jesień przyszła

I grabię. Bez przerwy. Jak grabię z przodu, z tyłu leci. Kiedy się obrócę, za moimi plecami słyszę ciche szur szur i kolejne stosy pojawiają się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Mam w ogrodzie dziesięcioletnią katalpę z liśćmi jak patelnie i dwunastometrowy tulipanowiec monstrum. Upycham w workach kolejne metry sześcienne tego żółtego paskudztwa i z niedowierzaniem wspominam, jak jeszcze parę miesięcy temu cieszyłam się z jasnozielonych, budzących się do życia pączków. Czuję się doprawdy nieco przytłoczona obfitością tegorocznego materiału roślinnego.

Ale właśnie przy grabieniu przeżyłam iluminację, jak dalej pchnąć moje opowiadanie o jednej takiej pani, która widzi duchy. No nijak nie mogłam przeskoczyć tego, że duchy muszą zawiadomić o czymś kogoś, kto ich nie widzi i nie słyszy. Trochę poszłam na łatwiznę, fakt, no ale ileż można kombinować. Tak więc niewykluczone, że Marianna jednak przeżyje swoje spotkanie z seryjnym mordercą. Ale zobaczymy, zobaczymy (Asia złowieszczo chichocze i zaciera łapki). Ja piszę opowiadanie, Misiek rzucił pracę, a moja córka nosi brodę. Zwykła kolej rzeczy, nieprawdaż.

Misiek był baristą doskonałym, ale nie udźwignął tego, że przez cztery dni w tygodniu siedzi na uczelni niemal do wieczora, a pozostałe trzy niemal w całości spędza w pracy, zapieprzając jak maszyna, bo weekendy w popularnej kawiarni w centralnym puncie stolicy to zdecydowanie nie był relaks. Rozważnie uznał, że może jednak warto byłoby mieć chwilę na napisanie licencjatu, a może nawet, o zgrozo, jakieś życie towarzyskie. Pożegnał się więc chwilowo z pracą, po czym przespał szesnaście godzin, żeby odreagować.

Lola miała w czwartek szkolne Dziady. Sprytny manewr, nie powiem, żeby ominąć złowieszcze konotacje z przerażającym Halloween. W końcu nikt nie może się przyczepić do staropolskich tradycji. Nie mam pojęcia, za kogo była przebrana, zdaje się, że za jakąś postać z Igrzysk Śmierci, jednak efekt był powalający. Spóźniłam się nieco na stację, więc Lola zadzwoniła do mnie i oznajmiła grzecznie – Nie żeby coś, ale ja i moja broda czekamy na ciebie pod sklepem. I może się pospiesz, bo wiesz, ludzie się niepokoją.

Jednak pod sklepem nie zastałam Loli, tylko jakiegoś młodego fircyka w czerwonej koszuli, ogromnej męskiej marynarce i pieczołowicie odmalowanym trzydniowym zarostem na twarzy. Ludzie faktycznie nerwowo oglądali się za moją córką, niektórzy prychali, a jedna pani pospiesznie się przeżegnała. – Ty tak przejechałaś całe miasto? – spytałam w osłupieniu.

-Tak, metrem i pociągiem – odparła radośnie Lola zza brody

-I co? Nie zaaresztowali cię?

-Eee, Japończycy zrobili mi zdjęcie. A tacy starsi państwo wyrazili zgorszenie. I jeden koleś przybił mi piątkę i powiedział, że super broda.

No, ja myślę.

W wolnych chwilach oglądam na Netflixie „Good girls” – genialne, i „Miss Fisher’s Murder Mysteries” – niemal równie dobre. Kobiety na ekranie rządzą. Namówiłam też męża, żeby kupił mi nowego Kinga na wczesny prezent urodzinowy. Po czym zrobiłam mu dużą przykrość, bo przeczytałam Instytut w trzy dni, a on liczył na to, że wystarczy mi na tydzień co najmniej. Co ja poradzę, wciągnęło mnie.

A no i kocham moją nową kuchnię. Co tam, ja ją wielbię. Czasem tak stanę, popatrzę, szufladkę wysunę, szafkę otworzę, pyłek z blatu zetrę i dumam, czy złożyć kwiaty przed lodówkę, czy lepiej zapalić świeczkę wotywną. Jest abso-kurde-lutnie przepiękna i warta każdej sekundy spędzonej z Wasylem!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s