Kombo

Po czym poznać, że zbliżają się święta? Tak, oczywiście. Golfowa Wigilia! Czynię postępy na wyboistej drodze przystosowania społecznego. Niewykluczone, że może mieć to związek z faktem, że tym razem nie piłam. Ominęły mnie więc spontaniczne i nieco krępujące zachowania, jakie hojnie prezentowałam w ubiegłych latach.  Mąż wprawdzie kusił mnie i pocieszał jednocześnie – Oj tam, napijesz się i jakoś to będzie –

Ale ja już wiedziałam swoje, więc ponuro stwierdziłam: – To nie pomaga, kochanie, zupełnie nie pomaga – i obiecałam być kierowcą.

Wigilia golfowa na trzeźwo była podobnie trudnym doświadczeniem, jak zazwyczaj, ale zachowywałam na twarzy sympatyczny uśmiech, spożywałam wytworne dania, nie zrzucając sobie na kolana sałatki, dyskretnie skrolowałam fejsunia pod stołem i jakoś dotrwałam do czasu, kiedy towarzystwo powoli się rozlazło i udało mi się wyciągnąć mojego szczęśliwego, rozgadanego męża do domu hasłem – Kopciuszku, północ wybiła, kareta czeka –

A, tak apropos Kopciuszka.  No serio, miałam tym razem trzydniowe kombo, która rzadko zdarza mi się w moim cichym, introwertycznym życiu. Następnego dnia po golfowej wigilii wybraliśmy się na „Dziadka do Orzechów” w wykonaniu Baletu Moskiewskiego. Wiem, wiem, obiecywałam sobie, że nigdy więcej. W dodatku tym razem sama sobie zgotowałam ten los. JA już wiedziałam, że nie lubię baletu. Lola jednak uparcie twierdziła, że ona chciałaby jednak chociaż raz zobaczyć. Doobra. Poszłam na całość i doprosiłam do towarzystwa moich rodziców. Którzy, w przeciwieństwie do wyrodnej córki, są koneserami kultury wysokiej i Balet Moskiewski przemawia do ich wrażliwości artystycznej (No tak, teraz już mam pewność, że jestem adoptowana).

Całe towarzystwo, odstrojone jak na pochód pierwszomajowy, władowało się do samochodu, prowadzonego przez męża. Co okazało się pierwszym błędem, bo rozgadany ojciec po kilkunastu minutach jakby przycichł i znieruchomiał. Zupełnie zapomniałam o tym, że ma koszmarną chorobę lokomocyjną, która wprawdzie uruchamia się tylko wtedy, gdy jest pasażerem, ale za to z siłą huraganu. Kiedy dojechaliśmy na miejsce, tatuś był zielono szary, chwiał się na nogach i zasadniczo słabo kontaktował. Przez połowę przedstawienia skupiałam się głównie na tym, czy jeszcze żyje i czy mam wzywać pogotowie. Może to i dobrze, bo teraz już definitywnie następnego razu nie będzie. Nie ogarniam tego baletu. Nie mogę pojąć, czemu oni zadają sobie tyle trudu tym strzyżeniem nóżkami i machaniem rączkami, żeby wyrazić coś, co można prosto zwerbalizować. No męczę się, jak patrzę.

Lola była zachwycona muzyką i kostiumami, ale przyznała, że zasadniczo też jej nie porwało. Co  rzeczywiście jest zaskakujące, zważywszy na to, że ona reaguje niesłychanie żywiołowo i emocjonalnie na wszystkie przedstawienia, na jakie ją ciągamy. Po musicalu Once w Romie siadła w samochodzie i zaczęła szlochać. – A czemu ty, dziecko, ryczysz? – spytałam osłupiała. – Bo to było takie piękne – wychlipała moja wysoce wrażliwa córka.

A tak – niedawno odkryliśmy, że Lola jest rzeczywiście, wedle wszelkich kryteriów Osobą Wysoko Wrażliwą. Do tej pory nie miałam pojęcia, że coś takiego istnieje, ale rzeczywiście, idealnie wpisuje się w opis, praktycznie we wszelkich aspektach. Wiem, że nazwanie czegoś może nie wydawać się tak istotne, ale w tym przypadku pomogło nam wszystkim wręcz niewiarygodnie. Zwłaszcza Loli, która wyznała mi szczerze, że miała czasem podejrzenia, że jest nie do końca normalna. Widziałam, jaka ulgę sprawiło jej to, że jednak jest, że są inni, którzy podobnie odbierają świat i że nie jest jedyna ze swoim emocjonalnym stosunkiem do rzeczywistości.

A, zaraz, o kombo miało być. Następnego dnia spotkałam się z moją  długo niewidzianą przyjaciółką i ludźmi z mojej bardzo odległej przeszłości. W pewnym sensie to było jak spotkanie z duchami. W naszych rozmowach ożyli ludzie, których już nie ma, i ci, którzy dla mnie nadal mają po szesnaście lat i nie umiem przełożyć ich sobie w głowie na statecznych dorosłych, jakimi teraz są. Bardzo dziwne, nierealne chwile przeżyłam.

Dla mojego introwertyzmu był to naprawdę wyczerpujący maraton i cały weekend jakoś się ogarniałam psychicznie, jednocześnie usiłując zaplanować strategię świąteczną. Gdyż albowiem czeka mnie niedługo naprawdę poważne wyzwanie – pierwszy raz urządzam wigilię dla teściów i szwagierki z rodziną. Na razie wiem tylko, że głównym daniem na mojej wigilii będzie rosół. Takie świeże podejście do tradycji…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s