Czeska fałda

Mieszkam na polu golfowym. Całkiem dosłownie. Wychodzę na balkon i poza rozkosznie zamglonym pasmem górek i zielonym lasem na horyzoncie widzę zielony trawiasty dywan z greenami, farewayami i chorągiewkami przy dołkach. Nie powiem, milusi widok, jeśli człowiek nie myśli o tym, ile oni w to wpompowali drogocennej wody. Gnojki nieekologiczne. No ale ja nie o tym. Mąż poprosił, żebym mu towarzyszyła w turnieju, a ja oczywiście,  jak dobra arabska żona, krok za nim i przytakuję, nieprawdaż. Więc mój weekend wygląda tak, że on rano rusza na Wielkie Machanie Kijem, a ja spaceruję, pracuję i oddaję się innym rozrywkom w doborowym inteligentnym towarzystwie, swoim znaczy.

Ja znowu nie o tym, dygresje mam jak moja teściowa, która w ciągu pięciu minut potrafi przejść od  – A w tym niebieskim domu mieszka drugi kuzyn stryjka Witolda, i on powiedział, że w wojsku…. – do – ….I ta moja koleżanka, co to jej córka wyszła za brata ciotki Anielki, to ona właśnie powiedziała, że pomidory szkodzą na żołądek –

Znowu się odchudzam. Jak zwykle oczywiście. Powinnam wreszcie popełnić jadowity wpis na temat menopauzy i jej niecnych uczynków. Poza bezsennością jest absolutnie bezwzględna w roztywaniu niewinnych ludzi. Ledwie się spuszczę z oka na minutę, ledwie zadumam się przy wystawie cukierni, a już moja fałda brzuszna zaczyna mi spływać na kolana. Horror, powiadam wam, który zrozumie tylko weteran tej nieustannej wojny. Żuję seler, miksuję szpinak i chrupię marchewkę. Nie chciałam zaprzestawać tych pozytywnych działań ze względu na wyjazd, bo już całkiem nieźle szło i prawie przestałam śnić o pączkach i bitej śmietanie. Ale Czesi doprawdy rzucają mi kłody pod nogi. A niby miły naród, sąsiedzi i w ogóle. Pierwszego dnia poszliśmy z mężem na obiad do uroczej knajpki. Szukałam (bez konotacji z czeskim znaczeniem tego słowa) w wyłącznie czeskim menu czegoś, co mogło by sugerować sałatkę czy coś dietetycznego. Bez rezultatu, więc zdałam się na kelnera. Pan z życzliwym zainteresowaniem próbował dociec, czy ja jednak przez słowo sałatka na pewno nie mam  na myśli knedlików z gulaszem. W końcu słowo „zdrowe” naprowadziło go na dobry trop. Rozpromienił się cały i rzekł z triumfem – Zdrowe! Mamy zdrowe! –

I przyniósł. Ogromny talerz zimnego makaronu wytaczanego na bogato w majonezowo – czosnkowym sosie, wymieszanego z jajkiem na twardo i soczewicą. Na wierzchu w charakterze sałatki tkwił smętnie listek rukoli.

Nic to – powiedziałam mężnie – na kolację to już będzie zdrowo. No prawie. W menu kolejnej restauracji sałatek znowu nie było, ale znalazłam coś, co odszyfrowałam jako kurczaka i chyba coś kalafiorowego. Był. Kurczak znaczy. Wprawdzie usmażony w głębokim tłuszczu, ale jednak. Kalafior występował natomiast w postaci maślano-kalafiorowej pasty o ładunku kalorycznym zdolnym wyżywić afrykańską wioskę przez miesiąc.

Postanowiłam, że dam Czechom kolejną szansę, bo jednak weekend na czczo uznałam za zbędne ekstremum. I uwaga – dostałam dziś menu w języku angielskim! – No teraz już nie ma możliwości pomyłki – zachwyciłam się i po skrupulatnym przeczytaniu opisu (pikantna zupa z cukinii z tofu, warzywami i kolendrą) stwierdziłam, że to będzie strzał w dziesiątkę.  Faktycznie, w misce przyniesionej mi zupy w pewnością gdzieś były warzywa i chyba nawet tofu. Trudno było mi jednak odnaleźć pod grubą warstwą wędzonego, ociekającego tłuszczem boczku i podgardla, na których to składnikach ta dietetyczna zupka została ugotowana. Patrzyłam i czułam, jak moja fałda wypływa triumfalnie ze spodni i wyrywa się na wolność…..

Matko, jak dobrze, że jutro wracamy do domu. Mąż, ja i moja fałda. Jeszcze trochę czeskiej dietetyki i nie byłoby co ratować. Ale serio, czy Czesi nie jadają sałatek? Zieleniny? Czy ja mam mega pecha do knajp?

 

Let it go

Zawsze uważałam się za wyluzowaną matkę. Nie przejmowałam się, że moje dzieci jedzą piasek w piaskownicy i brudne jabłka. Nie stymulowałam ich rozwoju intelektualnego edukacyjnymi zabawkami i nie uczyłam ich czytać w wieku 4 lat. Nie dobierałam im przyjaciół ani lektur. Sami wybierali, na jakie zajęcia chcą chodzić i co robią po szkole. Nie zabraniałam właściwie niczego i nie stosowałam systemu kar i konsekwencji, zakładając, że jako jednostki o prawidłowym IQ i odpowiednich wzorcach  sami się zorientują, jak powinni funkcjonować w społeczeństwie. No cóż, udało mi się. Dzięki temu, albo pomimo tego, mam w domu dwoje samodzielnie myślących, przystosowanych społecznie i zadziwiająco dobrze wychowanych dorosłych/prawie dorosłych ludzi.

Nie przewidziałam tylko jednego. Że jakby za późno włączy mi się syndrom matki-kwoki. Że czuję obsesyjną potrzebę chronienia tych moich dorosłych, ogarniętych dzieci przed każdym niebezpieczeństwem i niesprawiedliwością tego świata. Że nie umiem opanować lęku, kiedy Misiek nie wraca ostatnim pociągiem, kiedy Lola jedzie na obóz, kiedy jedzie gdzieś z koleżankami. Włącza mi się paranoja level hard. Co ciekawe, nie pomaga mi wcale to, że sama to widzę, sama się z tego śmieję i sama siebie tłukę wirtualnie po głowie.

Misiek z wrodzonym sobie taktem meandruje przez moją hipernadopiekuńczość, utrzymując mnie w ryzach systemem pobłażliwego wykpiwania i pełnych politowania spojrzeń.

Lola jest nieco bardziej bezbronna. Lata jej różnych problemów zdrowotnych w naturalny sposób wytresowały mnie do nieustannej uważności – wzięłaś leki? Jak dziś oddychasz? Słabo ci? Żyłyśmy w pewnej symbiozie, a Lola mam wrażenie, z wiekiem wcale nie poluzowywała tej więzi, tylko opierała się na mnie coraz mocniej. Do czasu. Dokładnie – do tych wakacji.

Z oszołomieniem obserwuję, jak moja nieco zagubiona, introwertyczna nastolatka przeistacza się ekspresowo w samodzielną, towarzyską kobietę, która  pojechała wczoraj, kompletnie wyluzowana, do stolicy na spotkanie z nową klasą. Pociąg, metro, trafić z powrotem, ciemno, bandyci na Polu Mokotowskim, czekanie wieczorem na dworcu, wysiąść na odpowiedniej stacji – mnożyłam lęki jak bankier kasę, na szczęście tylko we własnej głowie. – A pamiętasz, jak się nazywa ta stacja metra? A wzięłaś kartę? A wiesz, z którego peronu odjeżdża pociąg? – nie wytrzymałam.

– Mamoooo! –

Nie sądziłam, że to takie trudne. Puścić ten balonik i po prostu patrzeć, jak unosi się wysoko w powietrze, nie ściągając w dół, tylko cieszyć się lotem. Let it go.

Dzisiaj zamknęłam za nią drzwi, kiedy wybierała się na rozpoczęcie roku (pociąg, dwie linie metra, wsiąść w odpowiednim kierunku na tej drugiej, trafić do szkoły, trafić z powrotem, wszędzie tłumy). I miałam wrażenie, że nieodwołalnie zamykam pewien rozdział.

Moje zapasowe dziecko, moja mała, nieogarnięta córeczka, o której zawsze żartowaliśmy, że powinna mieć koszulkę z napisem „ale o co chodzi”, moja wycofana, cicha dziewczynka dorosła.

Muszę się nauczyć, jak żyć pod jednym dachem z uroczą licealistką, która maluje rzęsy, siedzi z nosem w telefonie, i wcale mnie nie potrzebuje.

– Wzięłaś legitymację? Chcesz sweter? –

-Mamoooo! –

Let it go.

 

Mogłabym tam mieszkać

Krótki, bo ledwie czterodniowy, wypad do Irlandii pozostawił mnie z uczuciem niedosytu i zachwytu. Chodziłam z szeroko otwartymi oczami, chłonąc wiatr, zieleń i magię. Cały czas miałam wrażenie, że już tu kiedyś byłam, że po prostu odwiedzam dawno niewidziane a bliskie kąty. Właściwie trochę tak, jakbym wróciła do domu, gdzie mieszkałam jako dziecko. Rodzina dość szybko połapała się, że matka jest na ostrej fazie i kiedy tylko otwierałam usta po dotarciu do kolejnego widoku, chórem recytowali moją stałą mantrę – Tak, wiemy, mogłabyś tu mieszkać –

No mogłabym. Zwiedziłam kawał świata przez ostatnie ileś tam lat, i to jedno z dwóch – trzech miejsc, gdzie miałam poczucie natychmiastowego zadomowienia.

P1070456

Irlandia była dla mnie wcieloną baśnią. Właściwie wcale bym się nie dziwiła, gdyby z tych wrzosów wylazł skrzat w zielonej czapeczce. A przecież taki las to z założenia należy do magicznych białych jeleni i elfów, prawda?

P1070151

Podobał mi się codziennie padający deszcz i wiatr, którego zazwyczaj nie znoszę. Podobał mi się śpiewny irlandzki akcent i małe sklepiki w małych miasteczkach, i niefrasobliwie porozstawiane po polach ruinki – to zameczek z XIII wieku, to kościółek z XII…Bułeczki scones i herbata z mlekiem. I owce. Lubię owce…

W tym nastroju  euforycznym i rozmarzonym, zupełnie jak nie ja, zostawiam was na razie, żeby dokończyć tajny projekt pod roboczym tytułem: I tak brudno w domu, bo kuchnia, więc przy okazji skujmy brodzik pod prysznicem.

Pamiętajcie, magia jest wszędzie, szczególnie na Klifach Moheru

P1070248

O urokach życia w domu

Taka śmieszna sprawa z tym domem. Nie masz go i myślisz – kurde, ptaszki za oknem, kwiateczki na grządkach,kawa na tarasie, strych na graty, duża szafa, no i jakoś tak tradycyjnie by było, syn, dom i drzewo…..

Potem budujesz dom. Po 18 latach strych zawalony gratami, w szafie nie ma miejsca nawet na skarpetkę, ptaszki srają do kawy na tarasie, a drzewo daje tyle cienia, że kwiateczki zdechły.

Wprowadzaliśmy się szybko i biednie. Na podłodze beton, zamiast drzwi do łazienki stary obrus, bez mebli, zasłon i większości oświetlenia. Pooowolutku, w miarę możliwości, wykańczaliśmy. Po dziesięciu latach rozejrzałam się i z satysfakcją oznajmiłam, że udało nam się skończyć i gniazdko już gotowe (no co, to był naprawdę wieloetapowy i rozłożony w czasie projekt). Po czym rozejrzałam się jeszcze raz i z osłupieniem odkryłam, że właściwie nasz-właśnie-skończony-dom tak jakby zaczyna kwalifikować się do remontu.

I teraz to już taka wieczna zabawa. Jak w jednym miejscu przyklepiesz, w drugim się sypie. Czasem melancholijnie rozmyślam, czy nie byłoby taniej po prostu mieszkać w hotelu.

O ile jednak mój stosunek do remontów jest jednak pełen pogodnej rezygnacji, mąż prezentuje do nich podobne podejście, jak kościół do LGBT. I oczywiście – żadne naprawy nie są konieczne. I co ja w ogóle wymyślam, że kuchnię chcę zmieniać po raptem osiemnastu latach, jak ona przecież nóweczka i lśni dziewiczym blaskiem. I naprawdę, fakt, że sałata mi gnije po dwóch dobach w starej lodówce, że mój elektryczny piekarnik rozgrzewa się pół godziny do 180 stopni, że wszystko zewsząd wypada mi na głowę albo na nogi i że niemal wszystkie szafki trzymają się na srebrną taśmę, spinacze i słowo harcerza, zdecydowanie nie kwalifikuje tego sympatycznego pomieszczenia do jakichkolwiek zmian. Zwłaszcza, że te fronty, który robił pan Bronek spod Kielc 19 lat temu, nadal świetnie się trzymają. Fakt. Na srebrną taśmę, ale trzymają się jak złoto.

Ale nie ma tak. Kto gotuje, ten stawia warunki. I ja tak dłużej nie mogę. I co on sobie myśli. I mam dość i w ogóle no bez jaj i cicho tam, bo jaki człowiek, takie marzenia. (Czy warto w tym momencie wspomnieć, że marzeniem męża jest posiadanie symulatora golfa, co wymagałoby dobudowania dodatkowego pomieszczenia? No własnie, sami widzicie, kto w tej rodzinie jest realistą.)

Mam zamówione fronty. Białe. Bo zawsze chciałam, a kto bogatemu zabroni. Blat, dla odmiany z ciemnego drewna, żeby mi do stołu pasował. Nie-wiem-co-pomiędzy. Czyli co nad blatami – szkło  mi się przestało podobać, farba się nie sprawdzi, bo ja chlapię przy gotowaniu jak łajno w wiatraku, więc pewnie płytki, ale nie wiem, jakie. Chciałabym takie betonowo szare, ale mamusia mówi, że beton jest fuj. Posłuchać mamusi?

I kurde, zrobię tę kuchnię i będę cała szczęśliwa i tęcza i jednorożce.

Jak już przebrnę przez koszmar wybierania piekarnika, lodówki, zlewu i okapu oczywiście. A decyzyjność u mnie ostatnio kuleje i zawieszam się nawet przy wyborze śliwek na ciasto. Ale przecież muszę zrobić tę cholerną kuchnię, żeby przez moment usiąść, nacieszyć się życiem i móc zapomnieć o tym, że okno w łazience, że podłoga w garażu, że łazienka……..No i że ten hotel zaczyna mi się jawić ostatnio jako miła perspektywa.

niepedagogicznie

Po raz pierwszy od paru miesięcy spałam do ósmej. Kiedy otworzyłam oczy, czułam, że zmartwychwstałam. Powiadam wam, menopauza to suka. Budzi mnie nad ranem od tak dawna, że prawie zapomniałam, jakie to uczucie, przespać osiem godzin bez przerwy. Niepedagogicznie – alkohol pomaga. Dobrze, że nie lubi się z moja wątrobą, inaczej zostałabym alkoholiczką jak nic.

Alkohol pomaga zasadniczo. I strasznie żałuję, że nie bardzo mogę pić. Byłabym zdecydowanie bardziej sympatyczna i otwarta na świat. Wiem, o czym piszę. Wróciłam z weekendowego zlotu wiedźm, i może nie jestem jeszcze certyfikowaną czarownicą z dyplomem rzucania uroków, wysuszania krowich wymion i medalem za najlepszy przepis na duszone niemowlęta, ale jestem na dobrej drodze.

Pojechałyśmy we trzy, z Natalią i Paulą – jedna wyluzowana, druga wierząca, no i ja – cynik dyplomowany z tendencją do poddawania w wątpliwość wszystkiego,  na czym osobiście nie usiadłam albo nie zjadłam w kanapce. Jechałam, żeby się pośmiać (no i spędzić weekend z dala od kochającej, acz pełnej wymagań rodziny).

Ale serio, oni byli tacy uroczy. Ludzie w prasłowiańskich lnach, bose, umorusane dzieciaki biegające razem ze stadem psów i fajne, silne kobiety. Strasznie mi się podobały tamte babki. No nie mogłam się bezczelnie śmiać.

Ale nie mogłam też podejść na serio do programu tego zjazdu: wykłady i warsztaty ze świecowania uszu, jasnowidzenia, robienia mioteł, magicznych właściwości ziół i drzew, no i oczywiście robienia talizmanów.

Wyjście miałam jedno. Podskoczyłyśmy do lokalnego Gieesu. Okazało się, że sącząc Lubuską cytrynówkę, jestem łagodna, otwarta na nowe doświadczenia i przepełniona harmonią natury i jasnowidzącymi prądami (im dalej w Lubuską, tym więcej prądów). Cudnie było, serio.

Wróciłam z miotłą, przepisem na herbatę z oksydowanej czeremchy i zaklęciem na absolutnie-skuteczny-na-wszystko-talizman.

Ostatnio nic nie jest w moim życiu czarno-białe. Co tylko pokazuje, w jakiej bańce żyłam przez lata. Podoba mi się to.  Świat w odcieniach szarości bywa kłopotliwy, ale na pewno ciekawszy.

To na dole to moja pierwsza miotła. Jeszcze nie umiem na niej latać, ale sądzę że to tylko kwestia ilości cytrynówki….

.64807313_355480828405294_7630475310806335488_n

O początku lata

Bób i czereśnie. No nie wiem, kto wygra tę wojnę, ja czy one. Na razie partyzanckie wypady na terytorium wroga kończą się moim częściowym sukcesem. Częściowym, bo niby się napcham, ale jednak każdą potyczkę okupuję bólem żołądka. Ale cóż, jak twierdzą M&Msy, miłość to cierpienie…

Lola odbyła wreszcie bal i to nawet nie w szortach. Sukienkę miała śliczną i oczywiście zupełnie inną niż przymierzała przez trzy tygodnie – mega skromną, granatową i leciutką. Decyzję podjęły za nas upały i 35 stopni na sali gimnastycznej bez klimatyzacji. Koronki, sztywne tafty i gęste marszczenia nie miały szans.

Ostatnim rzutem na taśmę córeńka wykończyła mnie w czasie dwudziestu minut jazdy na tenże bal. Najdłuższe Dwadzieścia Minut Mojego Życia było litanią cierpień Loli,  gdyż albowiem: drapie ja metka w sukience but jej lata na nodze i coś uwiera w drugim i loki jej się rozprostowały i oko rozmazało i czemu ona się malowała jak nigdy się nie maluje i ta torebka ode mnie jest głupia i jest za bardzo wystrojona i ten łańcuszek jest za długi i drapie ją w szyję i ucho ja boli i na pewno nie będzie Magdy i w ogóle się spóźniamy i coś ją kłuje w boku i ten but na serio mi lata mamo…..

Mnie oko latało. Wszystko zasadniczo już po kwadransie. Minutę po wejściu na salę Lola cudownie ozdrowiała i pobiegła do koleżanek, a ja osunęłam się bez sił po ścianie z bolesną świadomością, że czeka mnie jeszcze godzina harówki przy szykowaniu poczęstunku dla przemiłych gimnazjalistów. W temperaturze, jak przewidywałam, 35 stopni, z anemicznym wentylatorem.

No powiem wam, że to były ciężkie tygodnie. Stopniowo się regeneruję, zwłaszcza, że zakończyłyśmy już te mozolne procedury obliczania i wpisywania ocen, składania wniosków i świadectw i obydwie mamy wreszcie wakacje. Względne oczywiście, przynajmniej dla mnie, no bo jednak dużo pracuję. Ale po raz pierwszy od bardzo długiego czasu mam pracę, która mnie autentycznie bawi, a wręcz relaksuje, i wciąż nie mogę uwierzyć, że ktoś chce mi za to płacić – no dobra, płacić może nie za wiele, ale jednak regularnie i punktualnie. A przede wszystkim daje mi poczucie satysfakcji, że robię coś, zarabiam i generalnie idę do przodu. No fajnie jest pod tym względem.

Teraz jeszcze poproszę dziesięć kilo i dwadzieścia lat mniej, i jeszcze, żebym mogła jeść bób i czereśnie bez dyskusji z moim żołądkiem. I lato będzie moje!

O potwornej córce i gadających sukienkach

Zjadłam na obiad pęczek szparagów i poprawiłam kilogramem truskawek. Czekam na efekty….Ale postanowiłam czerpać z czerwca pełnymi garściami, żeby odbić sobie za ten maj. No i cud, że żrę szparagi, a nie czekoladę, w stanie permanentnego rozstroju nerwowego.

Gdyż albowiem Lola doprowadza mnie do szaleństwa. To mało powiedziane, regularnie mam ochotę złapać za tę białą szyjkę i  ścisnąć (czy są na sali kuratorzy rodzinni? umówmy się, że wcale tego nie napisałam, OK?)

Nie znoszę chodzić po sklepach. To znaczy nawet lubię, ale w niesłychanie rzadkich sytuacjach, kiedy równocześnie są spełnione trzy warunki: mam dużo wolnego czasu, trochę luźnej gotówki i NIE MUSZĘ niczego kupować.

No ale… za tydzień bal gimnazjalny. Lola ma przed sobą coraz wyraźniejszą perspektywę pójścia w bawełnianej plażówce albo dżinsowych szortach.

Bo sukienki, które mierzy od trzech tygodni, doprowadzając mnie na skraj wyczerpania i do białej gorączki, są: za krótkie, za długie, za błyszczące, za skromne, za beżowe i za czarne, źle leżą albo, jak już leżą dobrze, to na przykład nie rozmawiają z Lolą. Przymierzała jedną taką w groszki. No słodka i rozkoszna jak stado szczeniaczków, mówię wam. Gapi się na siebie w lustrze ta moja córka wyrodna i powiada: – Nie. –

-Czemuż? – pytam zdesperowana

-Bo te groszki do mnie nie przemawiają –

Szukamy zatem gadającej, jedynej w swoim rodzaju, ale nie za wyszukanej, nie czarnej i nie beżowej, średniej długości, kręcącej się, ale nie za bardzo, nie mini, ale nie midi, z jakimś wycięciem, ale nie wydekoltowanej, nie kosztującej połowy pensji, dziewczęcej, ale nie za uroczej, nie pogrubiającej, ale nie obcisłej SUKIENKI.

A – niestety, ze względu na miejsce, gdzie mieszkamy, muszę ją dowozić zasadniczo wszędzie, gdzie takie kiecki występują. Z  koleżankami kupować nie chce. Nie dziwię się, nie chce stracić przyjaciółek, a podobno miłość matki nie zna granic.

Wiecie, że zaczęłam pić wino wieczorem? Mąż mnie do tego nie doprowadził przez ćwierć wieku, syn do swojej pełnoletności, dwa koty ani żadna praca. Pokonuje mnie kawałek poliestru i jedna przepotworna szesnastolatka. Może przez tydzień nie popadnę w alkoholizm. Chociaż……przecież do tej sukienki musi mieć jakieś BUTYYYYYYYYYYYY!

Idę po flaszkę.

Napij się

-No weź, napij się wina –

– Nie chcę, wczoraj piłam –

-Napij się choć kieliszek –

-Dajże mi spokój, człowieku, nie chce mi się –

-No łyka jednego. No proszę –

-A coś ty się tak mnie uczepił? Sam nie możesz pić? –

-Nie – oznajmia wreszcie z godnością mąż – Bo jakbym sam pił, to alkoholizm. A jak z tobą, to będzie życie towarzyskie –

Acha. Sorki. Życie towarzyskie to ja miałam wczoraj. Z cudownymi kobietami. Paula wozi w samochodzie trzy pary kaloszy, siekierę i składane krzesło. Natalia zażyczyła sobie na urodziny małego kotka, a wczoraj zakopała babcię pod jabłonką.

– Ale jak to? Skąd miałaś babcię? I jabłonkę? – spytałam lekko oszołomiona, bo jej babcia zmarła wkrótce po mojej, więc jakby świeża, nomen omen, sprawa.

-Odsypali mi troszkę -oznajmiła pogodnie Natalia – A to babci ulubione miejsce w ogrodzie. Jabłonkę kupiłam. Paula mi posadziła, ona wozi zawsze łopatę w bagażniku –

No doprawdy, trudno się dziwić, że po takich informacjach lekko nadużyłam – zarówno wina jak i życia towarzyskiego.

No życie po prostu

Gdzieś mi zniknął miesiąc. Wiem, że jakoś tak pomiędzy końcem kwietnia i początkiem czerwca teoretycznie powinien być maj. Chyba był. Nie zauważyłam.

Śmierć babci. Święta. Urodziny Loli. Egzaminy Loli. Wybieranie liceum. Tygodniowy wyjazd na majówkę. Operacja Loli w Międzylesiu. Kolejne kontrole pozabiegowe pochłaniające większość dnia ze względu na odległość i organizację polskiej służby zdrowia. Składanie wniosków do liceum. Bardzo intensywna praca zawodowa. Golf z mężem. Ogarnianie zachwaszczonego ogrodu. No życie po prostu. Człowiek się rozgląda wokół i odkrywa, że już kwitną akacje. To niesprawiedliwe. Niech mi ktoś odda ten maj, do cholery!

Nie ukrywam, że najbardziej czasochłonna była Lola. Chyba nie angażowała mnie tak od czasów raczkowania i pierwszych kroków.

Szumnie nazywany operacją zabieg miał na celu usprawnienie oddychania, bo Lola ze względu na dramatycznie krzywą przegrodę i przerost małżowin nosowych praktycznie nie może oddychać przez nos, co przy astmie dodatkowo komplikuje jej życie. Małżowin się pozbyliśmy i udało nam się nawet zapisać ją na operacje przegrody. Pierwszy wolny termin – koniec sierpnia 2021! Hurra!

Egzaminy wypaliły mnie emocjonalnie do cna. Bo Lola prawie schodziła z nerwów, a ja współodczuwałam. W dodatku jak ta idiotka dałam się wkręcić w trójkę klasową, co oznaczało, że musiałam np serwować maleństwom kanapki w trakcie przerw (a teraz ganiam na jakieś bezsensowne zebrania dotyczące balu, gdzie z namaszczeniem ustalamy kolor serwetek i ilość balonów…). Więc egzaminy mi też zabrały dużo czasu i energii.

No i nie wiem, jak jej poszło. Ona też nie wie, bo się za bardzo denerwowała. Jesteśmy jednym wielkim znakiem zapytania aż do 14 czerwca.

Z liceum też jazdy makabryczne. Bo ona się nigdzie nie dostanie, i nic nie umie, i do niczego się nie nadaje, a w ogóle to nikt jej nie polubi i na pewno ją wywalą po pierwszym semestrze. Kazałam jej się martwić po kolei, a nie wszystkim na raz, żeby jej tematów nie zabrakło. Ale sama się martwię, bo sytuacja nie wygląda najlepiej.

Jestem zmęczona. Jakoś tak życiowo wymięta. Wymemłana. Ale żywa. I wchodzę w czerwiec wierząc, że będzie OK. Że wszystko się uda. Że będzie spoko.

I że w końcu napisze jakiś lekki dowcipny wpisik na tematy ogólne.

Babcia

Wróciłam z pogrzebu. Wiem, to niewiarygodne, że taka stara baba jak ja miała jeszcze babcię. Moja babcia miała prawie 98 lat, była twarda jak najtwardszy dąb i absolutnie nie miała zamiaru umierać, bo w końcu śmierć jest dla mięczaków. Chyba po prostu musiała na chwilę się zdekoncentrować, żeby tak po prostu pozwolić sobie umrzeć,  bo prawdę mówiąc, zakładałam, że będzie nieśmiertelna.

Jechałam z rodzicami i przez całą drogę na pogrzeb śmialiśmy się, wspominając różne teksty babci i to, jak nas kochała. A szczególnie mnie. Nie wiem, czy to dlatego, że byłam pierwsza wnuczką, ale wiem, że w oczach babci nie mogłam zrobić nic złego. Mój mąż był najpiękniejszy, moje dzieci najmądrzejsze, a ja sama…cóż, wraz z babcią umarła jedyna istota, dla której byłam absolutnie i niepodważalnie idealna.

Nigdy nie mogłam jej niczego odmówić.

-Wiecie, że babcia wykręciła mi ostatni numer i znowu robię dla niej coś, czego normalnie nigdy bym nie zrobiła? – powiedziałam rodzicom – idę na mszę. Ja, zatwardziały antyklerykał, który obiecał sobie nigdy nie przestąpić progu kościoła!

-No fakt – zreflektowała się mama – zawsze tak kombinowała. Ochrzciliśmy cię, bo się uparła i żaden kościół nie był dla ciebie wystarczająco dobry, tylko ten, do którego sama chodziła. A na komunię sama kupiła ci wszystko, bo ja bym nie kupiła takiej sukienki i wianuszka, żebyś była najpiękniejsza –

-A dwadzieścia pięć lat temu – prychnęłam – powiedziała mi: Asiu, czuję, że umieram, a tak bym cię jeszcze chciała zobaczyć w białej sukience… I oczywiście natychmiast musiałam wyjść za mąż, chociaż na kocią łapę żyło nam się bardzo dobrze. A pięć lat później znowu umierała i przed śmiercią chciała zobaczyć chrzest swojego pierwszego prawnuka. I co? Pokornie potuptałam do kościoła. –

-Zawsze robiłaś wszystko, co chciała – zaśmiała się mama – nawet jak robiła ci obciach przed całą wsią. Pamiętasz, jak stanęła nad stawem i na cała wieś krzyczała: Asiuuu, a ciepłe majtki włożyłaś?!

Babcia robiła najlepsze pierogi na świecie. Wciskała mi kasę, mamrocząc groźnie: tylko nie mów rodzicom. Kazała mi się żegnać przed drogą, żebym dojechała szczęśliwie. Przez czterdzieści lat trzymała na telewizorze serwetkę, którą dla niej zrobiłam. Pozwalała mi na absolutnie wszystko, co tylko przyszło mi do głowy i ukrywała przed rodzicami moje niecne postępki. Zasuwała od świtu, a wieczorem przysypiała  przed telewizorem, chyba, że był to ekscytujący hit w rodzaju Izaury, z powodu której kiedyś przesuwaliśmy Wigilię, no bo przecież są pewne priorytety…Kiedy prosiłam: siądź ma moment, odpocznij, machała ręką i mówiła: e tam, odpocznę, jak umrę.

Moja babcia twardzielka. Może wreszcie odpocznie choć na chwilę.

Zupełnie nie wiem, jak żyć z myślą, że już jej nie ma.