boję się zatytułować ten wpis tak jakbym chciała

Bo wiecie co się stanie i gdzie ten wpis wyląduje….I jakich komentarzy się doczekam?

Rzecz w tym, że Lola uwielbia księży. Mówią ładnym językiem, noszą fantastyczne czarne sukienki i kolorowe szaliki oraz potrafią śpiewać głosem podniosłym i natchnionym. To wystarczy, żeby wprowadzić Lolkę w stan zachwytu.

W związku z tym:

Moje dziecko, które nie chciało usiąść na kolanach Mikołajowi w przedszkolu, nie ma żadnych oporów, żeby całkowicie nieznanego księdza powitać okrzykiem: jaki cudny szalik!, po czym starannie sprawdzić hafty na stule…

Moje dziecko, które niechętnie opowiada lekarzowi o bólu gardła, kilka lat temu przy kolędzie poufnie poinformowało księdza na wstępie: a wiesz, ja mam taki problem z sikaniem…Po czym, nie zważając na ogólne zakłopotanie, wdało się w szczegóły, jak nie przymierzając emerytka w autobusie…

Moje dziecko kiedyś zdominowało kolędę do tego stopnia, że ksiądz został zapoznany z dziejami rodzinnymi do trzeciego pokolenia wstecz,poznał imiona wszystkich misiów, a na koniec słabo obronił się przed natychmiastową demonstracją przebierania lalki Barbie (heh, i tak był dzielny, przyznaję)

W sumie nie widzę jednak powodu, żeby tę aktywność rozrywkową Loli ograniczać. Robimy to przecież tylko dla niej.

Naprawdę nie są to proste decyzje. Czas kolędy w rodzinie zróżnicowanej światopoglądowo jest czasem wyborów i dylematów. Mamy na stanie jedną wierzącą katoliczkę, która wszakże prawo do wizyty swojego duszpasterza posiada. Katoliczka jako małoletnia księdza sama przyjąć nie może. Abstrahując od jakichkolwiek brzydkich posądzeń niektórych, nie jestem pewna, czy w ogóle w pojmowaniu Kościoła mieści się sytuacja, kiedy ateistyczni rodzice mają  wierzące dziecko.

Mamy taki wybór: nie przyjąć księdza. Dla mnie OK, Lola nieszczęśliwa i smutna.

Przyjąć księdza i udawać katolików: dla Loli OK, dla księdza też. Ja mam niesmak i czuję się zakłamaną świnią.

Przyjąć księdza i powiedzieć, że Lola jest jedynym katolikiem w tym domu: dla mnie OK, dla Loli też. A dla księdza?

 Do tej pory przychodził fajny, młody koleś, znaczy, przepraszam, wikary. Który nie miał nic przeciwko oglądaniu misiów, stuły i modlitwie tylko z dzieckiem. Kolesia już nie ma, a kto będzie, to wielka niewiadoma…Oj, będzie się działo (cytując mistrza)

Pomijam już problemy logistyczne. Teraz Lola akcesoria religijne typu kropidło czy krzyżyk posiada a wręcz z upodobaniem kolekcjonuje. Ale kiedy była młodsza, na 20 minut przed wizytą zorientowałam się, że nie mam żadnego obrazka/ krzyżyka/ symbolu, który można powiesić na ścianie. Nerwowo przeszukując szufladę, znalazłam maleńki, może sześciocentymetrowy krzyżyk, który pieczołowicie zawiesiłam wysoko na ścianie na jedynym wolnym gwoździu. Ksiądz zaczął odmawiać modlitwę, ale zauważyłam, że jakoś tak sie waha i zwalnia. Rzuciłam okiem, żeby sprawdzić, co tak przykuło jego uwagę.

Hmm, no tak. Maleńki krzyżyk, niemal niewidoczny na tle ściany,  wisiał centralnie nad ogromną, rytualną maską aztecką z demonicznie wykrzywioną mordą. Do której właśnie modlił się ksiądz…No tak, jakby troche głupio to wyszło…

W sumie tak sobie myślę z rezygnacją, że gdzie się nie obrócę, z każdej strony dupa. Ale też, że własciwie to już nie ode mnie zależy. Tylko od księdza, czy zechce sobie zachować w stadzie tę pełną zapału owieczkę, czy też ją za grzechy ojców wykopać…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s