krótka charakterystyka rodzinno – wyjazdowa

Bądźmy szczerzy – rzadko zdarza się nam spędzić dłuższy czas razem, 24 godziny na dobę. Zazwyczaj spędzamy czas w podgrupach, albo wszyscy razem, ale krótko. W takich chwilach, jak wspólny tydzień na wyjeździe, intensywnie ujawniają się nasze dobre i złe strony, które zazwyczaj są niezbyt zauważalne.

Misiek ujawnia swoją naturę urodzonego naukowca. Zatopiony w lekturze, z rzadka podnosi znad niej wzrok, co sprawia, że dopiero po pewnym czasie orientuje się, gdzie aktualnie przebywamy. Za to kiedy już się zorientuje, stara się wszystko analizować i sprawdzać. Snorkeling na rafie koralowej nie liczy się, jeśli wszystkie zobaczone ryby nie zostały zlokalizowane w podręcznym atlasie ryb. Temperatura wody i powietrza nie jest czymś godnym uwagi, jeśli nie jest opisana na tablicach informacyjnych. Wszystkie napisy muszą zostać przetłumaczone, i naprawdę nie interesuje go fakt, iż nie znamy arabskiego.

Lola na co dzień ukrywa fakt, że tak naprawdę jest zrzędliwą staruszką.  Na wyjeździe rzeczywistość ją uwiera. Za zimno-  za gorąco. Jest głodna co godzinę – ale jedzenie nie takie. Piasek gryzie, słońce parzy, nogi bolą. Woda za ciepła, sok za słodki. Misiek się z niej śmieje, a tata krzywo spojrzał. I dlaczego w Egipcie nie ma petshopów!? Przed natychmiastowym uduszeniem ratuje ją fakt, że wszyscy jesteśmy wystarczająco zrelaksowani, żeby to znosić.

Mąż stara się nam zrekompensować wieczną nieobecność, co przybiera czasem dość uciążliwe formy. Gdyż albowiem jest typem kaowca, czyli: zapewnię – wam – rozrywkę – choćby – po – trupach.  Z trudem akceptuje więc fakt, że odmawiamy pozowania na tle kolejnej palmy, rodzinnej gry w karty czy wspólnego nurkowania.  Nasz rozbuchany indywidualizm jest według niego zwykłą niesubordynacją. Na szczęście góra po trzech dniach mąż ulega naturalnemu wakacyjnemu marazmowi i wszystko zaczyna toczyć się swoim flegmatycznym rytmem.

Ja bardzo nie lubię hoteli. Przez kilka pierwszych dni intensywnie próbuję udomowić otoczenie. Do granicy zaburzeń obsesyjno – kompulsywnych: codziennie układam ubrania w szafach, składam w kostkę brudne skarpety i myję w umywalce znalezione muszelki. W dodatku wyłażą wtedy ze mnie wszystkie, normalnie głęboko ukryte paranoje matki – kwoki: że dzieci się utopią, że zginą, że zachorują. Kiedy już się uporam  z moimi obsesjami, staję się całkiem fajna, bo wreszcie nigdzie się nie muszę spieszyć, popędzać dzieci i patrzeć na zegarek. No, ale wtedy zbliża się czas wyjazdu i znowu popadam w paranoję: na pewno czegoś zapomnę spakować, dzieci zginą na lotnisku, samolot nie odleci….Nie jest lekko:-)

O dziwo, wbrew temu, co napisałam, zazwyczaj bawimy się bardzo dobrze. Bo nie wiem, jak u was, ale w moim domu główną przyczyną konfliktów i utarczek jest stres wynikający z pośpiechu i zmęczenia.  A kiedy się nie spieszymy, stajemy się łagodni jak baranki i wyrozumiali dla własnych słabości. Poza tym, kiedy patrzymy na wady innych, nasze własne wydaja się jakby mniejsze:-) Prawda?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s