Machiavelli

Nie umiem parkować paralelnie. Mój umysł po prostu nie ogarnia faktu, że tyłując, można wpasować samochód między dwa inne, tak żeby kuper nie wystawał. Nie i już. To jedna z tych rzeczy, których szczerze zazdroszczę mojemu mężowi (poza sześciopakiem na brzuchu i cudowną żoną).

Mąż zaparkował perfekcyjnie, dzięki czemu w niedzielę mogliśmy obejrzeć w stolicy zmianę warty przy grobie Nieznanego Żołnierza (czego nie udało mi się zobaczyć przez 25 lat życia w stolicy i jej okolicach) i wystawę „Nowy poczet królów polskich” na Zamku Królewskim, gdzie nie byłam od lat dwudziestu. Tym razem w ramach świętowania dnia dziecka postawiliśmy na Warszawę, gdzie zasadniczo pojawiamy się rzadko i niechętnie (może ze względu na konieczność parkowania paralelnego?). Wyprawa okazała się bardzo udana, zwłaszcza, że na koniec zażądałam lodów. Nie żadnych tam zdrowych i wytwornych, z prawdziwej śmietany, ale tych najbardziej podłych, z automatu, kręconych z mleka w proszku i tony chemicznych dodatków. Umm, smak dzieciństwa, mniam…

Misiek wprawdzie dawał chwilami do zrozumienia, że szanujący się nastolatek nie chadza na rodzinne niedzielne spacery, ale poza subtelnymi szpilami wbijanymi nam od czasu do czasu powstrzymywał się od okazywania zniecierpliwienia i zażenowania. Ludzki pan. Chociaż…

– Ojej – westchnęłam, kiedy wreszcie po pięciu minutach czekania na wyjazd z bocznej uliczki ktoś się wreszcie zlitował i nas wpuścił do ruchu – jak miło. Ten facet ma dobre serce. Chyba że – dodałam radośnie  – zachwycił się moją urodą –

– Obstawiałbym to pierwsze – rzucił Misiek z kamienną twarzą.

Często mam wrażenie, że Misiek nie może być konglomeratem genów moich i męża – ludzi zasadniczo łagodnych, dobrze wychowanych i przyjemnych w obyciu.

Na przykład, jak to zazwyczaj dzieje się w maju, zbiegły się dwa wydarzenia: moje imieniny i dzień matki. Jako troskliwa rodzicielka uznałam, że muszę przypomnieć o nich synowi, żeby nie było mu głupio, że zapomniał.

– Misiek, pamiętaj, że jutro mam imieniny, a dwa dni później jest dzień matki-

– Serio? – zdziwił się Misiek – Hmm, to zrobię tak: prezent dam ci na imieniny, a dzień matki będę dla ciebie miły, OK? –

Dzień po imieninach Misiek był jednak wyjątkowo wręcz nieprzyjemny i co chwila dogryzał mi jakimiś złośliwościami.

– Ej no, miałeś być miły, jutro dzień matki, a ty jesteś dla mnie wredny! –

– No tak – wyjaśnił Misiek grzecznie – ale nie chce mi się cały dzień być miłym. Więc uznałem, że jak dziś będę bardzo niemiły, to jutro mogę się zachowywać normalnie, a ty będziesz i tak zadowolona –

No doprawdy, istny Machiavelli!

Gwoli sprawiedliwości muszę przyznać, że Misiek jednak wykazał się dużym zaangażowaniem. Wprawdzie kazał mi wyjść z domu, nie zważając na fakt, że lało jak z cebra i było zimno, ale gdy wróciłam, okazało się, że mój pierworodny całkiem samodzielnie, pierwszy raz w życiu upiekł dla mnie ciasto. Jako dodatek do ciasta wręczył mi dość niepokojący w formie bukiet kwiecia z jeszcze bardziej niepokojącym tekstem – Nie martw się, to nie z NASZEGO ogródka –

No ale chyba muszę mu zaliczyć to święto matki, zwłaszcza, że faktycznie Misiek przez cały dzień  był dość miły:-)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s