Piękne:-)

Zeszłam:-) No leżę i kwiczę i podnieść się nie mogę. Okiem redaktora już widzę taką scenę rozpisaną i nagraną. Zresztą, co ja tu sobie wizualizuję. Ktoś już to zrobił. Jeśli oglądaliście „Idealny facet dla mojej dziewczyny”, jest tam niemal identyczna scenka. Wzorowali się, czy co? O rany, że mnie tam nie było….

„Gdy pochód dotarł na Rynek, pod pomnikiem Adama Mickiewicza napotkał młodych
katolików, biorących udział w Spotkaniu Młodzieży Pijarskiej. Chrześcijanie na
Rynku prowadzili ewangelizację. Gdy zauważyli maszerujących ateistów, zaczęli
śpiewać religijne pieśni: „Jezus siłą mą, Jezus pieśnią mego życia. W Nim
znalazłem to, czego szukałem do dzisiaj, sam mi podał dłoń, bym zwyciężał w
każdy dzień!”.

Ateiści nie wiedzieli, jak zareagować. Próbowali zagłuszać
młodych katolików swoimi okrzykami: „Polska laicka, nie
katolicka”. Chrześcijanie odpowiadali: „Nie wstydzę się Chrystusa!”. Na około
piętnaście minut katolicy przejęli władzę nad marszem ateistów. Nie pomógł
megafon, przez który organizatorzy starali się wykrzyczeć swoje postulaty.
Chrześcijanie, do których przyłączali się przypadkowi turyści i krakowianie,
śpiewali coraz głośniej: „Niechaj zstąpi duch Twój i odnowi ziemię. Życiodajny
spłynie deszcz na spragnione serca. Obmyj mnie i uświęć mnie. Chwała Jezusowi,
który życie dał”.

Ateiści na chwilę przerwali swoje przemówienia,
postanowili rozdawać chrześcijańskiej młodzieży swoje ulotki. W zamian
otrzymywali różańce i krzyżyki. Obie grupy rozdzielał kilkuosobowy kordon
policji.

Zrezygnowani ateiści musieli opuścić Rynek. – Idźcie z Bogiem!
Polska katolicka, nie laicka – krzyczała młodzież. Na drogę zaśpiewali ateistom
również piosenkę: „żegnamy was Alleluja, żegnamy was
Alleluja”.

Więcej… http://krakow.gazeta.pl/krakow/1,35798,10476489,Ateisci_zatrzymani_przez_mlodych_katolikow.html#ixzz1b8d9gVqe

marnuję czas – tanio i dokładnie

Najbardziej surrealistyczne sposoby marnowania czasu. Och, na podstawie ostatnich dni mogłabym  napisać pracę magisterską na ten temat.

Zazwyczaj czasu nie marnuję, bo go nie mam. Jak mam, to też nie marnuję, bo robię niesłychanie pożyteczne dla psychiki rzeczy – głaszczę koty, czytam złe książki, moczę nogi w soli, oskubuję koc z frędzelków albo układam kisiele i budynie smakami. Wszystkie te czynności wpływają kojąco na  moją obsesyjno kompulsywną osobowość, pozwalając mi łagodnie przejść do fazy czynności niezbędnych i wymagających wysiłku umysłowego.

W poprzednim tygodniu nie miałam ANI jednego spotkania, kolaudacji, zebrania i scenariusza do recenzji. Co sprowadziło się do bolesnej konkluzji – co zrobić z nagle uzyskanym czasem?

 A więc – czym się kończy nadmiar czasu wolnego w przypadku osoby zazwyczaj mocno zajętej? Po wygrabieniu liści w ogrodzie, a wręcz oberwaniu ich z drzewek, Osoba Zazwyczaj Mocno Zajęta (OZMZ) maniakalnie przyczepia się do kotów, zauważywszy nagle nadmiar sierści na kotach i ich otoczeniu. Koty, namolnie i natrętnie ścigane, wyczesywane i lżejsze znienacka o pół kilo futra, szukają schronienia na obdłubanych uprzednio z liści drzewkach i odmawiają zejścia aż do kolacji.

OZMZ nie ma mimo wszystko skłonności samobójczych, więc zamyka oczy, żeby nie widzieć hektarów brudnych okien. Nie wytrzymuje jednak w kontakcie z kontaktem. W końcu umycie kilkunastu kontaktów trochę czasu zajmuje, a jakiż pożytek będzie miała rodzina z tak olśniewająco czystych pstryczków…

Mocno zmęczona OZMZ rozpaczliwie patrzy na zegarek. Czas płynie. Z wolna, jak w piosence. A sił już nie ma, po tych kontaktach, kotach i drzewkach. Co robić, co robić?

No dobra, nie mogę dłużej kręcić, przyznam się. W ciągu ostatniego tygodnia przeczytałam cały wątek o ślubie Zii, legendarnej uczestniczki forum ślubnego. Przejrzałam w Internecie trzydzieści przepisów na potrawy  z użyciem kaparów i kolendry, nie mając zamiaru ich wykorzystać w najbliższym dziesięcioleciu. Obejrzałam Miasto kobiet, odcinek o obwisłych piersiach, i nocny program o operacjach plastycznych twarzy. Przeczytałam Działkowca i Claudię. Wtarłam we włosy pół litra toniku na wzmocnienie cebulek. Umyłam wyciąg kuchenny i po przeczytaniu forum Wystarczająco Dobrej Pani Domu zastosowałam ocet do czyszczenia kafelków. Przeczytałam także  forum Wózki Dziecięce, Antykoncepcja (no co, to się nie wyklucza) i Wróżbiarstwo do miesiąca wstecz. Przeczytałam cztery horrory Mastertona i cieszyłam się jak dziecko z każdej kolejnej rzeźni.

Zaczynam się bać. Następnego tygodnia. I siebie samej.

And the winner is…

Nie, ja tak nie mogę. Za mało tych nagród dają.  Najchętniej każdemu z was zapakowałabym własnoręcznie pół drogerii za przednią rozrywkę, jaką miałam przy czytaniu:-)

Generalnie absolutnie wszyscy zasługujecie na wyróżnienie w dziedzinie „Ekstremalne dzieciństwo”, a większość wpisów kwalifikuje się także do odznaczenia „Przeżyłem wbrew prawom fizyki i doboru naturalnego”:-).

Po analizie waszych wpisów widzę, że braki z zakresie placów zabaw zaprocentowały zwiększoną aktywnością na terenach: śmietników miejskich i osiedlowych (jak myśmy mogli grzebać w tych śmieciach??), placów budowy (a gdzie byli ochroniarze?), dachów i klatek schodowych (naprawdę nikt tego nie zabezpieczał?) oraz wszelkich zbiorników wodnych (to się chyba nie zmieniło, woda przyciąga dzieci jak magnes). Ciekawe tylko, czy gdybyśmy faktycznie mieli te place zabaw, to przestalibyśmy się plątać po  zakazanych miejscach?

Zastanawiałam się, jakie kryterium przyjąć, żeby wybór był sprawiedliwy. Bo jeśli chodzi o element rozrywkowy, to największych  spazmów ze śmiechu dostałam przy czytaniu o Piotrusiu, któremu dzik pięty wąchał (dzięki, Ankakd). Najbardziej pozazdrościłam Porcelii i Takajedna_ja, które tropiły bandytów i szpiegów z Krainy Deszczowców (dlaczego ja na to nie wpadłam!?). A najbardziej romantyczna wydała mi się przejażdżka spróchniałą łodzią po jeziorze nenufarów, którą zafundowała sobie Mateszalka i wywoływanie duchów przez Czerwonyberberys.

Ale umówmy się, że bazowym kryterium będzie stopień hardcoru. Czyli – ja sobie wizualizuję Miśka albo Lolę w trakcie danej czynności i w zależności od poziomu gęsiej skórki na ramionach oceniam poziom rodzicielskiego lęku i realnego zagrożenia.

Zęby rozdzwoniły mi się przy czytaniu wpisu Naumy (zabawa na torach kolejowych – mocne), przy skakaniu po dachu 10 – piętrowego bloku, które uprawiała Aagnieszek, przy czytaniu, jak mała Porcella ścigała się na rowerze z samochodami (jeden z moich żywotnych rodzicielskich lęków), a mała Zakładka wymieniała się hipotetycznie  zakaźnymi strzykawkami. Kiedy przeczytałam, jak mała Saurini prawie wyjechała na wysypisko w kontenerze, poziom paranoi gwałtownie mi skoczył i ustabilizował się na tym poziomie, kiedy zobaczyłam barwny opis, jak to Anutek115 skakała sobie z czwartego piętra klatki schodowej.

Ludzie, jakim cudem wy jeszcze żyjecie?!!!!!!!

Wybieram losowo z tych najbardziej hardcorowych: Saurini, Anutek115 i Dlaagi. Szanowni zwycięzcy, szybciutko skontaktuję się z panią,która nagrody obiecała i dowiem się, jak je najsprawniej do was przesłać.

Pozdrawiam. I dziękuję wam wszystkim za bardzo pouczająca rozrywkę:-)

 

 

 

Tadam! Konkurs!

sto lat

 

Wcale nie zapomniałam, słowo. Tylko się trochę chwilowo rozkojarzyłam, ale już wracamy do obiecanego  konkursu:-)

 Firma Nivea wpadła na bardzo kreatywny pomysł, żeby uczcić swoje stulecie (skądinąd szacowna rocznica, przyznajmy) i postanowiła wybudować w Polsce na tę okoliczność sto placów zabaw. Przyjemna i pożyteczna koncepcja, a już na pewno lepsza niż bankiet ku czci i parę przemówień.

Linkuję, drodzy Państwo, informacje na temat, gdyby ktoś chciał poczytać więcej o tym  przedsięwzięciu. A ja się w międzyczasie przyznam, dlaczego złamałam zasadę niereklamowania niczego na blogu.

Mam osobistą fobię placów zabaw od czasów wczesnego dzieciństwa mojego syna. Misiek, urodzony na warszawskim blokowisku, przez pierwsze trzy lata życia był wyprowadzany przeze mnie na betonowy placyk z dwiema zepsutymi huśtawkami, piaskownicą pełną psich kup i trzema łysymi krzakami udekorowanymi zużytymi prezerwatywami i puszkami po piwie. Innych placów zabaw na „walking distance” nie było, dlatego w ramach spaceru zaliczaliśmy zazwyczaj bazarek i kościół, bo czystsze były:-). Później, na placu budowy, na którym żyliśmy parę lat, nie było lepiej i dopiero Lola załapała się na jakąkolwiek cywilizację.

Od tamtego czasu, nawet kiedy małoletni wyrośli już z placów zabaw, z upodobaniem tropię takie cudniunie, nowunie placunie, z elastyczną nawierzchnią i kolorowymi bajerami do zabawy, na których można bezpieczne wyładować nadmiar energii. Właśnie takie, jakie są pokazane na stronie akcji:-)

Nivea w dodatku całkiem sprytnie uzasadniła, czemu te place zabaw to dobry pomysł. Wystarczy obejrzeć filmik Wyspa Skarbów. Nie wiem jak wam, ale po obejrzeniu mnie natychmiast skojarzyło sie własne dzieciństwo, kiedy placyków nie było, a dzieci chodziły z kluczem na szyi, bez komórek i nikt ich nie pilnował. Na samą myśl o tym, że moje dzieci miałby robić podobne rzeczy, co ja wtedy, przechodzi mnie dreszcz zgrozy. A ja się tak cudownie bawiłam! Na śmietniku (cudowne rzeczy znajdywałyśmy tam z koleżanką), w kanałach ciepłowniczych (zwłaszcza jesienią), na placu budowy (ślad po szyciu nogi rozciętej drutem kolczastym wciąż mi o tym przypomina), na cudzych działkach (ukradłam kiedyś główkę sałaty i strasznie mi wstyd) i wielu innych dość przerażających miejscach. Miałam cudowne dzieciństwo. I sama nie wiem, jak udało mi się przeżyć do wieku dorosłego, a nawet podeszłego…

No i ad meritum. Czyli pytanie konkursowe. Pamiętacie z własnego dzieciństwa takie zabawy? Takie, na które w życiu nie pozwolilibyście własnemu dziecku? A równocześnie wspominacie je ciągle z rozrzewnieniem (ależ to była frajda!)? Obiecuję nie pokazywać waszych wspomnień żadnym znajomym dzieciom, żeby się nie zainspirowały, tylko grzecznie i twórczo bawiły się na kreatywnych placach zabaw:-)

Nagrody…będą, będą. Mam obiecane trzy komplety kosmetyków dla najbardziej elokwentnych wypowiedzi. Nie w sensie objętości tekstu, ale raczej pomysłowości i poziomu hardcoru:-)

Jak każdy konkurs, ten też ma termin – do piątku. Czekam z napięciem i lekkim przestrachem.

dobry wybór?

Zajęta problemami małoletnich dopiero teraz zarejestrowałam, że wszak wichry historii wieją, nadchodzą zmiany i generalnie zadyma wyborcza w toku. Jako porządny obywatel postanowiłam zapoznać się, wiem, że trochę późnawo,  z ofertą programową kandydatów.

Ja nie wiem, czy ja taka wybredna, czy tej jesieni oferta marna, ale z całego okręgu podwarszawskiego jak dla mnie nadaje się tylko jeden kandydat. Powiecie, że to wystarczy? No tak, ale…

Kandydat jest kobietą (męska polityka mnie nuży), w wieku stosownym (jeszcze przed demencją, a już po młodzieńczej burzy hormonów), z dwójką dzieci (jak dla mnie rozsądne:-)) i z moich okolic (dobrze mieć swojego człowieka u sterów). Według ulotek jej zaiprzeciwy z grubsza korespondują z moimi zaiprzeciwami, a przynajmniej nie są rażąco odmienne. Twierdzi, że lubi literaturę, co nastawia mnie do niej przyjaźnie (nawet jeśli tą literaturą podpiera chwiejący się stół, to zawsze świadczy o tym,że parę książek ma). No i dobrze jej z oczu patrzy, co po serii obejrzanych holiłódzkich nieszczerych uśmiechów, zaciśniętych surowo ust i ponurych polskich spojrzeń z serii „pani tu nie stała” też jest jakimś plusem.

Wszystko to, co napisałam i kilka innych rzeczy świadczy o tym, że moja kandydatka nie szans na wejście do sejmu, więc mój głos pójdzie w próżnię. Ach, no tak, pójdzie na jej partię. Niech tam, ja im nie żałuję, ale partie mi zwisają, wolałabym konkretne osoby, a nie sztandary. I tak, wiem, mąż też twierdzi, że w kontakcie z  polityką tracę wrodzony cynizm i zamieniam się w ufną i niewinną owcę.

Dać jej ten głos? Czy wybrać jednego z tych znudzonych ponurasów, którzy i tak są już ubabrani po uszy, więc pewnie sie dostaną na stołki?

 

Lola i stereo

Wrzesień był w naszej rodzinie porażką. Mimo pięknej pogody odetchnęłam z ulgą, kiedy wreszcie zerwałam kartkę z kalendarza. Kolejne wywrotki w pracy plus niespotykane u mnie problemy zdrowotne (chyba w życiu tak długo i intensywnie nie chorowałam) sprawiły, że generalnie źle znosiłam rzeczywistość. A rzeczywistość sama w sobie nie była najfajniejsza.

Zazwyczaj co rok, dwa robię młodym badania kontrolne, w tym okulistę, bo genetycznie powinna ich dopaść wada wzroku prędzej czy później. Tym razem pojechałam do innego okulisty niż zazwyczaj.

– Czy pani wie, że córka nie ma w ogóle widzenia dwuocznego? – zapytała osłupiała okulistka po  badaniu.

Nie. Nie wiedziałam. Nie wiedział też najwyraźniej żaden okulista, który ją badał do tej pory. Lola ma przerąbane – tej wady nie skorygują okulary, operacja ani żadne ćwiczenia, bo już na to za późno.

– Gdyby przyszła pani z nią trzy lata temu.. –

Gdybym wiedziała, to bym przyszła. Przelewam swoją frustrację na okulistkę, która nie rozumie, jak można było nie zauważyć tak oczywistej rzeczy wcześniej. Ale ja widziałam, że coś jest nie halo. Bo dlaczego chuda, zwinna, wygimnastykowana panienka wygląda nieustannie jak ofiara przemocy domowej? Dlaczego wiecznie na coś wpada, o coś się potyka? I dlaczego nauczyła się tak późno jeździć na rowerze? Jasne, że widziałam. Dlatego odwaliłam solennie parę wizyt i badań, w tym  neurologa, bo miałam koszmarne wizje trzydziestu groźnych chorób, które tak się objawiają. I gucio. Nikt nie wpadł na rozwiązanie oczywiste, że Lola po prostu nie widzi w stereo.

Nie wiem jeszcze, co z tym fantem zrobić. Nie wiem za bardzo, co można zrobić. Na razie wiem, że będzie miała problem ze zrobieniem prawa jazdy. I że nie zostanie pilotem. Ani tancerką.

Mam poczucie rozżalenia. I pretensji do siebie, że nie dopilnowałam, nie zgadłam, że zamknęłam Loli jakieś drzwi w dorosłe życie.

Misiek w gimnazjum

Misiek walczy. Zmaga się jak liść na wietrze, a gimnazjalne wymogi dociskają go do ziemi. Skończyła się era błyskotliwości i nauki poprzez przeczytanie rozdziału na przerwie przed klasówką. Młody uczy się uczyć, a ja wraz z nim.

– Mamo, przepytaj mnie z rozbioru logicznego zdania –

Takie prośby wprawiają mnie w popłoch. Trudno wytłumaczyć dziecku, ufnemu w moją wszechwiedzę, że starannie wymazałam z pamięci fakt istnienia przydawki.

– Misiek – przeznaję szczerze – przez ostatnie kilkanaście lat ani razu nie była mi potrzebna wiedza o rodzajach bezokoliczników, więc chyba nie dam rady –

Ale oczywiście nie poddamy się tak łatwo. Asia po kilkugodzinnym przeszkoleniu w Internecie jest już gotowa do pracy z synem. Rozbieramy zdania z wprawą striptizerki, obracając na wszystkie strony dopełnieniami i przydawkami przymiotnymi. W szale dokształcania najwyraźniej pochłaniam zbyt dużą dawkę wiedzy, którą pracowicie następnie wtłaczam do głowy Miśkowi, bo Misiek dostaje z klasówki szóstkę!!

Co jest sensacją na skalę szkoły, bo nauczycielka Miśka jest postacią legendarną. I nie są to miłe legendy, raczej historie przerażające jak horrory Cravena. O dzieciach, które mdlały ze stresu przed lekcjami polskiego, o jej docinkach, dręczeniu i wymaganiach nie do spełnienia.

Teraz Misiek przez chwilę pławi się w glorii, która pewnie zgaśnie po pierwszym oddanym wypracowaniu. W tym mu nie pomogę, zakładając, że jednak pisać musi sam, ja co najwyżej sprawdzę przecinki, bo młody programowo ignoruje tak niepozorne elementy wielkiego dzieła.

Nie pomogę mu też w fizyce. Mój umysł ma wbudowaną blokadę na przedmioty ścisłe i przeliczanie miligramów na kwintale wydaje mi się  awykonalne. Ani w niemieckim, bo moja znajomosc języka ogranicza się do paru tekstów z „Czterech pancernych” i „Klossa”.

Ale staram się, staram. Po kilku latach totalnego puszczenia luzem spraw szkolnych dzieci  z powodu nieustannej pracy postanowiłam w tym roku być matka idealną. Bogowie! Jakie to wyczerpujące! Pilnowanie, kto co i kiedy ma przynieść. Walka, jaką stoczyłam, żeby Lola chodziła na etykę (bo wszyscy mieli to w nosie, napisane przeze mnie oświadczenie zjadł pies, pani A. nie wie, a pani B. nie może, a w ogóle czy ona na pewno nie powinna chodzić na religię?). Rozważne decyzje, czy na pewno sensowne jest to, żeby drugoklasiści co tydzień jeździli na wycieczki (nie, mój portfel mówi, że to nie jest sensowne, żebym co tydzień wydawała dwadzieścia, trzydzieści złotych po to, żeby Lola pojechała do ogrodu botanicznego, który odwiedzamy kilka razy w roku, albo upiekła przy ognisku kiełbasę, której nie cierpi).

Powiadam wam, posiadanie dzieci wraz z ich dorastaniem staje się coraz bardziej kosztowne, czasochłonne  i wyczerpujące. Nie dałoby się ich zakonserwować w cudownej fazie niekłopotliwego cztero, pięciolatka? Jeszcze przed obowiązkiem szkolnym?

A o idiotyźmie pozornie  bezpłatnej szkoły publicznej jeszcze chyba napiszę, bo mi się zaczyna ulewać.

 

Pasterz i owca

Odmiana – pracowałam, pracuję, będę pracować, umrę z przepracowania……

Jest taki moment, kiedy jestem pasterzem. Dostaję nowy projekt. Nowych autorów. Niewinne świeżynki, nieświadome jeszcze, w co się pakują. Ja jestem jeszcze dobrym pasterzem, który musi ich pokierować na jedynie słuszne pastwisko wysokiej oglądalności. Wiąże się to z cierpieniem autorów, którzy najpierw usłyszeli, że jest projekt jest cool i fajny i telewizja go zrobi. A potem słyszą ode mnie – i w dodatku nawet jak mi nie wierzą, to nie mają wyjścia – że ich projekt jest dobry, ALE…To ALE jest mocno stresujące, bo, bądźmy szczerzy – ja też do cholery nie wiem, co zrobić, żeby ten projekt był dobrze oglądany. Ja tylko mogę się starać.

ALE nowoprojektowe zajęło mi w tym tygodniu dużo czasu, całe te przygotowania, spotkania z autorami  i kombinowanie, co i jak.

Jest też taki moment, kiedy znienacka pasterz staje się owcą. Zagonioną do narożnika i beczącą z zaskoczenia – aaaalleeee jaaak toooo? Ten moment to spadek oglądalności. Jeśli serial przestaje się oglądać, jest to wina scenarzysty/redaktora bądź ich zbrodniczej spółki. Nawet jeśli nie, to i tak oberwą.

Ruszyliśmy na ratunek projektowi, ale to trochę jak reanimacja zombie – co z tego,że się rusza, skoro i tak trup. Niemniej jednak, jak lekarze na Ostrym dyżurze ratujemy pacjenta, nie bacząc na koszty własne.

Reanimacja zajęła mi całą resztę tego tygodnia włącznie z poprzednim weekendem i połową nocy.

Jestem ledwie żywa. Niewyspana. Zestresowana. Wykończona do wyrzygu. Wyglądam jeszcze gorzej niż normalnie.

Jeszcze tylko piątek.  I już. Wyśpię się. Poczytam jak człowiek. I nie będę pracować w weekend, czy to nie cudowne? I coś na blogu napiszę. Może nawet – o serce, pohamuj łomot – wybiorę się na spacer?

 

 

 

pytanie do czytelników

Regularnie odrzucam propozycje promowania czegokolwiek na blogu, przypuszczam, że z czystego lenistwa. Bo musiałabym np wkleić linki, albo coś napisać na zadany temat. No taka totalnie zlewająca jestem, że mi się wstyd zrobiło. I się teraz waham, bo mogę wam poreklamować fajną akcję, tzn fajną według mnie, bo ogólnopolską i społeczną. I nawet mogę zrobić konkurs, w którym można wygrać drobne nagrody. Chcecie? Bo na siłę wciskać nie będę i może wcale nie chcecie wygrać zestawu jakichś tam sympatycznych drobiazgów w zamian za poruszającą wypowiedź na temat.

Jak ktoś chce wziąć udział w konkursie, proszę o sygnał, konkurs się odbędzie:-)

A ja odżeglowuję w stronę zamrażalnika, w którym chłodzę swoją spuchniętą jak balon rękę. Bo wiecie co? Szerszeń mnie użarł. Normalnie pomylił mój kolorowy, pasiasty sweterek z rośliną miododajną, czy co?  A teraz ledwie mogę stukać w klawiaturę, bo mi ta łapa przeszkadza. I boli jak cholera. Bardziej niż po osie. Świnia, nie szerszeń. A porad z Internetu nie będę już czytać nigdy, odkąd zarzuciłam temat i wyłowiłam następującą kwestię: użądlenie szerszenia NIE musi być śmiertelne, ale często kończy się wstrząsem. Jestem wstrząśnięta. Ała!

Stefan mi zdycha

Siedziałam w tym warsztacie dobre dziesięć minut, zanim Pan Mechanik oderwał sie od roboty, żeby poświęcić mi chwilę uwagi. Dziesięć minut to o wiele za długo dla kobiety, której jedynym towarzystwem byla w tym czasie przeceniona odśnieżarka i wystawa kołpaków.

Tylko tym mogę wytłumaczyć fakt, że kiedy wreszcie Pan Mechanik się pojawił i spytał w czym problem, odpowiedziałam zamyślona:

– Stefan mi zdycha –

 I dopiero skonsternowana mina pana uświadomiła mi, że załapał się na końcówkę  mojego dziesięciominutowego myślotoku. Jak miałam mu wytłumaczyć, że przeszłam przez fazę chaotycznych rozmyślań, dlaczego na przykład ludzie nadają imiona przedmiotom nieożywionym. Sądzę, że ma to jakiś związek z oswajaniem nieznanych i potencjalnie groźnych zjawisk. W końcu tornada mają imiona (dlaczego żeńskie, tak przy okazji?), statki mają imiona, samochody też miewają. Potem przeszłam do rozważań, dlaczego mój samochód ma na imię Stefan i do wspomnień o jego imienniku, moim dziadku, i jedynym jego zdjęciu z młodości, jakie posiadam: młody, opalony chłopak oparty o imponującą starą Warszawę. Skojarzenie przyszło samo…Płynnie zmieniłam temat rozważań do aktualnego stanu zdrowia Stefana (samochodu, nie dziadka), który to stan napawa mnie niepokojem.

Stefan z fazy krzepkiej młodzieńczej jurności wszedł niestety w fazę, która czeka nas wszystkich – powolnego rozkładu systemu. W końcu  ostatnia zima i kilkukrotne zakopanie się w dołach, błotach  i zaspach też nie były pobytem w SPA. Niestety Stefan, mimo całej sympatii, jaką go darzę, nie jest facetem dla mnie. Ja potrzebuję silnego, wysoko zawieszonego mięśniaka, który przebije się przez nieodśnieżane drogi i nie rozwali zawieszenia na moich wiejskich ścieżkach.

Stefan wszedł w smugę cienia, bez dwóch zdań. I chociaż jestem konserwatywna i wyjątkowo niechętnie zmieniam zegarki, mężów i samochody, chyba muszę się rozstać z tym trzecim, licząc na to, że ten drugi sfinansuje wymianę Stefana na jakiś nieco młodszy model.

Udało mi się niepostrzeżenie poprawić, że to sprzęgło zdycha, jaki znowu Stefan. Kiedy Pan Mechanik uznał, ze sprzęgło trzeba w całości wymienić,  okazało się to  kosztownym kaprysem. Szybko przeliczyłam je na 12 scenariuszy, które muszę przeczytać i zrecenzować, żeby na to zarobić i aż się wzdrygnęłam. Ale że bez naprawy nie udaje mi się wyprzedzić nawet motorynki, nie miałam wyjścia. No i niestety, sprzęgło jest tylko  czubkiem góry lodowej różnych dolegliwości podeszłego wieku, które trapią Stefana. Czas na zmianę, sorry, przyjacielu.

Teraz muszę jeszcze zdecydować. Jakiego samochodu szukać? Żeby był: nie za duży (nie cierpię manewrować dużą kobyłą na ciasnych parkingach) i nie za mały (pięcioosobowy). Nie kombi (bo nie lubię), ale też nie sedan. Wysoko zawieszony, ale bez przesady typu terenówka jak czołg.

Chyba zacznę się przyglądać samochodom. Do tej pory zupełnie to ignorowałam, co skutkuje tym, że nie rozróżniam Opla od Volvo, chyba że po znaczku:-)