wróciłam z Legolandu

I mam strasznie dużo pracy. Ale co tam, praca nie zając, a ja tylko krótkie wnioski z podróży. 

1. Wycieczka do Legolandu jest długa. Nasze zakładane 10 godzin przedłużyło się do 11,5. Małoletni byli grzeczni jak nigdy (DVD samochodowe:-)), marudziłam ja (kręgosłup!)

2. Dania jest cholernie drogim krajem. Płacenie 10 złotych za kubek herbaty i 30 złotych za kanapkę uważam za nieporozumienie, chociaż zasadniczo nie jestem specjalnie oszczędna.

3. Legoland jest super! Bawiłam się jak dziecko, dzieci bawiły się …też jak dzieci. Zaliczyliśmy chyba wszystkie kolejki, wagoniki, łódki i inne emocjonujące atrakcje. Właściwie cały dzień wypchany na maksa atrakcjami – wieczorem padliśmy jak kawki.legoland

lego

4. Jeszcze lepszy od Legolandu okazał się genialny park safari, który nazywał sie bodajże Knutheborg , gdzie po ogromnym zalesionym terenie włóczą się nosorożce, żyrafy, gazele, lamy i mnóstwo innych czworonogów. Mega wypasiony plac zabaw, mizianie osiołków, stado pawianów – znowu całodniowa rozrywka.nosorożec

tygrys

Jak widzicie, lubimy zwierzątka. One nas też, poza jednym niesympatycznym osłem, który z niezrozumiałych powodów postanowił odgryźć Miśkowi kieszeń od spodni. Ale puściliśmy mu to w niepamięć.

5 Wracaliśmy z fantazją, bo promem. I szybciej jakoś. A z nami wracał deszcz, i teraz, cholera pada i pada, a ja nie mogę skosić trawy.  Muszę przyznać z ociąganiem, że mąż miał rację (nie, nie napiszę „jak zwykle”, ale miał), i że wycieczka była fajna. Ale i tak następnym razem wybiorę się co najwyżej do Ciechocinka!

długi weekend

Lęki mam. I się kiwam nerwowo.  Nadchodzi długi łykend, a mój mąż przejawił inicjatywę. To się źle skończy, mówię wam. Mój mąż przejawia inicjatywę, kiedy tylko istnieje jakaś opcja wyrwania się z domu, bo, jak szczerze przyznał, w domu zawsze wymyślę dla niego robotę.

No i przejawił na całego. -Kochanie, pojedziemy z dziećmi do Legolandu-

Jako że moja znajomość geografii jest skąpa (w liceum poprawiałam sobie oceny, czyszcząc gabloty z minerałami), uznałam, że przecież Dania nie może być zbyt daleko (w sumie na globusie Miśka to bliziutko). No i się zgodziłam. Dopiero kiedy niebacznie spytałam, czy mam coś wziąć na drogę, mój mąż ostrożnie zauważył, że może by się przydało, bo w sumie to 10 godzin jazdy…Aaaa!

Kiedy ostatni raz wracaliśmy 10 godzin z Chorwacji, dopiero seria zabiegów kręgarskich przywróciła mi władzę w kończynach i plecach. Nie wspominając o tym, że miałam mózg poszatkowany jak kapucha na bigos. Ponieważ, o zgrozo, małoletni nie śpią w samochodzie. Never, ever! Nawet kiedy jedziemy ósmą godzinę, za oknem ciemno i lecą kołysanki na CD. Misiek żąda rozrywek intelektualnych: – a teraz zgadujemy stolice państw-, – a teraz rzeki i łańcuchy górskie-. Z powodów, które wymieniłam powyżej, znajomość stolicy Jemenu, największej rzeki w Kongo i wysokości Kilimandżaro całkowicie przerasta moje możliwości. Nie wspominając już o wymienianiu kolejnych składów Barsy i Chelsea.

Lola natomiast wyciska każdą sekundę mojej obecności w samochodzie jak gąbkę: – wymyślamy piosenki, śpiewamy przeboje harcersko- religijne, opowiadamy zmyślone historie o tym, co widać za oknem, i przebój nr 1 – pluszowy kangur opowiada o swoich przygodach. Opowiadającego bawi to przez jakieś pół godziny, potem kangur stacza się moralnie i umysłowo zgodnie z meandrami mojej zmęczonej wyobraźni.

Trudno, sama jestem sobie winna. Trzeba było się uczyć, a nie czytać pod ławką.

Jedziemy jutro rano. Jeśli nie będzie padać, będzie fajnie. Tak myślę. W końcu przeżyjemy ze sobą te cztery dni. Chyba…Ale następnym razem będę mądrzejsza i zanim powiem tak, wszyściutko sobie wyguglam:-)

porozumienie międzygatunkowe

Inka weszła do kuchni, umościła się tyłkiem na słonecznej plamie i powiedziała:

– Miau –

– No miau i tobie, mała, masz na coś ochotę?- zagaiłam, gdyż byłam w nastroju przyjaznym.

– Miauu – powtórzyła znacząco, lecz cierpliwie kota, dziwiąc się mojej tępocie

– Aaa, zapomniałam, mokre, czy suche tym razem?- zamachałam jej saszetką przed nosem

– Miau – Inka straciła olimpijski spokój i nerwowo majtnęła się na blat kuchenny między zlewozmywakiem i lodówką

– No dobra, nie ciskaj się, już ci daję pić – odkręciłam kran, ale kota popatrzyła na mnie jak na debilkę, demonstracyjnie odwróciła się tyłkiem do kranu i popatrzyła na lodówkę, jeszcze raz, przeciągle, potem na mnie, i na lodówkę….

– Miaaauuu! – wyraźnie już nie mogła wytrzymać z taką niedomyślną kretynką

– Trzeba było tak od razu gadać, małpo – powiedziałam z rozgoryczeniem, i wyjęlam butelkę mleka, żeby jej nalać do miseczki…

Weszła Lola z kubkiem mleka w ręku, poklepała Inkę po łebku i powiedziała: – No widzisz, mówiłam ci, żebyś poszła do mamy, to ci da mleka –

 

stres urodzinowy – pomocy!

Lola będzie miała urodziny. Już za kilka dni. A ja w panice jestem. Litości! Dlaczego ona, do licha, jest tak upiornie towarzyska?! Dlaczego skrócona po negocjacjach lista gości „must have” obejmuje siedemnaście sztuk płci różnej?! W tym potwornie, przerażająco wręcz destrukcyjne siostry zza płotu z galopującym ADHD. Oraz cicha i spokojna przyjaciółka z zerówki. A także starsza o dwa lata, niesłychanie despotyczna córka mojej koleżanki. I jeszcze na dokładkę czterech bojowych zaprzyjaźnionych siedmiolatków…..Aaaa! Co ja mam z nimi zrobić!?

Do tej pory udawało mi się wynegocjować urodziny w sali zabaw – tłum się kłębił, piszczał i rozrabiał, ja kawę piłam, a potem uiszczałam rachunek ze słodką świadomością, że nie muszę przynajmniej robić remontu.

Teraz Lola stanęła okoniem – ma być w domu i już. No dobra. Wczoraj siedliśmy rodzinnie i kombinowaliśmy, co by tu.. Misiek zaofiarował się poprowadzić meczyk piłki nożnej na boisku, ale „jak będą siostry zza płotu, to mowy nie ma, bo on ich nie znosi”.  Mąż zaproponował konkursy sportowe i wystawienie urodzin do ogródka, ale „jak będzie lało, to on nie ręczy za siebie”. Ja lekko zrezygnowana zauważyłam, że i tak mamy zamiar odmalować duży pokój, ale znając przyszłych balowiczów to może nie wystarczyć. Lola wybuchała płaczem na każdą subtelna wzmiankę o ewentualnej redukcji listy zaproszonych.

Jestem w kropce. Jak zabawić mieszane, bardzo ruchliwe towarzystwo przez kilka godzin, nie  ponosząc większych szkód materialnych i psychicznych? Jakieś pomysły?

pasztet z dziadunia

– Babciu, dzisiaj na śniadanie jadłam pasztet z dziadunia! – oznajmiła bardzo zadowolona Lola.

Babcia się ucieszyła, zwłaszcza, że ewidentnie pasztet został wykonany z zupełnie innego dziadunia, bo nasz biegał po ogródku. Ale Lola jeszcze nie skończyła pakietu informacyjnego:

– Mam dwie wiadomości, babciu. Jedną dobrą, a drugą złą. Ta dobra to taka, że mamusia zrobiła takie pyyyszne babeczki kajmakowe.-

– A ta zła? – spytała babcia zaniepokojona.

– A ta zła to taka, że już wszystkie zjedliśmy! – Co było prawdą i zmusiło mnie do powtórzenia procesu produkcyjnego, ponieważ dziadek bardzo prosił o to, żeby jednak załapać się na moment pomiędzy dobrą a złą wiadomością.

Mamy więc babeczki, mazurka pomarańczowego i torcik galaretkowy, mozolnie i stopniowo przeze mnie nawarstwiany przez cały wieczór. I szynkę w coca-coli, i jajka.  Niezależnie od poglądów religijnych Wielkanoc jednoczy nas w nieprzerwanej konsumpcji i rozrywkach rodzinnych na świeżym powietrzu. Zwłaszcza, że droga obopólnych wysiłków udało nam się zapomnieć o opłacie za kablówkę i w sobotę odkryliśmy, że jesteśmy całkowicie odcięci od TV. Bosssko!

Małoletni z kuzynami już dzisiaj testowali broń wodną przed poniedziałkiem. Oj, będzie się jutro działo! Lola uczy się jeździć na rowerze. Wiem, wiem, że to dziwne w jej wieku, ale moi małoletni mają chyba coś z błędnikiem. Misiek też załapał wyjątkowo późno, za to błyskawicznie- skończył siedem lat, wsiadł na rower i pojechał. Lola wsiadła dzisiaj na rower, gibła się w lewo, gibła w prawo…i podniosła pisk. Prorokuję ponuro, że zanim opanuje tę sztukę, ja dostanę zakwasów albo mąż nabawi się skrzywienia kręgosłupa. I zupełnie nie rozumiem, jak to możliwe, że chudziutka, zwinna panienka, trenująca balet i skacząca po drzewach jak kozica, nie jest w stanie, do licha, przejechać na dwukołowym rowerze?!

Ale koniec żalów. Jest wielkanoc, wiosna, i życie jest fantastyczne. Czego i wam wszystkim życzę!

Mój kot nie jest normalny

Moja kotka dostaje wiosennego świra. Niby taka poważna, dojrzała pani w słusznym wieku sześciu lat, a od tygodnia totalnie głupieje.  W kółko wchodzi i  wychodzi z domu, skacze po parapetach, mizia się i przytula, a za chwilę łapie zębami rękę, która ją głaszcze. Gdyby nie to, że od lat jest „bezpłciowa”, posądzałabym ją o jakąś ruję. Zastanawiam się nad sensem mycia okien, skoro co godzinę Inka skacze na parapet i donośnym waleniem łapami w szybę daje znać, żeby jej otworzyć. Wiecie, jaki to przerażający odgłos, kiedy wieczorem siedzę cicho na kanapie i nagle nad uchem słyszę takie „łup, łup!”?

Cóż, nie powiem jej tego, bo mnie zagryzie w nocy, ale ona generalnie jest trochę skrzywiona, a jej paranoje bywają uciążliwe. Uważa na przykład, że kuweta jest wyłącznie dla mięczaków, a prawdziwi twardziele załatwiają swoje sprawy wyłącznie na zewnątrz. Co ma swoje dobre strony (czyli kuweta czyszczona pro forma raz na kilka miesięcy), ale też te złe, czyli kota skacząca ci na twarz lub drapiąca w łóżko o piątej rano – bo siusiu jej się zachciało.

Nie wiem też, po co ciągle trzymam dla niej miseczkę z wodą, skoro jedyną uznaną formą zaspokajania pragnienia jest wsadzenie łba pod kran w wannie lub umywalce. Wisi na tej umywalce, z łebkiem ustawionym pod niemożliwym kątem, z dwiema łapami w powietrzu, żeby się nie zamoczyły i miauczy, śmiertelnie urażona, kiedy strumień wody jest: za duży, za mały, za ciepły, za zimny. Oszaleć można!

Trudno też nie nadmienić, że moja kotka ma niesłychanie wyrafinowane poczucie humoru, nie wiadomo dlaczego niedoceniane przez domowników i gości. Dlaczego na przykład nikogo nie bawi fakt, że gdy oprze ramię na oparciu kanapy, natychmiast znikąd pojawia się pazurzasta łapa, wbijająca się boleśnie w rękaw? Ach, nie zapominajmy o numerze popisowym, który kilku naszych gości doprowadził prawie do zawału.  Wygląda to mniej więcej tak: niczego nieświadomy gość przechadza się po trawniku, podziwiając zieleń. Wtedy nagle zza krzaka z mega prędkością wyskakuje futrzasta kula, w locie wysuwając pazury, którymi zaczepia się o spodnie i wdzięcznie zawisa na gościowej nogawce.

Nawet w fazie rozmruczania i przytulania nie jest z nią lekko, bo po pierwsze: kiedy jest naprawdę zachwycona procesem głaskania, zaczyna się niemożliwie ślinić, dosłownie jak ząbkujące niemowlę. Po drugie, kiedy uważa, że głaszczesz ją nie do końca tak, jak ona sobie życzy,  jest cholernie despotyczna, podrzuca nosem rękę, podgryza i szturcha łebkiem w twarz, co ma oznaczać „postaraj sie bardziej, bo jeszcze się nie ślinię”.

Jednym słowem jest stuknięta, despotyczna, hałaśliwa i irytująca. Strasznie ją kocham!

Gadka nastolatka

Niedziela. Godzina 21. Misiek skoncentrowany jak kierowca rajdowy podbija swoimi wojskami kolejne imperium. Niestety imperium wraz z naszym starym komputerem znajduje się w pokoju Loli. Lola się już czołga ze zmęczenia – muszę ją jakoś dopilotować do łóżka. Co jest niemożliwe przy wrzaskach konających i szczęku broni dobiegającym z komputera.

– Misiek – mówię stanowczo – spadaj sprzed monitora i do wyra.

– A co mnie to – mamrocze Misiek

– A to cię to – odpowiadam tylko pozornie niegramatycznie – że to pokój twojej siostry

– A co mnie to – Misiek nie jest w nastroju do błyskotliwych ripost

– Wynocha stąd – podnoszę głos niepedagogicznie – a w ogóle nie powinieneś się do mnie tak odzywać-

– Ciekawe czemu – warczy Misiek, zapisując (a jednak!) grę i powoli zwlekając się z krzesła

– A temu, że jestem twoją matką i powinieneś traktować mnie z szacunkiem – alem błysnęła, w dodatku idiotycznym argumentem, którego obiecałam sobie nigdy nie nadużywać

– A ja jestem twoim synem, i też powinnaś mnie grzecznie traktować! – prawie wrzeszczy Misiek

Cisza. Z tych znaczących.

– Dobra, sorry za wynochę – mówię całkiem już uprzejmie

– Sorry, matka, za comnieto – Misiek pokornieje w sekundę i całkiem już cicho – A przyjdziesz mnie pocałować na dobranoc?

co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr

– Mamo, jaka ty BYŁAŚ piękna! – wykrzyknęła moja córka oglądając stary album ze zdjęciami.

– Ale BYŁAŚ chuda! – to spontaniczny komentarz mojego syna na widok zdjęć z przedmałżeńskich jeszcze wakacji.

– Ale BYŁA z nas fajna para – rozmarzył się nostalgicznie mąż, podziwiając zdjęcia ślubne.

Jasne. Od dziś ogłaszam zakaz oglądania jakichkolwiek zdjęć. Spalę albumy w kominku. Wykasuję z komputera. Nie, nie, i jeszcze raz nie!  Takie komentarze kojarzą mi się z westchnieniem mojej cioci Ziuty:

– A byłaś takim ładnym dzieckiem. Niesamowite, jak to się ludzie zmieniają –

Czuję się urażona. I oficjalnie zażądam satysfacji. Od całej rodziny.

Świętości nie tykać

Każdy z nas ma coś, co jest dla niego święte. Coś nietykalnego, czego będzie bronił jak niepodległości.

Misiek przyszedł  wkurzony, kiedy kolega z klasy brzydko, choć nieprecyzyjnie, wyraził się o Miśka mamusi. Tak, był wkurzony, a nawet oburzony i bardzo przejęty. Jednak nie skłoniło go to do rękoczynów ani innych gwałtownych posunięć. Biada jednak temu, kto śmiałby wyrazić się obelżywie o jakimkolwiek piłkarzu Chelsea. Ostatni frajer, który  odważył się to zrobić, skończył na podłodze szkolnego korytarza. Bo CHELSEA JEST ŚWIĘTOŚCIĄ NIETYKALNĄ.

Do Loli przyszedł ostatnio dziadek. Mój ojciec uwielbia wnuczkę,  ale ma skłonność do nieprzemyślanych wypowiedzi. Kiedy więc Lola przybiegła do niego i pokazała swojego nowego petshopa, dziadek rzucił lekko – A, to te paskudne stworzenia z wielkimi głowami. Ale obrzydlistwo –

Co kosztowało go utratę łask wnuczki, a mnie piętnaście minut pocieszania zanoszącej się szlochem siedmiolatki, którą zraniono w sposób niewybaczalny. Obrażono jej świętość, jej ukochane ponad wszystko petshopki. Tak, wiem, to dziwne. Bo faktycznie  sa to ohydne plastikowe stworki z wielkimi głowami. I długo muszę się zbierać, żeby móc Loli przytaknąć, że, tak, są absolutnie słodkie, a już szczególnie ten pancernik. Brr. No, ale ŚWIĘTOŚCI SIĘ NIE KALA.

 U mnie ten system działa na zasadzie, która praktykowałam w dzieciństwie: „moją siostrę mogę bić tylko ja”. W związku z tym ja krytykować mogę, ale reszta świata niech się ma na baczności! Zwłaszcza wyrażając się nieładnie o książkach Kinga albo o moim abso – kurna – przepięknym ogródku!

Na pociechę przyznam, że bez drgnienia powieką znoszę wszelkie insynuacje na temat braków umysłowych i wizualnych moich i mojego potomstwa, żeby nie było, że taka drażliwa jestem:-)

Czy też macie takie nietykalne tematy? Które was zagotowują do białości?

Ach śpij, kochanie

– Mamo, mogę z tobą spać?- przymilił się Misiek. – nie ma taty, a samemu mi smutno, no i ja nie chrapię- kusił.

Fuknęłam, że jest już za stary  na spanie z mamusią, ale w sumie co tam, carpe diem. W końcu jest już taki wielki, że niedługo będzie mnie pytał, że Kasia czy inna Jola może przenocować w jego pokoju (albo nawet nie zapyta…). Wzruszają mnie więc  coraz rzadsze momenty, kiedy czuję, że jest jeszcze małym synkiem mamusi.

– No dobra, młody, kładź się u mnie- zezwoliłam łaskawie. Kiedy koło północy dotarłam do łóżka, na mojej poduszce czekał już Kajtek- wiekowy miś, którego w przypływie wdzięczności pożyczył mi mój strasznie dorosły syn. Sam Misiek spał w jakimś dziwnym, skłębionym kokonie pościeli, z którego wystawała tylko jedna, lodowato zimna stopa- i rzeczywiście nie chrapał.

 Ledwie udało mi się porządnie rozgrzać w pościeli, a Morfeusz już mi machał radośnie na horyzoncie, usłyszałam cichutki tupocik. Lola, mała jak skrzacik w długiej koszulince, tuląc do brzucha pluszowego jednorożca, skradała się na palcach do mojego łóżka.  No dobra, niech jeszcze i to, nie miałam już siły, żeby ja holować z powrotem.

W środku nocy obudziłam się z koszmarnego snu o gigantycznej ośmiornicy, która wyciskała ze mnie resztki tlenu.  Lola ciasno oplątała mnie lodowatymi rękami i nogami, na twarzy miałam rękę Miśka, a na brzuchu kotkę, która zirytowana fuknęła, kiedy usiłowałam złapać oddech. Ostrożnie wyplątałam się z Lolczynych objęć (ciekawe, że w nocy Mała wydaje się być złożona wyłącznie z dużej ilości patykowatych kończyn), przepchnęłam śmiertelnie urażonego kota w okolice nóg, i odłożyłam rękę Miśka na brzuch Miśka.  Misiek zawarczał głucho, zgrzytnął zębami, całkowicie przytomnym głosem powiedział- odczep się od tej piłki!-, po czym znowu zasnął. Po chwili poczułam, że niezależne kończyny Loli sondują otoczenie i znowu powoli oplatają moje nogi. Zaczęłam odpływać w niespokojny sen, kiedy usłyszałam drapanie w wykładzinę. Kot dawał mi do zrozumienia, że już czas na siku i poranną przebieżkę. Rzut oka na budzik- rany, 5.15!  Wstałam, wypuściłam kota, ale kiedy położyłam się z powrotem,  nie mogłam już zasnąć. Leżałam sobie sennie, Lola, teraz ciepła i zgrzana, sapała mi do ucha przez sen, Misiek cicho pomrukiwał. Za oknem koty wywrzaskiwały swoje uczucia całemu światu, budzik tykał, niebo robiło się coraz jaśniejsze.

I znowu złożyłam sobie uroczystą obietnicę, że to Ostatni Raz, kiedy pozwalam dzieciom spać ze mną. Do następnego razu…