o smutku w wydaniu banalnym

No dobra. Opowiem wam, jak odkryłam, że jestem smutna.

Przez kilka tygodni, ba, miesięcy, wcale o tym nie wiedziałam. To znaczy, były pewne symptomy. Na przykład siadałam po śniadaniu na kanapie, i nagle odkrywałam, że zniknęły mi trzy godziny. Dni rozpływały mi się jak rzadki kisiel. Co dzień pod wieczór nie wiedziałam, co robiłam wcześniej. Budziłam się w nocy po kilkanaście razy, więc cały dzień chodziłam jak zombie. Podejmowanie prostych decyzji stało się zadaniem ponad moje siły. Wykonanie telefonu, załatwienie sprawy, umówienie się z koleżanką zajmowało mi kilka – kilkanaście dni. Przestałam myśleć, jak wyglądam. To znaczy owszem, wcześniej też chodziłam w dresach, ale to był mój świadomy wybór, a nie całkowita niemożność założenia czegokolwiek innego.

Ale że byłam mimo wszystko dość zaabsorbowana – operacja, leczenie, święta – listopad i grudzień uznałam po prostu za trudne miesiące. W styczniu całą rodzina widziała już, że jest niedobrze. Małoletni schodzili mi z drogi, mąż uznał, że mam kryzys wieku średniego, mama biadoliła, że źle wyglądam.

I nagle mnie olśniło. Rozejrzałam się po moim mocno zapuszczonym  domu. Na półkach i parapetach standardowo leżały porozsiewane książki. Tylko że uświadomiłam sobie, że od dwóch miesięcy nie przeczytałam w całości żadnej z nich. Siadłam do laptopa i hurtem zrobiłam cztery internetowe testy na depresję. Każdy diagnozował mi depresję umiarkowaną do poważnej i zalecał szybką wizytę lekarską. Mimo że, zaznaczmy z cała mocą, ani razu nie zaznaczyłam punktów o niechęci do życia i planach samobójczych.

Teraz tylko pozostawał dylemat. Nie byłam gotowa na jakikolwiek krok, żeby to zmienić.  Nie chciałam żadnych psychoterapii, nie chciałam brać żadnych leków, w ogóle nie chciałam nic robić. Ale tak bardzo było mi już niewygodnie z samą sobą, że postanowiłam zacząć metodą małych kroczków.

No i zaczęłam. Kroczek po kroczku. Dosłownie. Wiecie, co pomaga na depresję? Wysiłek fizyczny. Ruch na świeżym powietrzu. Zmiana drobnych nawyków, żeby przestawić się na inne tory. Świadome starania, żeby przełamać to zatapianie się w niemocy.

Chodzę z kijkami, intensywnie. Ogarniam dom. Porzuciłam, z ogromnym wysiłkiem, dwa bardzo złe nawyki, jakie miałam. Staram się śmiać, staram się żyć. I jest tak sobie póki co, średnio dwa dni OK, dwa do kitu. Ale pomaga mi świadomość, że już rozumiem ten mechanizm. Nie wiem, czy to wystarczy, czy jednak poszukam sobie bardziej fachowej pomocy, zobaczymy, jak sobie poradzę.

Wybaczcie, że ten blog wygląda teraz tak kijowo,  ale poprawię się. No dobra, postaram się poprawić. Choćby w celach terapeutycznych. O, może to jest myśl – terapia pisaniem?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s