Yes woman

Oglądaliście może głupawą komedię „Yes man” z Jimem Carreyem? Bo ja dopiero niedawno zupełnym przypadkiem (nie znoszę komedii w TV i nie znoszę Jima Carreya). Pokrótce to historia faceta, który nieustannie odmawia wszystkim wszystkiego, tak z automatu. Wykręca się ze spotkań towarzyskich, wycofuje ze wszystkich nowych możliwości, propozycji czy też czegokolwiek, co mu życie podsunie. Taki życiowy tchórz, który sam sobie nieustannie podstawia nogę, rezygnując nawet z rzeczy, które mogłyby mu przynieść korzyści albo choćby radość.

To moja historia. To ja. Mój narastający z wiekiem introwertyzm i lęk przed nowym niemal odcięły mnie od życia. Ludzie mnie męczą, więc spotykam się tylko z tymi, którzy męczą mnie najmniej – czyli jakiegoś mikropromila otaczającej mnie populacji. Ne umiem wyjść ze strefy komfortu. Nie umiem żyć z innymi, i nie wiem, jak żyć sama ze sobą. 

Natchniona tym nieoczekiwanie inspirującym obrazem, wzorem Jima postanowiłam się zmienić (może zamówię sobie koszulkę „Chce być jak Jim Carrey”?) Ostatecznie, jemu przyniosło to awans, kasę, grono przyjaciół i dziewczynę. Też tak chcę – chociaż jeszcze zastanawiam się nad dziewczyną. Ale stanowczo mam zamiar zostać Yes woman. Mój już-nie-tak-bardzo-tajny plan wcielam w życie powoli, ale całkiem konsekwentnie. 

Na razie – wyszłam sama do klubu na spotkanie z twórcami serialu. Spotkałam się z koleżanką z dawnej pracy. Poszłam do teatru z inną koleżanką, w której zaczęłam widzieć pewien potencjał na przyjaciółkę. Komentuję posty na Facebooku. Planuję kurs pisarski. Kilka dni temu przeprowadziłam życzliwą pogawędkę ze starszym panem w pociągu i nie miałam ochoty uciec do sąsiedniego przedziału.

O ironio, na razie największe korzyści z mojej metamorfozy odnosi mąż, bo zgadzam się praktycznie na wszystko, co proponuje. Dlatego piątek spędziłam na przyjęciu w towarzystwie golfowych snobów, a sobotę na podwieczorku u jego byłej nauczycielki z liceum. Obydwie propozycje jeszcze miesiąc temu z gatunku „po moim trupie”. No i nie było wcale tak źle. Nauczycielka miała cudownego psa, a na przyjęciu golfowym było pyszne żarcie i fura alkoholu. W ramach pielęgnowania otwartości na ludzi upiłam się ekspresowo winem wypitym na pusty żołądek i dalej poszło już jak z płatka. Jakiemuś super ważnemu bonzowi powiedziałam, że ma grecki profil, wpadłam na Mariusza Czerkawskiego, cudem nie oblewając go winem, a przyjaciołom Roberta radośnie oznajmiłam, że swoim fanatyzmem przypominają mi scjentologów albo sprzedawców Amwaya. Jednym słowem, pełen towarzyski sukces. 

Na razie idzie mi całkiem dobrze, przyznajcie. Ale czas na level hard – następnym razem spróbuję na trzeźwo. To dopiero będzie wyzwanie….

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s