Misiek w gimnazjum

Misiek walczy. Zmaga się jak liść na wietrze, a gimnazjalne wymogi dociskają go do ziemi. Skończyła się era błyskotliwości i nauki poprzez przeczytanie rozdziału na przerwie przed klasówką. Młody uczy się uczyć, a ja wraz z nim.

– Mamo, przepytaj mnie z rozbioru logicznego zdania –

Takie prośby wprawiają mnie w popłoch. Trudno wytłumaczyć dziecku, ufnemu w moją wszechwiedzę, że starannie wymazałam z pamięci fakt istnienia przydawki.

– Misiek – przeznaję szczerze – przez ostatnie kilkanaście lat ani razu nie była mi potrzebna wiedza o rodzajach bezokoliczników, więc chyba nie dam rady –

Ale oczywiście nie poddamy się tak łatwo. Asia po kilkugodzinnym przeszkoleniu w Internecie jest już gotowa do pracy z synem. Rozbieramy zdania z wprawą striptizerki, obracając na wszystkie strony dopełnieniami i przydawkami przymiotnymi. W szale dokształcania najwyraźniej pochłaniam zbyt dużą dawkę wiedzy, którą pracowicie następnie wtłaczam do głowy Miśkowi, bo Misiek dostaje z klasówki szóstkę!!

Co jest sensacją na skalę szkoły, bo nauczycielka Miśka jest postacią legendarną. I nie są to miłe legendy, raczej historie przerażające jak horrory Cravena. O dzieciach, które mdlały ze stresu przed lekcjami polskiego, o jej docinkach, dręczeniu i wymaganiach nie do spełnienia.

Teraz Misiek przez chwilę pławi się w glorii, która pewnie zgaśnie po pierwszym oddanym wypracowaniu. W tym mu nie pomogę, zakładając, że jednak pisać musi sam, ja co najwyżej sprawdzę przecinki, bo młody programowo ignoruje tak niepozorne elementy wielkiego dzieła.

Nie pomogę mu też w fizyce. Mój umysł ma wbudowaną blokadę na przedmioty ścisłe i przeliczanie miligramów na kwintale wydaje mi się  awykonalne. Ani w niemieckim, bo moja znajomosc języka ogranicza się do paru tekstów z „Czterech pancernych” i „Klossa”.

Ale staram się, staram. Po kilku latach totalnego puszczenia luzem spraw szkolnych dzieci  z powodu nieustannej pracy postanowiłam w tym roku być matka idealną. Bogowie! Jakie to wyczerpujące! Pilnowanie, kto co i kiedy ma przynieść. Walka, jaką stoczyłam, żeby Lola chodziła na etykę (bo wszyscy mieli to w nosie, napisane przeze mnie oświadczenie zjadł pies, pani A. nie wie, a pani B. nie może, a w ogóle czy ona na pewno nie powinna chodzić na religię?). Rozważne decyzje, czy na pewno sensowne jest to, żeby drugoklasiści co tydzień jeździli na wycieczki (nie, mój portfel mówi, że to nie jest sensowne, żebym co tydzień wydawała dwadzieścia, trzydzieści złotych po to, żeby Lola pojechała do ogrodu botanicznego, który odwiedzamy kilka razy w roku, albo upiekła przy ognisku kiełbasę, której nie cierpi).

Powiadam wam, posiadanie dzieci wraz z ich dorastaniem staje się coraz bardziej kosztowne, czasochłonne  i wyczerpujące. Nie dałoby się ich zakonserwować w cudownej fazie niekłopotliwego cztero, pięciolatka? Jeszcze przed obowiązkiem szkolnym?

A o idiotyźmie pozornie  bezpłatnej szkoły publicznej jeszcze chyba napiszę, bo mi się zaczyna ulewać.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s