o chrypce i pisaniu

Mam niejasne wrażenie, że moja rodzina ze szczerą satysfakcją, a przynajmniej źle skrywana ulgą przyjęła fakt, że do rozlicznych objawów chorobowych, jakie prezentowałam przez poprzedni tydzień, dołączyło zapalenie krtani. Mogli dzięki temu udawać, że zupełnie nie rozumieją wyszeptywanych i wychrypywanych przeze mnie komend i subtelnych sugestii w stylu: w tej łazience śmierdzi jak w toalecie w pociągu dalekobieżnym, albo: znów potknęłam się o stosy ciuchów w łazience albo: kto tak linieje, bo na pewno nie ja?

Nadal chcieli jeść pełnowartościowe domowe posiłki i nadal dziwili się, że w lodówce nie ma serka,a przecież zawsze był. A ja nawet nie mogłam ich porządnie opieprzyć, że przecież oto matka konająca z trudem zsuwa się z kanapy, żeby przygotować wyżej wymienione posiłki i segregować plastik.

A wszystko to oczywiście przez moje dobre serce. W pierwszym tygodniu ferii zachorzał małżonek. Sytuację komplikował fakt, że byliśmy właśnie na nartach. Właściwie to był mąż z Lolą, ja jako dama do towarzystwa udzielałam się głównie podczas popołudniowych konsumpcji gorącej czekolady i picia wód zdrojowych, szeroko dostępnych w Krynicy. Rankami, kiedy oni dźwigając jakieś kilogramy dziwacznego, niezbędnego narciarzom oprzyrządowania udawali się na stok, ja z kijkami udawałam się na eksplorację okolicznych górek i lasów. 

No ale mąż zapadł na zdrowiu stanowczo i całkiem jak nie on, bo nawet, o dziwo, miał gorączkę, co mu się nie zdarzyło przez ostatnie ćwierćwiecze ani razu. Rankami więc zjeżdżali, później mąż wczołgiwał się do łóżka, gdzie zbierał siły na wieczorne zabawianie dam. Ja, jak głupia, zamiast kategorycznie odseparować się od łoża i stołu, leczyłam, do piersi tuliłam i takie efekty. Natychmiast po powrocie rozpoznałam u siebie te same urocze objawy infekcji grypopodobnej. I zdechłam na tydzień nieodwołalnie. 

Powoli odzyskuję głos i siły, chociaż te ostatnie to rzeczywiście powoli, bo nadal dostaję zadyszki po wejściu na schody.  Ale przecież muszę wyzdrowieć do jutra, bo jutro zaczynam kurs pisarski! Jestem szalenie przejęta, oczywiście póki co, raczej w stylu: obożeoboże, wszyscy będą mądrzejsi ode mnie i wszyscy umieją pisać i wszyscy będą błyskotliwi i elokwentni, tylko ja będę chrypieć w kącie i bełkotać jakieś bzdury. Zdaje się, że mój brak pewności siebie kwalifikuje mnie do pilnej terapii…Ale jakoś sobie poradzę, prawda? I po takim kursie to siądę i napiszę dzieło godne Blanki Lipińskiej, i Katarzyna Michalak będzie siedzieć u moich stóp i czesać mi warkocze, a pan Woźniak spojrzy mi w oczy głęboko i wyszepce z podziwem – Prowadź, Mistrzu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s