o golfowej wigilii

Asia emanuje wdziękiem część druga:

Mąż optymistycznie założył, że niedawna impreza golfowa, na której byliśmy, wyczerpała limit moich wtop towarzyskich i zaprosił mnie na tajemnicze wydarzenie o nazwie „golfowa wigilia”, która jednakowoż wigilią na całe szczęście nie była. Przez całą drogę nerwowo dopytywałam, czy aby na pewno nie jest to coś w stylu wigilii z mojej poprzedniej pracy, na której szef wygłaszał orędzie do zespołu, a następnie dzielił się opłatkiem z całą załogą. Tuż po orędziu wymykałam się możliwie dyskretnie do toalety, gdzie przeczekiwałam fazę zbiorowego składania sobie życzeń i obściskiwania z Kasią z produkcji i Kazkiem z reklamy, a i tak zawsze znalazła się jakaś radosna dusza, która rzucała się na mnie, kiedy już przeżuwałam w kącie makowczyk, bo „jeszcze z tobą sobie nie życzyłam”. Muszę przyznać, że mój introwertyzm w okresie okołoświątecznym szczerzył kły i warczał głucho na nawet najbardziej ulubionych kolegów z pracy. Nadal dramatycznie wręcz nienawidzę stania naprzeciwko osoby, o której niewiele wiem i dukania czegoś, co przypomina wypowiedzi miss powiatu „i szczęścia, i miłości, i pokoju  na świecie”.

Ale zmierzajmy ad meritum, nieprawdaż. 

Wigilia golfowa na szczęście była raczej zasiadanym obiadem na jakąś setkę golfistów, których udało się upchnąć w podziemiach luksusowej knajpy. Obiadem, zaznaczmy, niezbyt smacznym, zwłaszcza, że w przedziwny sposób łączącym tradycję wigilijną i świąteczną. Efekt był wysoce nieapetyczny, ale na szczęście alkohol był serwowany radośnie i bez ograniczeń, co pozwoliło mi przymknąć oko na nieodciągnięcia. 

Nudziłam się okrutnie. No nie będę ściemniać, golfiści są z zasady bardzo nudni dla nie-golfistów. Po trzech minutach przysłuchiwania się, jak to na trzecim dołku ktoś trafił bogeya, oczy robiły mi szkliste i przestawałam przetwarzać dane. Więc uśmiechałam się tylko sympatycznie, przybierając możliwie inteligentny wyraz twarzy i sączyłam białe wino. Znajomi męża chętnie dzielili się ze mną inspirującymi opowieściami, pewni, że to najszybszy sposób nawrócenia mnie na ten cudowny sport. Tak więc wszyscy dużo do mnie mówili, bądź, co było nawet gorsze, bo wtedy to już nic nie rozumiałam, wspominali przy mnie różne fascynujące historie z pola.

Coraz bardziej sympatycznie się uśmiechałam, coraz to kolejne kieliszki białego wina sączyłam, a że jedzenie, jak wspomniałam, było niedobre, sączyłam je raczej na pusty żołądek. Trudno więc się dziwić, że kiedy po kilku tak przesłuchanych (i przepitych) godzinach przedstawiono mi stylowo i kosztownie odzianą damę w wieku dojrzałym, wyrąbałam z zachwytem pierwsze, co mi przyszło na myśl – Jakie ma pani przepiękne oczy! Czy to pani własne? – 

No tak. Byłabym jednak niesprawiedliwa, twierdząc, że to była całkowita porażka i strata czasu. Poznałam mianowicie cudownych ludzi (pomimo ze są golfistami). Pani jest zaginioną siostrą bliźniaczką Joanny Chmielewskiej, a pan ma najpiękniejsze wąsy w stolicy i mówi do swojej żony od lat mniej więcej czterdziestu „Mała”. Rzadko kogoś lubię od pierwszego wejrzenia, ale tu mnie trafiło.

PS Niewiarygodne, ale moja post alkoholowa wtopa tym razem wyszła mi na dobre. Dama była zachwycona komplementem i wdała się w szczegółowe opisy odcieni swoich licznych kolorowych szkieł kontaktowych. Uwierzycie? Bo ja z wrażenia niemal wytrzeźwiałam.

Postanowiłabym sobie, że na wszelki wypadek więcej nie będę pić na spotkaniach z golfistami, ale jestem realistką. Tego na trzeźwo się nie da….

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s