie odmawiam udziału w jakichkolwiek imprezach sylwestrowych. Odliczajcie sobie do upojenia te sekundy, pijcie szampana (nienawidzę szampana!), i obsypujcie się konfetti. I bawcie się dobrze, słowo, trzymam za was kciuki. Tylko nie każcie mi współuczestniczyć w tym szaleństwie.

Bo następnego dnia rano wstanie takie samo niemrawe słońce, posypie tym samym śniegiem, a ja znów zacznę myśleć odruchowo o podsumowaniach i postanowieniach, których i tak nigdy nie dotrzymuję.

Moje postanowienia minimalistyczne na rok 2011 – przeżyć. Dać żyć innym. Nie utyć zbyt wiele. Nie zapuścić się umysłowo ponad dopuszczalną dla wieku normę.  Wytworzyć sobie kilka nowych zmarszczek od śmiechu. Posadzić kilka nowych roślin. Dokończyć telenowelę i posłac ją w diabły, czyli na ekran. Czasem być miłą dla ludzi, ale nie za często.

No, teraz chyba uda mi się zrealizować te postanowienia noworoczne?

wilkołak?

Sypie się. Przecież miała się nie sypać. Bo podobno nigdy sie nie sypią. Jodły znaczy, bo zawsze mieliśmy świerk. Który sypał. Obserwacja tegoroczna – jodły też się sypią. I bombki z niej spadywują. Dobrze, że z plastiku (bombki, a nie jodła).

Święta się skończyły, a ja wciąż mam wolne. Nie pamiętam już, kiedy spędziłam w domu więcej niż cztery dni pod rząd. Bardzo dziwne i przyjemne uczucie. Wszystko toczy sie leniwie i komfortowo. Nie mogę tego powiedzieć dzieciom, ale czasami brak wysiłku owocuje… Nie sprzatałam, za to pani Hania, opiekunka Loli,  nie wytrzymała i ogarnęła dom na błysk. Obce jej były ideologiczne założenia mojego lenistwa, dom na święta ma być czysty i już… Ok, nie będę się kłócić.

Nie gotowałam, za to codziennie chadzałam na obiady do rodziny, jak klasyczny pasożyt. Rodzina w duchu świąt radośnie nas gościła i nie narzekała. Nie piekłam za dużo, ale pudło na parapecie jest pełne ciasta, które przynosił po kolei każdy gość.

No i każdy dzień jest pełen fajnych zdarzeń.

Niebieski reniferek na tarasie świeci jak statek kosmiczny. Co powoduje reakcje  religijne (Boże, co to jest?), kulinarne (rzyg) lub daleko idące. Moje dzieci zainspirowane niebieskawą poświatą wdały się w dyskusję na tematy nadprzyrodzone, co w płynny i zaskakujący sposób doprowadziło ich do  tematu wilkołactwa w rodzinie. Precyzyjnie: Misiek, który uwielbia dręczyć młodszą siostrę, twierdził, że każdy może się zamienić w wilkołaka, nawet tata. Lola ze łzami w oczach obstawała przy realistycznym oglądzie świata. – Idź sama i sprawdź – powiedział prowokacyjnie Misiek, nie zważając na moje wściekłe spojrzenie. – Pójdę – powiedziała Lola bohatersko. Ruszyła, stanęła na chwilę przy schodach, pomyślała, po czym przytuptała do mnie i cichutko wyszeptała – Ja wiem, że on zmyśla, mamo, ale tak na wszelki wypadek…możesz iść ze mną? –

Skradałyśmy się na górę z pewną obawą (jestem podatna na sugestię) i z jeszcze większa obawą uchyliłysmy drzwi łazienki. Mój mąż, spowity obłokami piany (pod tym względem jest zdecydowanie sybarytą) nurzał się w kąpieli, czytając gazetę i popijając wino (mówiłam, sybaryta)

Kiedy ukazał nam swoje rumiane i pozbawione futra, choć nieco zaskoczone  oblicze, obydwie odetchnęłyśmy z ulgą. Ale Lola jednak nie do końca wyzbyła się lęków. Następnego wieczoru  moja przyjaciółka Ania nocowała ze swoimi synami i odstąpiliśmy im sypialnię, co znaczyło, że my śpimy z dziećmi. Dałam Loli wybór, czy woli spać z mamą, czy z tatą. Lola dyplomatycznie się zawahała i w końcu przyznała: wolę z tobą, bo ty nie jesteś taka włochata jak tatuś i nie będę miała koszmarów.

Wiem, ze to nie było w temacie poświątecznym, ale metoda płynnych skojarzeń działa i u mnie. A teraz płynnie od wpisu przechodzę do pracy nad zalegającym odcinkiem. Bo urlop urlopem, a prace literackie nad telenowelą musza isć naprzód…