krótka charakterystyka rodzinno – wyjazdowa

Bądźmy szczerzy – rzadko zdarza się nam spędzić dłuższy czas razem, 24 godziny na dobę. Zazwyczaj spędzamy czas w podgrupach, albo wszyscy razem, ale krótko. W takich chwilach, jak wspólny tydzień na wyjeździe, intensywnie ujawniają się nasze dobre i złe strony, które zazwyczaj są niezbyt zauważalne.

Misiek ujawnia swoją naturę urodzonego naukowca. Zatopiony w lekturze, z rzadka podnosi znad niej wzrok, co sprawia, że dopiero po pewnym czasie orientuje się, gdzie aktualnie przebywamy. Za to kiedy już się zorientuje, stara się wszystko analizować i sprawdzać. Snorkeling na rafie koralowej nie liczy się, jeśli wszystkie zobaczone ryby nie zostały zlokalizowane w podręcznym atlasie ryb. Temperatura wody i powietrza nie jest czymś godnym uwagi, jeśli nie jest opisana na tablicach informacyjnych. Wszystkie napisy muszą zostać przetłumaczone, i naprawdę nie interesuje go fakt, iż nie znamy arabskiego.

Lola na co dzień ukrywa fakt, że tak naprawdę jest zrzędliwą staruszką.  Na wyjeździe rzeczywistość ją uwiera. Za zimno-  za gorąco. Jest głodna co godzinę – ale jedzenie nie takie. Piasek gryzie, słońce parzy, nogi bolą. Woda za ciepła, sok za słodki. Misiek się z niej śmieje, a tata krzywo spojrzał. I dlaczego w Egipcie nie ma petshopów!? Przed natychmiastowym uduszeniem ratuje ją fakt, że wszyscy jesteśmy wystarczająco zrelaksowani, żeby to znosić.

Mąż stara się nam zrekompensować wieczną nieobecność, co przybiera czasem dość uciążliwe formy. Gdyż albowiem jest typem kaowca, czyli: zapewnię – wam – rozrywkę – choćby – po – trupach.  Z trudem akceptuje więc fakt, że odmawiamy pozowania na tle kolejnej palmy, rodzinnej gry w karty czy wspólnego nurkowania.  Nasz rozbuchany indywidualizm jest według niego zwykłą niesubordynacją. Na szczęście góra po trzech dniach mąż ulega naturalnemu wakacyjnemu marazmowi i wszystko zaczyna toczyć się swoim flegmatycznym rytmem.

Ja bardzo nie lubię hoteli. Przez kilka pierwszych dni intensywnie próbuję udomowić otoczenie. Do granicy zaburzeń obsesyjno – kompulsywnych: codziennie układam ubrania w szafach, składam w kostkę brudne skarpety i myję w umywalce znalezione muszelki. W dodatku wyłażą wtedy ze mnie wszystkie, normalnie głęboko ukryte paranoje matki – kwoki: że dzieci się utopią, że zginą, że zachorują. Kiedy już się uporam  z moimi obsesjami, staję się całkiem fajna, bo wreszcie nigdzie się nie muszę spieszyć, popędzać dzieci i patrzeć na zegarek. No, ale wtedy zbliża się czas wyjazdu i znowu popadam w paranoję: na pewno czegoś zapomnę spakować, dzieci zginą na lotnisku, samolot nie odleci….Nie jest lekko:-)

O dziwo, wbrew temu, co napisałam, zazwyczaj bawimy się bardzo dobrze. Bo nie wiem, jak u was, ale w moim domu główną przyczyną konfliktów i utarczek jest stres wynikający z pośpiechu i zmęczenia.  A kiedy się nie spieszymy, stajemy się łagodni jak baranki i wyrozumiali dla własnych słabości. Poza tym, kiedy patrzymy na wady innych, nasze własne wydaja się jakby mniejsze:-) Prawda?

Jestem przemytnikiem

Melduję się. To ja, zdyszana, niewyspana i pełna poczucia winy. 

Wróciliśmy z kompletem w miarę nieszkodzonych kończyn, zestawem tobołów z pourywanymi kółkami, przykurzoną opalenizną i przerażającym przemytem w walizce. A przecież nas ostrzegali- pani rezydentka, rozliczne napisy w hotelu i w przewodniku, a nawet autorzy karteczki, wsuniętej dyskretnie pod nasze drzwi dzień przed odlotem. Treść tego dzieła brzmiała mniej więcej tak:

Samolot z powodu nocnego trybu życia pilotów odlatuje o nieludzkiej godzinie, więc obudźcie swoje nieznośne bachory wystarczająco wcześnie, żeby opuścić nasz hotel w porę. Gorąco prosimy, abyście za rok zechcieli właśnie u nas wydać swoje lekką ręką zarobione dolary. Teraz jednak nalegamy, abyście nie zabierali ze sobą na pamiątkę naszych mydełek i firmowych zapałek,  a nade wszystko przypominamy, że wywożenie doczesnych szczątków węży i krokodyli, muszli i rafy koralowej będzie karane zakopaniem po szyję w piasku pustynnym, skopaniem na śmierć przez wielbłądy i/lub dożywotnim widokiem na nasz sklep z pamiątkami.

Ale fakt, przed przeczytaniem trochę nadużyłam lokalnych drinków, więc mogłam coś przekręcić. Niemniej jednak małoletni POTWORNIE chcieli coś przemycić. O ile Misiek nie wyszedł poza rozwiązania konwencjonalne:  – W kieszeni? Mamo, a mogę w kieszeni? A w bokserkach? -, to Lola kombinowała jak rasowy przestępca:  – Ja bym to wsadziła do mojej torebki z petshopami. Przecież nie prześwietlą petshopów, prawda, mamo? A może schowamy w taty ubraniach, to nikt nie znajdzie? –

Sami rozumiecie, nie mogłam pozwolić, żeby mi się małoletni stoczyli. „Czym skorupka za młodu…” i tak dalej. Bohatersko postanowiłam wziąć na siebie cały ciężar przestępczej działalności. Schowałam do plecaka- aż cztery (jak się potem okazało, przy pakowaniu wrzuciłam kolejne cztery zupełnie nieświadomie do torebki).  Bladzi i przejęci staliśmy przy taśmie. Przejęci na tyle, że umknął naszej pamięci fakt, że w torbie mamy cztery soczki, dwie butelki wody i dezodorant, i że włażę w bramkę kontrolną z zegarkiem, paskiem z metalową sprzączką i butami, które zawsze piszczą. Nieludzko znudzony celnik w rozchełstanym mundurze, ze zwisającym z ust papierosem, rzucił okiem na nasze klamoty i zirytowanym gestem kazał mi się wreszcie usunąć z przeraźliwie piszczącej bramki. Słusznie, bo prawie udało mi się obudzić jego dwóch drzemiących przy sąsiednich stanowiskach kolegów.

Poczułam się rozczarowana- tyle konspiry poszło na nic?! Ale trudno. I tak zrobię publiczny coming – out. Osoby, pragnące mnie zdekonspirowac po numerze IP, informuję, że dobrowolnie poddam się karze (byle nie ten sklep z pamiątkami, błagam!). Przemyciłam cztery (a właściwie, jak się okazało,  osiem) muszelek z plaży.  Małoletni pokochali je z prostego powodu – znaleźli je osobiście podczas upiornie długiej wędrówki wybrzeżem, kiedy spalili sobie plecy, pokłuli stopy o koralowiec i schodzili nogi po pachy, a potem godzinami debatowali nad ich  kolorem, jakością szkliwa i klasyfikacją w rankingu najładniejszych. Jak prawdziwe okazało się stwierdzenie, że cenimy to, co okupiliśmy wysiłkiem!

Teraz stoją rzędem na półce- nieduże, skromniutkie,  jawny dowód mojego konfliktu z prawem. Brr..

PS Jutro napiszę o wyjeździe, słowo, dzisiaj nie mam siły; tylko pomyślałam, że jak się oczyszczę  z wyrzutów sumienia, to będę lepiej spała:-)

Tydzień na boso!

Zima jest  polem minowym na płaszczyźnie mojego szczęścia małżeńskiego. Oprócz temperatury wnętrz, w trakcie ferii zimowych na pierwszy plan wysuwa się konflikt- dokąd wyjechać z dziećmi? Mąż – narciarz entuzjasta, syn – narciarz umiarkowany, córka – odmawiająca nawet postawienia stopy na nartach i żona – z organicznym wstrętem do zimy i śniegu, nie mówiąc już o nartach. Wyjście kompromisowe raczej niemożliwe, więc albo cierpi jedna frakcja, albo druga. W tym roku wygrałyśmy My, czyli frakcja damska!

Więc jadę, jadę sobie w ciepłe kraje, pierwszy raz w życiu zimą. Program pobytu mam już drobiazgowo zaplanowany: odespać wszystkie zarwane poranki i noce z ostatnich miesięcy, a resztę dnia spędzić z nogami w piasku,  chłonąc słońce wszystkimi porami skóry. Żadnych zakupów, zabytków, nabywania pamiątek, wycieczek, które oznaczają siedzenie w autokarze i gapienie się przez szybkę.

Mowy nie ma. Perspektywa sześciu dni bez czapki i kurtki podnieca mnie bardziej niż goły tors Erica Bany i nie zamierzam ich trwonić na zbędne czynności, czyli wszystkie, które nie wiążą się z przyswajaniem witaminy D przez skórę. Wprawdzie młodociani snują jakieś absurdalne wizje pamiątkowych skarabeuszy, muszelek, piramid i mumii, ale mam nadzieję, że uniwersalny zestaw „woda plus piasek” zatka im dzioby na jakiś czas.

Jestem bezwzględna, tak? No dobra, jedna plastikowa piramidka i jeden gipsowy skarabeusz na łebka plus wycieczka do jednego kiczowatego, obleganego przez tłumy niemieckich turystów zabytku. Niech młodzi tez mają coś z życia.  A mąż niech jeżdzi na nartach wodnych, no nie?

Do zobaczenia za tydzień.

wasza totalnie podescytowana, choć despotyczna A.

A psik!

Chorujemy. Zbiorowo, dynamicznie i zupełnie bez godności. Kichamy, rzęzimy i wleczemy za sobą serpentyny z zasmarkanych chusteczek. Każdy oczywiście dogorywa we własnym stylu. Lola jak przedwojenna gwiazda filmowa:

– Aaach, mamusiu, umieram- jęczy przyciskając łapkę do zbolałego czoła- ale pamiętaj, że cię kocham. A moje petshopy możesz oddać Madzi, tylko pamiętaj, nie tego beżowego chomiczka, bo to mój najulubieńszy…-

Misiek z fasonem gladiatora. Nic to, że kaszel wywala mu gałki oczne na wierzch, on bohatersko twierdzi: – Ja muszę do szkoły- co jest o tyle tanim zabiegiem pijarowym, że obydwoje wiemy, że w takim stanie go nie puszczę. Może sobie chłopak bezkosztowo imidż poprawić…

Mąż cierpi jak stoik, we względnym milczeniu. Cierpi zresztą na odległość, bo przecież prawdziwy mężczyzna musi zarabiać na byt nawet w stanie przedagonalnym. A jak wiadomo, Firma bez Męża natychmiast rozsypie się w proch, jak sekta bez swojego proroka. Dzięki temu, zupełnie jak Misiek, mogę zarabiać bezwysiłkowo punkty, wyrażając mu swoje ubolewanie przez telefon.

Ja choruję w stylu męczeńskim: – Zobaczcie-jak-cierpię-bo- sama-nie- powiem. Kaszlę wymownie, gotując obiad, i cierpiętniczo smarkam, zwlekając się co chwilę z kanapy, bo przecież dwoje chorych dzieci to nieustanny maraton żądań surrealistycznych. Leki, picie, chusteczki, budyń, jabłko, leki, syropek, kocyk, za zimno, za ciepło…

Dzisiaj sfrustrowana wyjęczałam w końcu: -Nie ma. Nie ma więcej budyniów i soczku. Matka choruje i cisza ma być. Każdy teraz cierpi na własną rękę.-  I poszli. Z katarem i „godnościom własnom”. Misiek w smętnym natchnieniu tworzy grobowe w tonacji kompozycje na keabordzie, Lola szkicuje gotyckiego w stylu króliczka w koszulce z czaszką. Ja nurzam się w mglistych oparach prozy. „Marina” Carlosa Ruiza Zafona. Trupy, mgły i rozpadające się budynki. Taaaa, czuję, że to odpowiednia książka na ten wieczór.

i wszystko zaczyna się od nowa

Nareszcie- wróciłam na mój wygodny fotel na biurkiem! Wprawdzie podniesienie się o godzinie 6.50 znacząco nadwerężyło moje morale, ale hurra, udało się. Cisza. Spokój. Kojący szmer komputera. Kawa z prawdziwego ekspresu. Mmmmm… Co więcej, wreszcie mogę czytać, nie przerywając co pięć minut- bo mamo, kakao, mamo, zobacz, mamo, narysuj, mamo, pograj, kochanie, posiedź przy mnie. Rodzina to strasznie zachłanne stworzenia.

Bilans tych świątecznych dni zasadniczo pozytywny: tylko dwa rozcięte palce, jedno (małe) odmrożenie, cztery przypadki niestrawności, dwa zapalenia gardła, dwie pary zgubionych rękawiczek i tyleż szalików, kilkaset złotych zostawionych w knajpach, kinach i innych tego typu przybytkach, wpuszczenie jednego dziecka w szpony hazardu, drugiego w nałóg komputerowy- sami będziemy sobie winni, jeśli kiedyś przehandlują zabytkowy serwis, żeby grać na automatach.

Nałogowo graliśmy z Miśkiem w pokera, w scrabble i  w Jengę, Lola odkryła nową grę w eliksiry czarownicy na komputerze, zjedliśmy stanowczo za dużo ciasteczek i za długo spaliśmy. Strasznie męczący ten odpoczynek.

Na szczęście pewne rzeczy się nie zmieniają, jak na przykład lotność umysłu Loli. I jej skłonność do głośnych konwersacji podczas seansu w kinie.  Wprawdzie już nie wbija się pod fotel, zawodząc rozpaczliwie – Mamo, boję się, boję- na tak przerażających filmach, jak Królewna Śnieżka czy Epoka Lodowcowa. Ale ciągle lubuje się w zadawaniu pytań pełną piersią, nie bacząc na okolicznych słuchaczy, jak na przykład na seansie Mikołajka:

– Mamo, a kto to jest Sekwan?-

Widownia przed nami- wesoła młodzież, sypiąca naokoło popcornem- chlipała ze śmiechu, kiedy usiłowałam jej wytłumaczyć, że  Sekwana to taka rzeka. Ale w sumie co za różnica, no nie?

mój tatuś ma ciekawą pracę

Moje dzieci mają dość interesujące opinie na temat, jak wraz z mężem zarabiamy na chleb powszedni. Wprawdzie minęły już czasy, kiedy mój syn twierdził w szkole: – moja mama jest bardzo ważną, tą, no, sekretarką ( -no bo przecież coś tam piszesz, mamo, no, nie?- – no tak, dziecko, piszę-), ale Misiek chyba ciągle nie za bardzo się orientuje, za co mi płacą. Udało im się jednak  zakodować w pamięci miejsce pracy ojca ze względu na charakterystyczne logo. Brawo.

Wczoraj okazało się, że Lola doskonale zdaje sobie sprawę, na czym polega moja praca. – Bo ty mamo piszesz słowa, które inni mówią, tak?-

– Dokładnie tak, córko, sama bym tego lepiej nie ujęła. A pamiętasz, co robi tatuś?-

Niemal słyszę, jak trybiki w jej głowie przesuwają się ze zgrzytem. I jest, zaskoczyło, hurra!

– Pewnie że wiem, tatuś jest premierem- oznajmiła Lola z niezachwianą pewnością.

Rzuciłam w stronę męża nerwowe spojrzenie. Faktycznie, ostatnio nie jestem na bieżąco z wiadomościami, ale chyba nie złamał Najważniejszej Umowy Małżeńskiej? Bardzo prostej i precyzyjnej- jeśli kogoś pobije albo zdefrauduje firmową kasę, być może będę odwiedzać go w kiciu. Ale pod żadnym pozorem ma nie mieszać się do polityki. Bo moment, kiedy to zrobi, będzie oznaczać znaczący przełom w jego życiu osobistym- zostanie rozwiedzionym politykiem.

W moim prywatnym rankingu zajęć odrażających polityk plasuje się gdzieś pomiędzy zamiataczem garbarni w Bombaju i gwałcicielem zwłok w leprozorium.  Na szczęście natychmiast skojarzyłam, że choćby nawet mój mąż nie wiedział jeszcze o tym, że jest premierem, z pewnością wiedzieliby dziennikarze z Pudelka. A w Pudelku cicho ( nawet nie cicho- pek), więc moje małżeńskie szczęście na razie nie jest zagrożone. No chyba, że ON  nie przyciszy tej cholernej świątecznej muzyki! – Staryyy!!, ciszej!!!-

Wesołych świąt.

Święta od kuchni

Cudowny moment- wszyscy zasiadają do stołu wigilijnego. I kiedy już połamią się opłatkiem, z apetytem rzucają się na rytualne dwanaście potraw.

STOP! Wersja w wydaniu mojej rodziny: Barszczyku, kochani? Tak, ale Misiek chce bez uszek, bo nie lubi, Lola bez pieprzu, bo szczypie (notka mentalna- odlać trochę barszczu przed przyprawieniem, Miśkowi barszcz w kubku). Pierogi? Dzieci zgodnym chórem- bleeee! Kapusty z grzybami rozsądnie nawet nie proponuję, cichcem podrzucam na talerz Mężowi. Rybki? Ryba ma ości, a ta śmierdzi, a ja nie lubię ryby, a czemu nie kurczak, to niesprawiedliwe, mamoooooo! Łazanki? Chętnie, ale bez maku poprosimy, bo mak jest słodki i w zęby włazi (notka mentalna- ugotować mnóstwo łazanek, minimalną ilośc maku) A w ogóle to poproszę suchą bułkę. I czy mogę wody? Mamoooo?

 Tu nagła i niespodziewana refleksja- NIGDY nie zapomnę wyrazu twarzy starszej pani, która zaszokowana obserwowała mnie i trzyletniego wówczas Miśka przy stoliku w kawiarni. Ja popijałam smakowicie gorącą czekoladę i zagryzałam rurką z kremem, mój synek suchą bułę  z foliowego woreczka zapijał wodą. Strasznie mnie wtedy korciło, żeby nachylić się do niej i powiedzieć- ma dziś urodziny, stąd ta bułka, normalnie tylko wodę dostaje-

Ale wracając do naszych baranów:  moja rodzina jest wybredna. Ilość potraw, które możemy zjeść  wspólnie bez modyfikacji, jest zatrważająco mała. Co powoduje pewne problemy dla kucharza: niedawno usiłowałam zrobić bardzo smakowicie wyglądającą zapiekankę ziemniaczaną z różnymi dodatkami. Po wstępnej eliminacji składników, nie tolerowanych przez poszczególnych członków rodziny, z przepisu ostały się ino ziemniaki i żółty ser. Zapiekanka w wersji okrojonej nie spotkała sie ze szczególnym entuzjazmem, co zniechęciło mnie do eksperymentów kulinarnych.

Dlatego w tym roku przygotowuję Wigilię w wersji alternatywnej: barszczyk plus uszka dla chętnych, pierogi z truskawkami, oraz łosoś pieczony (czyli jedyna ryba akceptowana przez dzieci) z ziemnikami pieczonymi (gotowanych akurat w ogóle nie jadamy). Na deser sucha bułka plus woda:-) Czuję , ze to będą udane święta…

Sen z powiek spędza mi tylko jedna myśl- w tym roku jedziemy na Wigilię do teściowej. Jak ja jej to wytłumaczę??

Choinko, zostań wśród nas

Mój Mąż wraz ze śniegiem  poczuł w sobie samczy instynkt przywleczenia czegoś do jaskini. Przywlókł więc, co raczej normalne o tej porze roku, choinkę. Nie podejrzewam go wprawdzie o to, że kilometrami wlókł ją po leśnych wykrotach, ale mniej więcej tak wyglądała- chuda, mizerna, odrapana i taka jakaś…anorektyczna (czy on chce mi coś dać do zrozumienia??). Przywlókł, postawił dumnie na środku przedpokoju…i zamilkliśmy.

– Jak ją ubierzemy, to nie będzie widać tych prześwitów- powiedziałam pocieszająco, bo dobra żona powinna wspierać męża w trudnych chwilach.

– Ale drapak- zarechotała Lola, która najwyraźniej nie czuła potrzeby wspierania ojca.

– No, drapak, ale jest nasza i  ją kochamy!- powiedziałam z mocą (i ukrytą groźbą) do potomstwa- poza tym to tak, jakbyśmy wzięli bardzo brzydkiego kundelka ze schroniska, dobry uczynek i w ogóle-

Misiek się nie wypowiedział, za to z rosnącą fascynacją obserwował poczynania Męża, który bohatersko usiłował obsadzić rachityczny pieniek w stojaku. Niełatwa sztuka udała się w głównej mierze dzięki dwóm egzemplarzom Wyborczej, które stabilizowały całość. Kiedy już choinka dumnie prężyła wątłe ramionka na środku pokoju, Misiek udał się na urodziny kolegi zastrzegając, wydawało mi się, że wyłącznie pro forma: – Tylko nie ubierajcie jej beze mnie!-

Łatwo powiedzieć…Czekaliśmy, czekaliśmy, czekaliśmy. Niektórzy z nas cierpliwie, jak na przykład Mąż, który znowu usiłował wybrać i obrobić zdjęcia z wakacji ( ja nie wiem, czy on próbuje Photoshopem retuszować mój obwód w talii, że mu tak powoli idzie?). Niektórzy nie zauważali upływu czasu, pracowicie redukując stosy brudnych ubrań, talerzy i okruchów (to ja, jakby się ktoś nie domyślił). Ale niestety, były też jednostki całkowicie niewytrzymałe.

– No kiedy, kiedy, kiedy- jęczała Lola, włażąc mi pod nogi, wieszając się na ręce i ciągnąc za skarpetki….- Kiedy wreszcie będziemy ubierać choinkę, no kiedy, kiedy…- Po kolejnym „kiedy” skapitulowałam i pooooowoli zaczęliśmy ubierać drzewko. Nie przewidziałam tylko tego, że ze względu na, hmmm, jakby to ładnie ująć, upośledzenie gabarytowe choinki, proces zajmie nam mniej czasu niż zwykle. Kiedy skończyliśmy wieszać ostatni łańcuch, wpadł Misiek. Wpadł i zakrzyknął, straszliwie oburzony- Jak mogliście? Mieliście na mnie poczekać!!-

Przysięgam, nie nadążam za tymi nastolatkami. Dlaczego młody człowiek, który ostentacyjnie uchyla się od publicznego uścisku mamy, odmawia wspólnych zakupów, pieczenia pierniczków, odwiedzin u babci i innych form aktywności rodzinnej, nagle pragnie wieszać bombki? No ewidentnie, był na skraju załamania. Na szczęście, bycie matką jest związane zazwyczaj z kursem Negocjatora Policyjnego i Szybkiego Reagowania w Trudnych Sytuacjach.  Spokojnie powiedziałam- świetnie że przyszedłeś, właśnie miałam zdejmować te łańcuchy, bo strasznie krzywo wiszą-

Misiek zdjął, powiesił znowu, odszedł na parę kroków i spojrzał na choinkę tak, jak zazwyczaj świeżo upieczony ojciec patrzy na dziecko:

– To najfajniejsza choinka, jaką dotąd mieliśmy-

– No, bo jest nasza i ją kochamy- dodała Lola

– Drapak, ale to nasz drapak- powiedziałam  do męża

– No, ale stoi prościutko, sama przyznaj- odkrył Mąż z zachwytem

 

nareszcie poniedziałek

Wiem, pogięło mnie. Ale czasami weekendy w wydaniu naszej rodziny bywają wyczerpujące. W sobotę zawiozłam Miśka na turniej piłkarski i pojechałam z Lolą do alergologa. Po minucie od nałożenia alergenów na rękę podniosła rozpaczliwy krzyk- łapka spuchnięta jak baniak. Młoda jest uczulona w stopniu skandalicznym na wszystko, co ma sierść i pióra, oraz na przeróżne pyłki i pleśnie. Spirometria poniżej wszelkich norm, astma jest faktem potwierdzonym naukowo. Super.  Wróciłam zmachana do domu, który przypominał obrazki z CNN- przejście tornada nad Oklahomą. Rzuciłam się nerwowo do gotowania obiadu, bo Lola na stres reaguje zwiększonym apetytem. Kiedy miotałam się między kuchnią a uprzatnięciem przynajmniej części domu, wrócił Mąż z Miśkiem. Rozejrzał się i powiedział radośnie- to co, może pojedziemy gdzieś na obiad? (który do tego czasu już wesoło pyrkotał na kuchence, by the way). W odpowiedzi poczęstowałam go stekiem obelg i nakazałam zmienić pościel. Obraził się.  Ale nie na długo, bo musieliśmy uruchomić wszelkie rodzicielskie siły pocieszania, kiedy Misiek dowiedział się, że Świnki Muszą Odejść. No i skąd ta rozpacz, pytam ja się. Gdyby nie ja, biedne gryzonie dawno by ziemię gryzły, jako że byłam jedyną karmicielką, sprzątaczką, pielęgniarzem i opiekunką. Samej mi się serce kraje, bo nikt tak radośnie mnie nie wita po powrocie do domu jak one, a tu jeszcze musiałam pocieszac Miśka, który wpadł w rozpacz totalną i oczywiście obwinił za wszystko siostrę.

W niedzielę Mąż zawiózł Miśka na turniej, tym razem szachowy (zaznaczam, że na usilną prośbę zainteresowanego, żeby nie było, że męczymy dzieciaka). Następnie dzwonił do mnie co jakiś czas, informując o tym, że Misiek wygrał lub przegrał, przeżywając to tak, że w końcu wyszedł, żeby mu serce nie siadło. Mnie w tym czasie dla odmiany siadał kręgosłup, bo tłukłam się po supermarkecie, usiłując nabyć przeróżne dobra konsumpcyjne. I tak czułam się szczęśliwa, bo udało mi się przehandlować młodą babci w zamian za listę zakupów do zrealizowania (chociaż mama w pierwszej chwili nieco się wystraszyła, kiedy zadzwoniłam do niej i zdesperowanym tonem rzuciłam- potargujmy się- dziecko za mięso!-)

A popołudnie to już norma- nieco chaotyczne wspólne spędzanie czasu, które zazwyczaj polaga na wzajemnym przekrzykiwaniu się, ciągłych kompromisach,  czego słuchamy, na kim mam skupić aktualnie uwagę itp.  Mąż przy komputerze usiłował po raz kolejny wybrać zdjęcia z naszych wakacji, Misiek włączył Michaela Jacksona i trenował moonwalk, Lola leżała na podłodze, kiwając nogą i perorowała:

– Mamo, chcę mieć cały pokój petshopowy: i petshopową pościel, i plakaty, i petshopowe ściany-     

Misiek, płynnie wijąc się po podłodze, krzyczał triumfalnie

– Mamo, zobacz, udało mi się!-

Lola warczała wkurzona- Cicho, głupku, ja mówię do mamy!-

a następnie wracając do tonu gawędziarskiego, kontynuowała:

-Wracając do petshopów, kochana mamusiu, to jeszcze bym chciała…….-

Mąż co chwilę wzywał mnie, żebym oceniła subtelne udoskonalenia zdjęć, jakie poczynił przy pomocy specjalnego programu, i powiedziała mu, które lepsze. A ja pytałam rozpaczliwie, czy to jakas nowa gra pt „Znajdź siedem różnic”. Ach, no i czytałam, raczej hipotetycznie, ale jednak- „Biała Wiedźmę” Adama Zalewskiego, która za pierwszym razem mnie zachwyciła, i chciałam sprawdzić, czy wrażenie się utrzyma. Niestety, to jedna z tych książek, które definitywnie tracą na urodzie przy kolejnym czytaniu. Szkoda.

Wieczorem złapałam się na tym, że z pewną ulgą myślę o poniedziałku, kiedy przez osiem godzin będę przebywać w cichym i uporządkowanym środowisku, wśród ludzi, z którymi niezobowiązująco rozmawiam, ale nie muszę zaspokajac ich rozlicznych potrzeb fizjologicznych i emocjonalnych, a skala problemów nie przerasta moich możliwości psychicznych. Oczywiście do czasu. Do czasu, kiedy siadłam przy biurku i zagłębiłam się w Bardzo Ważny Scenariusz, gdzie zahipnotyzowały mnie swoją głębią zdania w stylu: „Autobus na wstecznym cofał sie do tyłu”. To ja już chyba wolę moją rodzinę….