kontener złotych balonów

No – nauczyłam się wstawiać obrazki! Dobrze, bo wiosna idzie i jest co fotografować, na przykład krokusy pod garażem. Ale nie jestem  przekonana, że udało mi się wyłączyć cholerną moderację komentarzy. Sama nie lubię, jak jestem moderowana, bo nigdy nie wiem, czy ten komentarz w końcu wysłałam, czy nie. Dajcie znać, czy działa, w sensie czy od razu pokazują się komentarze czy znowu coś schrzaniłam.

Ale do adremu, czyli balonów.

Uwierzycie, że znowu dałam się wmanewrować w trójkę klasową? Lepiej, bo w przewodniczenie trójce klasowej? We wrześniu zdesperowana nauczycielka zagroziła, że nie wyjdziemy ze spotkania, jeśli ktoś nie zgłosi. No przyznam, że ta głucha, przeciągła cisza nawet mnie zastanowiła przez chwilę, ale niewystarczająco, bo powinnam wówczas natychmiast wyjść do toalety. Kiedy nauczycielka przyszpiliła mnie spojrzeniem i powiedziała – O, pani na pewno chętnie się zgłosi – zamarłam w osłupieniu, a zanim się ogarnęłam mentalnie, okazało się, że moje nazwisko już jest na górze listy, wszyscy biją brawo i mają gotowy projekt pamiątkowego medalu z moim profilem.

Na kilka miesięcy całkowicie wymazałam z pamięci traumę związaną z tym strasznym wieczorem, kiedy przez moment musiałam wykazać się zaangażowaniem społecznym, aż do teraz. Bo teraz  odkryłam, dlaczego standardowe aktywistki klasowe tym razem milczały. Bal gimnazjalny. Koszmar nauczycieli, rodziców, a nade wszystko trójek klasowych. Przecież ktoś to musi zorganizować…

Pierwsze zebranie mnie ominęło – chwała ci, kursie pisania! Skarbniczka poszła, następnie pogodnie streściła je w dwóch zdaniach: na następnym nie mogę być, bo dziecko będzie chore (sprytny manewr, nie powiem), idziesz ty, dyrektor będzie zbierał kasę do metalowej skrzyneczki, jedna mama przyniesie menu, no i coś tam jeszcze macie zdecydować.

Dobra, sprawiedliwość musi być. Zwłaszcza ta społeczna. Poszłam. Po czym w rosnącej panice notowałam kolejne punkty emaila do pozostałych dwóch członkiń trójki:

Dyrektora nie ma. Skrzyneczki nie ma. Nikt nie chce ode mnie tej zebranej kasy. Co ja mam zrobić? Przepić? Wątroba mi padnie. A na Seszele jakby za mało jednak.

Połowa matek ma menu. Druga się na nie nie zgadza. Roladki wołowe w curry? Szparagi z szynka parmeńską? Pogięło ich? Dla gimnazjalistów? Czy te dzieciaki maja tu spędzić tydzień? Po co im aż trzy ciepłe dania?

Wszyscy mówią naraz. Bo nie ma dyrektora no i w ogóle nikogo, jak u Kononowicza.  Jedna mama usiłuje prowadzić zebranie. Nie umiemy się doliczyć, ile dzieci będzie na balu. Margines błędu to około 50 sztuk. Raczej dużo, zwłaszcza w kontekście szynki parmeńskiej.

Uff, wreszcie konkrety. Kto jest odpowiedzialny za co. Czekajcie, zaraz…Serwetki, kubeczki, owoce, napoje, balony…Mamy balony. Znaczy nie mamy. Mamy kupić. Ile? Na litość boską, oni liczą dwa i pół tysiąca balonów. Razy dwa – bo jeden komplet dla ósmoklasistów, drugi dla gimnazjalistów. Balony podobno się nie przechowają. Jak owoce morza. Pięć tysięcy balonów??? Przecież to kontener. Ach, no i maja być złote, bo złote są glamour.

Dziewczyny, gdzie się kupuje kontener złotych balonów?

Wasza spanikowana Jedynka z trójki.

W nowym domu

 

Rozglądam się, na razie nieco podejrzliwie i niepewnie, po moim nowym domu. Żegnaj Bloxie, witaj, WordPressie! Powoli ogarnę, co i jak, na razie możecie się spodziewać, że coś się może wywalić, znając moje możliwości techniczne. Ech, nie lubię zmian…ale może ta mi wyjdzie na dobre?

 

o chrypce i pisaniu

Mam niejasne wrażenie, że moja rodzina ze szczerą satysfakcją, a przynajmniej źle skrywana ulgą przyjęła fakt, że do rozlicznych objawów chorobowych, jakie prezentowałam przez poprzedni tydzień, dołączyło zapalenie krtani. Mogli dzięki temu udawać, że zupełnie nie rozumieją wyszeptywanych i wychrypywanych przeze mnie komend i subtelnych sugestii w stylu: w tej łazience śmierdzi jak w toalecie w pociągu dalekobieżnym, albo: znów potknęłam się o stosy ciuchów w łazience albo: kto tak linieje, bo na pewno nie ja?

Nadal chcieli jeść pełnowartościowe domowe posiłki i nadal dziwili się, że w lodówce nie ma serka,a przecież zawsze był. A ja nawet nie mogłam ich porządnie opieprzyć, że przecież oto matka konająca z trudem zsuwa się z kanapy, żeby przygotować wyżej wymienione posiłki i segregować plastik.

A wszystko to oczywiście przez moje dobre serce. W pierwszym tygodniu ferii zachorzał małżonek. Sytuację komplikował fakt, że byliśmy właśnie na nartach. Właściwie to był mąż z Lolą, ja jako dama do towarzystwa udzielałam się głównie podczas popołudniowych konsumpcji gorącej czekolady i picia wód zdrojowych, szeroko dostępnych w Krynicy. Rankami, kiedy oni dźwigając jakieś kilogramy dziwacznego, niezbędnego narciarzom oprzyrządowania udawali się na stok, ja z kijkami udawałam się na eksplorację okolicznych górek i lasów. 

No ale mąż zapadł na zdrowiu stanowczo i całkiem jak nie on, bo nawet, o dziwo, miał gorączkę, co mu się nie zdarzyło przez ostatnie ćwierćwiecze ani razu. Rankami więc zjeżdżali, później mąż wczołgiwał się do łóżka, gdzie zbierał siły na wieczorne zabawianie dam. Ja, jak głupia, zamiast kategorycznie odseparować się od łoża i stołu, leczyłam, do piersi tuliłam i takie efekty. Natychmiast po powrocie rozpoznałam u siebie te same urocze objawy infekcji grypopodobnej. I zdechłam na tydzień nieodwołalnie. 

Powoli odzyskuję głos i siły, chociaż te ostatnie to rzeczywiście powoli, bo nadal dostaję zadyszki po wejściu na schody.  Ale przecież muszę wyzdrowieć do jutra, bo jutro zaczynam kurs pisarski! Jestem szalenie przejęta, oczywiście póki co, raczej w stylu: obożeoboże, wszyscy będą mądrzejsi ode mnie i wszyscy umieją pisać i wszyscy będą błyskotliwi i elokwentni, tylko ja będę chrypieć w kącie i bełkotać jakieś bzdury. Zdaje się, że mój brak pewności siebie kwalifikuje mnie do pilnej terapii…Ale jakoś sobie poradzę, prawda? I po takim kursie to siądę i napiszę dzieło godne Blanki Lipińskiej, i Katarzyna Michalak będzie siedzieć u moich stóp i czesać mi warkocze, a pan Woźniak spojrzy mi w oczy głęboko i wyszepce z podziwem – Prowadź, Mistrzu.

Filmu szukam

Aktualnie z pewnym niepokojem spoglądam w przyszłość. I wcale nie dlatego, że styczeń kopie mnie w nerki kolejnymi katastrofami finansowymi. Zaczynając od telefonu Miśka – Mamo, siedzę na parkingu pod stacją i tak jakby samochód nie odpala (pięć stów), przez zepsuty laptop (200 złotych polskich) i dentystę Loli (150 PLN) aż po ostateczny cios, czyli monit ze skarbówki o jakieś odsetki sprzed dwóch lat (600 zł). A, jeszcze dwa razy wyższy rachunek za gaz, który zafundował nam nasz nowy, nieopanowany w chęci ogrzania całego świata, piec. Ale nie, znoszę te ciosy z godnością jak kurde, Russell Crowe w stroju gladiatora i tylko czekam, głowę osłaniając, skąd spadnie kolejna cegła.

Mam jednakowoż obawy, że moja polityka yes woman sprowadzi mnie w końcu na manowce. Wprawdzie dzięki nowemu podejściu mam z życia o wiele więcej frajdy niż kiedyś – wychodzę do kina i teatru, odnawiam dawno zapomniane kontakty i odkryłam, że umiem tańczyć, ale chyba ostatnia decyzja była jednak zbyt pochopna. Moja religijna koleżanka zaproponowała mi mianowicie trzydniowy babski wypad do SPA w towarzystwie jej przyjaciółek, z którymi, uwaga, w zeszłym roku znakomicie bawiła się na wyjeździe „Modlitwa tańcem”. Nie wiem dlaczego się zgodziłam, musiała mi dodać czegoś do kawy, ale słowo się rzekło. SPA w towarzystwie pięciu rozmodlonych niewiast stanie się faktem za miesiąc. Serio, mam cykora. Z moją koleżanką sobie radzę, bo poza głęboką religijnością, jest wyposażona w poczucie humoru i wysoki poziom wrodzonej dobroci serca, ale nie jestem pewna, czy będzie można to samo powiedzieć o wszystkich paniach, z których dość pobieżnie znam tylko dwie. No dobra, co ma być, to będzie. I tak najbardziej przeraża mnie zadanie, jakim obarczyła mnie koleżanka, czyli wybranie filmu, który będziemy mogły razem obejrzeć. No totalnie zawodzi mnie wyobraźnia, w którym miejscu nasze gusta zbiegną się na tyle, żeby bawiło nas to samo. Analizując ich naprawdę bardzo duże zaangażowanie w kościół katolicki, doszłam do wniosku, że film musi spełniać następujące kryteria: bez aborcji przedstawianej jako wybór, bez homoseksualistów, przekleństw, seksu pozamałżeńskiego,nadmiernej przemocy, magii, wampirów i żartów z religii.  Jednym słowem odpada wszystko, co oglądam i zostają mi właściwie niektóre komedie romantyczne, świąteczne filmy Hallmarku i widowiska patriotyczne na rocznice wydarzeń państwowych. A może się mylę? Może wpadnie wam do głowy jakiś sensowny film, który nie urazi moich nowych koleżanek i nie wywoła u mnie ataku senności? Bo jak już jadę, to chcę się postarać. Zwłaszcza po finale mojej rozmowy z koleżanką:

– Nie martw się, będę miła – obiecałam dość ponuro, przytłoczona nagłą świadomością „omatulucojatakiegozrobiłam”

– Ależ nie musisz – odparła pogodnie koleżanka – możesz być sobą – 

 

po świętach – nareszcie

Święta, święta i po…Nareszcie. Magia świat wychodziła mi już uszami. Za dużo ciasta, za dużo kontaktów towarzyskich, za dużo stania przy garach. Wolę ciszę i spokój, potrzebne mi tym bardziej, że robię duże zlecenie, które wymaga koncentracji i równocześnie pośpiechu, bo termin goni. A jak tu się skoncentrować, kiedy placek czekoladowy woła „zjedz mnie”, a rodzina „chodź zagrać w scrabble”? No właśnie – niewiarygodnie smutne jest to, że nieustannie przegrywam ze wszystkimi w scrabble. Do licha, w końcu zarabiam na życie słowami, powinnnam rozwalać ich na planszy, a tu kicha. Chyba po prostu za łatwo się dekoncentruję.

Między seansami scrabbli i wpychaniem w siebie ciasta siedzimy z Lolą przy laptopie i analizujemy. Które szkoły, które klasy, jakie profile. Skrapiamy nasze analizy gęsto rzęsistymi łzami Loli, rozpaczającej, że ona się nigdzie i nigdy nie dostanie. Na co odpowiadam pogodnie, że zawsze będzie zapotrzebowanie na usługi w handlu, poza tym może przecież pracować w zoo i karmić lemury. Na nic jednak moje pociechy, Lolę zżera lęk i stres. Zanim dotrzemy do egzaminów, będe musiała zainwestować w psychoterapię, bo mi się dziecko rozjeżdża emocjonalnie…

Osobiście uważam, że powinna pójść w aktorstwo albo pisanie. Scenariusz jasełek, jakie wymyśliły w tym roku z kuzynką, był dość obrazoburczy, ale zaskakująco aktualny i błyskotliwy. Bohaterami była imigrancka para, Marysia i Józio, uciekajaca przed gangiem narkotykowym. Spektakl był retrospekcja ostatnich dni życia tych młodych zagubionych ludzi, a zaczynał się odnaleziem ich zwłok w opuszczonej stajni….Muszę przyznać, że wrażenie było niezapomniane, a historia bardzo dramatyczna…

Wszyscy dostaliśmy bardzo fajne prezenty, które podkreśliły naszą obsesyjno kompulsywną naturę i to, że NAPRAWDĘ uważnie wsłuchujemy się w nasze potrzeby. Dlatego Lola dostała aż  trzynaście par puchatych skarpetek, Misiek oprócz swetra w norweskie wzory szalik, rękawiczki i skarpety w tym samym stylu, a  mąż osobisty portret by młoda uznana artystka i świąteczne bokserki w większej ilości. Nie wiem wprawdzie, jak interpretować fakt, ze ja dostałam komplet dziwnych przyrządzików do produkcji trufli czekoladowych, choć jako  żywo nigdy nie zgłaszałam takich marzeń (to jakaś aluzja?), ale ponieważ dostałam, też książki i pachnidła i różne takie miłe drobiazgi, nie zgłaszam uwag do Mikołaja.

A wy? Co dostaliście pod choinkę? Zadowoleni jesteście, czy mogło być lepiej?

o golfowej wigilii

Asia emanuje wdziękiem część druga:

Mąż optymistycznie założył, że niedawna impreza golfowa, na której byliśmy, wyczerpała limit moich wtop towarzyskich i zaprosił mnie na tajemnicze wydarzenie o nazwie „golfowa wigilia”, która jednakowoż wigilią na całe szczęście nie była. Przez całą drogę nerwowo dopytywałam, czy aby na pewno nie jest to coś w stylu wigilii z mojej poprzedniej pracy, na której szef wygłaszał orędzie do zespołu, a następnie dzielił się opłatkiem z całą załogą. Tuż po orędziu wymykałam się możliwie dyskretnie do toalety, gdzie przeczekiwałam fazę zbiorowego składania sobie życzeń i obściskiwania z Kasią z produkcji i Kazkiem z reklamy, a i tak zawsze znalazła się jakaś radosna dusza, która rzucała się na mnie, kiedy już przeżuwałam w kącie makowczyk, bo „jeszcze z tobą sobie nie życzyłam”. Muszę przyznać, że mój introwertyzm w okresie okołoświątecznym szczerzył kły i warczał głucho na nawet najbardziej ulubionych kolegów z pracy. Nadal dramatycznie wręcz nienawidzę stania naprzeciwko osoby, o której niewiele wiem i dukania czegoś, co przypomina wypowiedzi miss powiatu „i szczęścia, i miłości, i pokoju  na świecie”.

Ale zmierzajmy ad meritum, nieprawdaż. 

Wigilia golfowa na szczęście była raczej zasiadanym obiadem na jakąś setkę golfistów, których udało się upchnąć w podziemiach luksusowej knajpy. Obiadem, zaznaczmy, niezbyt smacznym, zwłaszcza, że w przedziwny sposób łączącym tradycję wigilijną i świąteczną. Efekt był wysoce nieapetyczny, ale na szczęście alkohol był serwowany radośnie i bez ograniczeń, co pozwoliło mi przymknąć oko na nieodciągnięcia. 

Nudziłam się okrutnie. No nie będę ściemniać, golfiści są z zasady bardzo nudni dla nie-golfistów. Po trzech minutach przysłuchiwania się, jak to na trzecim dołku ktoś trafił bogeya, oczy robiły mi szkliste i przestawałam przetwarzać dane. Więc uśmiechałam się tylko sympatycznie, przybierając możliwie inteligentny wyraz twarzy i sączyłam białe wino. Znajomi męża chętnie dzielili się ze mną inspirującymi opowieściami, pewni, że to najszybszy sposób nawrócenia mnie na ten cudowny sport. Tak więc wszyscy dużo do mnie mówili, bądź, co było nawet gorsze, bo wtedy to już nic nie rozumiałam, wspominali przy mnie różne fascynujące historie z pola.

Coraz bardziej sympatycznie się uśmiechałam, coraz to kolejne kieliszki białego wina sączyłam, a że jedzenie, jak wspomniałam, było niedobre, sączyłam je raczej na pusty żołądek. Trudno więc się dziwić, że kiedy po kilku tak przesłuchanych (i przepitych) godzinach przedstawiono mi stylowo i kosztownie odzianą damę w wieku dojrzałym, wyrąbałam z zachwytem pierwsze, co mi przyszło na myśl – Jakie ma pani przepiękne oczy! Czy to pani własne? – 

No tak. Byłabym jednak niesprawiedliwa, twierdząc, że to była całkowita porażka i strata czasu. Poznałam mianowicie cudownych ludzi (pomimo ze są golfistami). Pani jest zaginioną siostrą bliźniaczką Joanny Chmielewskiej, a pan ma najpiękniejsze wąsy w stolicy i mówi do swojej żony od lat mniej więcej czterdziestu „Mała”. Rzadko kogoś lubię od pierwszego wejrzenia, ale tu mnie trafiło.

PS Niewiarygodne, ale moja post alkoholowa wtopa tym razem wyszła mi na dobre. Dama była zachwycona komplementem i wdała się w szczegółowe opisy odcieni swoich licznych kolorowych szkieł kontaktowych. Uwierzycie? Bo ja z wrażenia niemal wytrzeźwiałam.

Postanowiłabym sobie, że na wszelki wypadek więcej nie będę pić na spotkaniach z golfistami, ale jestem realistką. Tego na trzeźwo się nie da….

O nowym podejściu do nauki

Lola po egzaminach próbnych. W nastroju wisielczym, bo poszło jej nawet nie tak sobie, tylko złowieszczo źle. Jedyne, co zaliczyła ze śpiewem na ustach i na 100 % to oczywiście angielski. Ale pomijając już dość oczywiste zawalenie matmy, to wierzyć nie chciałam, jak źle moja oczytana, bystra i naprawdę uzdolniona polonistycznie córka napisała część humanistyczną.

Dzisiaj wróciła do domu zrezygnowana i oznajmiła – Już wiem, czemu tak źle to napisałam. Bo nikt nam wcześniej nie powiedział, jak to robić, że trzeba wszystko pod klucz i nie można nic po swojemu. – 

– I co? – zainteresowałam się – Teraz już wiesz? Pani wam wytłumaczyła? – 

– Tak – westchnęła Lola – powiedziała, że od dziś do kwietnia przestaje uczyć nas myślenia, a zacznie zdawania testów. – 

No i to byłoby chyba zgrabne podsumowanie kierunku, w jakim podąża polska edukacja.

PS Tak, dopytałam Lolę, na czym polega uczenie pod testy i co zrobiła źle. W skrócie – jeśli masz pytanie w tytule rozprawki, np czy warto czytać coś tam – musisz uzasadnić in plus, nie dopuszcza się wariantu, że jednak nie warto czytać, powiedzmy, literatury fantasy. Przykłady muszą być trzy i muszą dotyczyć lektur gimnazjalnych, żadnego tam sięgania do innych tekstów, choćby z podstawówki. Argumenty powinny być oczywiste i iść schematem skojarzeniowym klasycznych, omawianych na lekcjach toposów, choćby tobie motyw wędrówki kojarzył się z Muminkami i byłbyś gotów to udowodnić. Jednym słowem, prowadzą ich na sznurku, żeby nie wyszli z szeregu. No nic, aby do kwietnia.

 

cichy niedzielny wieczór

W ramach prezentu mikołajkowego sprezentowałam dzieciom bilety na Gaelforce Dance – koncert muzyki i tańca irlandzkiego. Nie mam pojęcia, czy to nie nazbyt antyczne rozrywki dla nowoczesnej młodzieży, ale liczę na to, że wrócą tak zachwyceni, jak ja wiele lat temu, kiedy sama obejrzałam to przedstawienie. 

Mąż od dwóch dni szusuje po alpejskich stokach. Wygląda na to, że coroczny męski wypad na narty przebiega w tradycyjnej atmosferze, bo pisze do mnie albo na kacu, albo ze stoku. Żadna z tych aktywności nie wydaje mi się zbyt ciekawa, ale co tam, grunt, że on jest zadowolony.

Siedzę więc w domu sama, piję rumianek karmelowy i i odczuwam głęboką życiową satysfakcję. Mój kalendarz zapowiada się tak ekscytująco! Spotkanie z seksuologiem sądowym w ulubionym klubie i wykład profilera na uczelni, a dla równowagi spacer z alpakami i warsztaty na temat nietrzymania moczu. No tak – to ostatnie brzmi dość niepokojąco, wiem. Ale koleżanka była tak podekscytowana i tak mnie namawiała, że nie miałam serca jej odmówić. Zdam relację, czy było warto. No, i może dowiem się czegoś ciekawego, ostatecznie to coś, co może przytrafić się każdej z nas. 

Skończyłam właśnie szydełkowy sweterek dla drzewa na zamówienie mojej córki. Najwyraźniej klasa Loli nie jest zbyt dobra z botaniki, bo uznali, że drzewa przed szkołą bezwzględnie potrzebują ciepłych, kolorowych okryć na zimę. Uznałam, że mogę kooperować w tym zbożnym dziele, postawiłam jednak na subtelne zielenie i brązy, żeby drzewa nie czuły się zanadto wyalienowane.

A propos Loli. Moja córka chce mieć węża. Albo maltańczyka. Misiek sugeruje dwa w jednym, czyli węża z pieskiem w środku, ja podpowiadam maltańczyka w terrarium, ale Lola jest twarda. Zimnokrwisty gad, jedzący mrożone mysie noworodki, albo biała, rozkoszna puchata kuleczka. Hmm, trudny wybór. Na razie obiecałam jej, że do negocjacji wrócimy, jak już dostanie się do liceum. Może to ją zmotywuje do nauki?

Robię listy prezentów gwiazdkowych, ale przyznam się, że nie mam jakoś do tego serca. Im jestem starsza, tym bardziej nudzą mnie świąteczne rytuały. Najchętniej wyjechałabym w cholerę i darowała sobie choinki, ozdoby i prezenty. Okropnie to brzmi, wiem. Ale chciałbym raz sobie odpuścić i nic, tak zupełnie nic nie robić, po prostu zignorować te kilka dni i zobaczyć, czy wszyscy zginiemy, czy też może nic się nie stanie. Czy was też czasem kusi taki eksperyment?

 

 

 

Yes woman

Oglądaliście może głupawą komedię „Yes man” z Jimem Carreyem? Bo ja dopiero niedawno zupełnym przypadkiem (nie znoszę komedii w TV i nie znoszę Jima Carreya). Pokrótce to historia faceta, który nieustannie odmawia wszystkim wszystkiego, tak z automatu. Wykręca się ze spotkań towarzyskich, wycofuje ze wszystkich nowych możliwości, propozycji czy też czegokolwiek, co mu życie podsunie. Taki życiowy tchórz, który sam sobie nieustannie podstawia nogę, rezygnując nawet z rzeczy, które mogłyby mu przynieść korzyści albo choćby radość.

To moja historia. To ja. Mój narastający z wiekiem introwertyzm i lęk przed nowym niemal odcięły mnie od życia. Ludzie mnie męczą, więc spotykam się tylko z tymi, którzy męczą mnie najmniej – czyli jakiegoś mikropromila otaczającej mnie populacji. Ne umiem wyjść ze strefy komfortu. Nie umiem żyć z innymi, i nie wiem, jak żyć sama ze sobą. 

Natchniona tym nieoczekiwanie inspirującym obrazem, wzorem Jima postanowiłam się zmienić (może zamówię sobie koszulkę „Chce być jak Jim Carrey”?) Ostatecznie, jemu przyniosło to awans, kasę, grono przyjaciół i dziewczynę. Też tak chcę – chociaż jeszcze zastanawiam się nad dziewczyną. Ale stanowczo mam zamiar zostać Yes woman. Mój już-nie-tak-bardzo-tajny plan wcielam w życie powoli, ale całkiem konsekwentnie. 

Na razie – wyszłam sama do klubu na spotkanie z twórcami serialu. Spotkałam się z koleżanką z dawnej pracy. Poszłam do teatru z inną koleżanką, w której zaczęłam widzieć pewien potencjał na przyjaciółkę. Komentuję posty na Facebooku. Planuję kurs pisarski. Kilka dni temu przeprowadziłam życzliwą pogawędkę ze starszym panem w pociągu i nie miałam ochoty uciec do sąsiedniego przedziału.

O ironio, na razie największe korzyści z mojej metamorfozy odnosi mąż, bo zgadzam się praktycznie na wszystko, co proponuje. Dlatego piątek spędziłam na przyjęciu w towarzystwie golfowych snobów, a sobotę na podwieczorku u jego byłej nauczycielki z liceum. Obydwie propozycje jeszcze miesiąc temu z gatunku „po moim trupie”. No i nie było wcale tak źle. Nauczycielka miała cudownego psa, a na przyjęciu golfowym było pyszne żarcie i fura alkoholu. W ramach pielęgnowania otwartości na ludzi upiłam się ekspresowo winem wypitym na pusty żołądek i dalej poszło już jak z płatka. Jakiemuś super ważnemu bonzowi powiedziałam, że ma grecki profil, wpadłam na Mariusza Czerkawskiego, cudem nie oblewając go winem, a przyjaciołom Roberta radośnie oznajmiłam, że swoim fanatyzmem przypominają mi scjentologów albo sprzedawców Amwaya. Jednym słowem, pełen towarzyski sukces. 

Na razie idzie mi całkiem dobrze, przyznajcie. Ale czas na level hard – następnym razem spróbuję na trzeźwo. To dopiero będzie wyzwanie….

raport skrótowy

Raport o stanie rodziny po pół roku milczenia:

Misiek poleciał i wrócił. Bardzo zadowolony. Zasuwał na tym obozie jak szalony, ale też świetnie się bawił. Zwiedził kawałek Ameryki, nawiązał znajomości, świetnie douczył się angielskiego i nawet coś zarobił. Ale nie wiem, czy powtórzy to doświadczenie, bo aktualnie ma fazę na Norwegię. Uczy się norweskiego, niedawno wyskoczył na parę dni do Oslo i ma zamiar spędzić wakacje rwąc norweskie truskawki.

Lola ledwie żyje. Perspektywa egzaminów za pół roku najwyraźniej przeraża jeszcze bardziej jej nauczycieli, niż ją samą. Dlatego moja biedną córkę zalewa niekończący się potok klasówek i innych form szkolnej opresji i terroru. Więc Lola się uczy. I uczy. Jak się nie uczy, gania na zajęcia teatralne, gdzie znowu uczy się roli. A, no i nadal leczy skutki zerwania więzadeł i skręcenia stawu, przez które spędziła cały wrzesień w gipsie. Od początku roku nie ćwiczyła ani razu na wuefie, pewnie w ogóle nie będzie klasyfikowana. A i tak najbardziej martwi mnie to, że nadal nie wiadomo, czy całe to leczenie nie skończy się operacją. Tak, że zasadniczo Lola ma trochę przerąbane.

Mąż nadal nałogowo gra w golfa i podchodzi do tego zajęcia szalenie poważnie. Ponieważ w piątek zabiera mnie na oglądanie jakiegoś super – duper ważnego turnieju w super -duper ważniackim towarzystwie, dostałam dziś od niego zwięzły wyciąg z najważniejszych informacji na temat graczy i rzeczonego turnieju, żebym mogła przynajmniej udawać, że rozumiem, o co chodzi. Doceniam gest, acz nadal nie podzielam pasji, niestety.

Ja przewartościowuję sobie życie, o czym może jeszcze napiszę. Ale zasadniczo planuję nadrobić lata introwertycznych blokad, dużo pić, chodzić na imprezy, rwać facetów…eee, wróć (ostatecznie mąż czasem tu zagląda), to znaczy poznawać nowych ludzi i w ogóle przeżyć regularny kryzys wieku średniego, tylko bez kupowania Harleya. A jeśli uda mi się znaleźć świadectwo maturalne, to pójdę na studia! I co mi kto zrobi? No co?

Tak więc Misiek na fali, Lola w dołku, mąż przy dołku, a ja z flaszką i seksownym Pablem wędruję w stronę zachodzącego słońca. Znaczy, wszystko OK, prawda?